centered image

Biała Czekolada: smak dzieciństwa

28

Pamiętacie serię „NBA Ankle Breakers” prowadzoną przez Stephona Marbury? Popularny wówczas „Starbury” przedstawiał widzom najlepszych łamaczy kostek. Wśród nich byli między innymi Allen Iverson, Steve Francis, Steve Nash, Magic Johnson i on #55 z Sacramento Kings. Kiedy trafił do NBA oczarował swoją znakomita grą większość kibiców na świecie. Nikt nie potrafił podawać tak jak on. Wyglądał raczej jak koszykarz z AND1. Nieszablonowy styl, fenomenalny ball-handling, asysty za plecami czy podania łokciem. Takich sztuczek nie robił nawet David Copperfield na swoich pokazach.

Dziś naukowcy z Centrum Nauki Kopernik powinni zając się analizą jego stylu podań. Gość był zjawiskowy i przypomniał NBA czasy genialnego Pete’a Maravicha. Być może nawet go przebił. Jego asysty lądowały systematycznie w topce magazynu NBA Action, a Grant Napear w każdym meczu powtarzał następujące słowa: „If you don’t like that, you don’t like NBA basketball!”. Przed Wami Jason Williams, pseudonim „Biała czekolada”.

Because I got high

Jason Chandler Williams urodził się 18 listopada 1975 roku w Belle, mieście w stanie Wirginia Zachodnia w USA. Swoją przygodę z basketem rozpoczął w szkole średniej DuPont w mieście Belle. Kochał grać w kosza i zawsze chciał być najlepszy. W 1994 roku poprowadził DuPont Panthers do finału mistrzostw stanu Wirginia Zachodnia. Jako jedyny gracz w historii szkoły DuPont zanotował 1000 punktów i 500 asyst, a magazyn „USA Today” wybrał go graczem roku 1994 w stanie Zachodnia Wirginia. Jako ciekawostkę można dodać fakt, że Randy Moss był jego kolegą z drużyny (legenda NFL).

Zdeterminowany J-Will chciał podbić świat koszykówki akademickiej. Problem tkwił w tym, że często zmieniał zdanie. Na początku trafił do uczelni Providence, ale błyskawicznie z niej zrezygnował i wybrał Marshall University. Na Uniwersytecie Marshalla grał w latach 1994-1996. Trener Billy Donovan był z niego bardzo zadowolony i wróżył mu wielką karierę. Jason notował w swoim pierwszym sezonie w barwach Marshall Thundering 13.4 punktów i 6.4 asyst. Latem 1996 roku coach Donovan przeniósł się na Florydę. Williams był wpatrzony w niego jak w obraz i przeprowadził się… na Florydę. Zmieniał uczelnie jak rękawiczki. Po roku przerwy spowodowanej przepisami transferowymi w NCAA wrócił do gry. Rozegrał 20 meczów w koszulce Florida Gators notując średnio 17.1 punktów i 6.7 asyst na mecz. Dlaczego rozegrał tylko 20 spotkań? Jason lubił palić trawkę, a tego trener nie akceptował.

Showman

Nic to, pewny siebie J-Will postanowił przystąpić do draftu. Był na tyle dobry, że został wybrany z siódemką przez Sacramento Kings. Trafił do ciekawej drużyny, w składzie której mieszał się wywar rutyny z młodością. Trzon zespołu tworzyli środkowy cwaniak Vlade Divac, utalentowany point forward Chris Webber oraz snajper Peja Stojaković. Brakowało tylko playmakera… Cóż mogę napisać, Williams w roli koszykarskiego showmana z miejsca podbił serca kibiców. Wystarczyły 1-2 nietuzinkowe zagrania i od tamtej pory fani nie spuszczali go z oka w obawie, że przegapią coś specjalnego, a było na co popatrzeć:

Dodajmy, że bardzo szybko znalazł wspólny język z Chrisem Webberem. Panowie rozumieli się na parkiecie bez słów. Podawał Williams, wsadem kończył Webber, tak to najczęściej wyglądało. Królowie grali niezwykle efektowny basket. To była koszykówka miła dla oka, szybka choć niekoniecznie bardzo efektywna. W sezonie 1998/1999 Kings zakończyli skrócone lockoutem rozgrywki z bilansem (27-23) co dało im szóste miejsce w konferencji. Williams zaliczył niezły rookie sezon notując średnio 12.8 punktów 3.1 zbiórek oraz 6 asyst na mecz. Ponadto koszulka z jego nazwiskiem sprzedawała się znakomicie. W tamtych czasach #55 Williamsa stanowiło top 5 bestsellerów jeśli chodzi o jerseye NBA.

White Chocolate

Wiecie skąd wziął się pseudonim Williamsa? Białą Czekoladę wymyśliła Stephanie Shepard, ówczesna rzeczniczka prasowa klubu:

Wpadłam na pomysł tego pseudonimu ze względu na jego styl gry. Miał błysk i rozmach. To co robił było dla mnie niesamowite. Przypominał mi dzieciaków grających uliczną koszykówkę w Chicago.

Faktycznie, Williams był iluzjonistą parkietów NBA. Potrafił zaczarować każdego przeciwnika. Mijał jak tyczki takich graczy jak John Stockton czy Gary Payton. Robił rzeczy, które nawet dziś trudno sobie wyobrazić. Był mistrzem kozła i jednym z najlepszych artystów w swoim fachu. Łamacz kostek z Zachodniej Wirginii był magikiem, ale nie dogadywał się z trenerami. Rick Adelman prosił, żeby J-Will grał bardziej ułożoną koszykówkę. On jednak był spontaniczny. Zachowywał się jak wolny elektron. Efekty? Systematycznie trafiał do dziesiątki najlepszych zagrań tygodnia, problem w tym, że drużyna nie osiągała sukcesów.

Trade

Jego przygoda z Sacramento zakończyła się w 2001 roku. Kings oddali Nicka Andersona i Jasona Williamsa do Vancouver Grizzlies (później Memphis) pozyskując w zamian solidnego Mike’a Bibby’ego oraz Brenta Price’a. Jason pierwszy sezon w Memphis miał dobry. Notował średnio 14.8 punktów (najwięcej w karierze) i 8 asyst na mecz. Natomiast gdzieś zniknęła jego magia. Nie było chemii między nim, a nowym zespołem. W dodatku szukające tożsamości Grizzlies często zmieniały trenerów.

W sierpniu 2005 roku Jason wraz z kolegą Jamesem Poseyem zostali objęci największym transferem w dziejach NBA. W sumie aż trzynastu graczy zmieniło wówczas barwy klubowe, a wymienieni panowie trafili do Miami w zamian za Eddiego Jonesa. Heat szykowali się na podbój ligi. Skład mieli naszpikowany gwiazdami:

  • Shaquille O’Neal
  • Alonzo Mourning
  • Dwyane Wade
  • James Posey
  • Gary Payton
  • Jason Williams
  • Udonis Haslem

Miami miracle

W tamtym sezonie J-Will był trzecim najlepszym strzelcem zespołu, rzucał średnio 12.3 punktów. Heat zakończyli sezon zasadniczy na drugim miejscu w konferencji skąd rozpoczęli marsz po mistrzostwo NBA. W pierwszej rundzie 4:2  ograli Chicago Bulls, w drugiej poradzili sobie z New Jersey 4:1, a w finale konferencji zwyciężyli 4:2 Detroit Pistons. W finałach spotkali się z Mavericks prowadzonymi przez nieśmiertelnego Dirka Nowitzkiego. Dallas wygrali dwa pierwsze mecze i gdy większość obserwatorów wbiła już widelec w South Beach, do pracy przystąpił 24-letni Dwyane Wade. Jadąc na plecach swego młodego lidera Heat wywalczyli pierwszy tytuł mistrzowski w historii.

Legenda parkietów lat 90-tych Gary Payton wreszcie mógł pożegnać z fanami jak należy. Shaq utarł nosa Kobe i kierownictwu Lakers, a latami oskarżany o nieefektywną grę Williams ze średnimi 8.8 punktów oraz 4.7 asyst także nie miał się czego wstydzić. W ten sposób „Miami miracle” przeszło do historii NBA.

Twilight years

Po mistrzowskim sezonie J-Will grał jeszcze dwa lata w Miami. Prezentował się przyzwoicie choć miejsca na popisy zabrakło. Liczyło się przede wszystkim dobro drużyny. We wrześniu 2008 roku Williams ogłosił zakończenie kariery. Rozbrat z koszykówką nie trwał jednak długo. Rok później zdecydował się na powrót do NBA. O dziwo znaleźli się chętni i tak Williams podpisał kontrakt z Orlando Magic, z którymi dotarł do finału konferencji. Pod koniec stycznia 2011 roku opuścił Orlando. Próbował jeszcze załapać się w Memphis Grizzlies, aby ostatecznie karierę zakończyć w kwietniu 2011 roku.

Dlaczego w ogóle o nim wspominam?

Nie przeszedł do historii jako rekordzista pod względem liczby punktów czy asyst. Był wielkim indywidualistą. Grając w NBA nie chciał zwyciężać za wszelką cenę. Wolał zabawiać publiczność swoimi zagraniami. Jednak tacy gracze jak on pojawiają się w NBA raz na 20 lat. Był absolutnym fenomenem. Zgłębił wszystkie tajniki panowania nad piłką. Jego styl był unikatowy. Jak często widzicie gościa, który podaje do kolegi z drużyny łokciem? Właśnie. Ten facet robił sztuczki, które można porównać do akrobatycznych popisów Harry’ego Houdiniego.

Kochał grać widowiskowo i potrafił wyłamywać się ze schematów. Uwielbiałem oglądać go w akcji. Był nieprzewidywalny, szybki i znakomicie wyszkolony technicznie. Prawdziwy łamacz kostek. Rozdawał piłki swoim kolegom z ogromną siłą i chirurgiczną precyzją. Dzięki jego grze Kings grali najbardziej widowiskową koszykówkę jaką widziałem. W latach 1998-2001 kibice zapełniali Arco Arenę głównie dzięki niemu. Waldek Divac, Krzysiek Webber, Rychu Peja Stojaković i obsługujący ich J-Will, cóż to była za drużyna! Byłem szczęściarzem, że w czasach liceum mogłem zarywać nocki i oglądać ich na żywo. Jasona Williamsa zapamiętam jako gracza, który przede wszystkim kochał basket. Być może za kilka lat na parkietach NBA zobaczymy jego syna. Niewątpliwie Jaxon Williams odziedziczył talent po ojcu. White Chocolate Junior? Nie mam nic przeciwko!

[autorem tekstu jest Marcin Mendelski, znany w sieci jako Nieobiektywny Kibic]

 

A jeśli tęskno Wam do tamtych czasów i chcielibyście sprawić sobie prezent na nadchodzący sezon letni:

/matshop.pl/jason+williams

Ostatnie Wpisy

28 comments

    • Array ( )

      Rozumiem ze robisz jakis dziwny eksperyment spoleczny, ale moglbys sobie darowac pod tekstem napisanym przez goscia, ktory na pewno bedzie przegladal uwaznie komenatrze, a pewnie nie wie ze robisz to pod kazdym tekstem.
      PS: fajny art.

      (26)
    • Array ( )

      Chłopak ma problemy z samoakceptacja, zapewne z powodu braku miłości i zainteresowania w domu. W szkole zapewne był wyszydzanym introwertykiem i chcąc wywołać jakakolwiek interakcję personalną, zdobywa sie wpisy internetowe odzwierciedlajace jego iloraz inteligencji.
      Pomogłem już wielu takim dzieciakom, mogę pomóc i Tobie jeśli chcesz Makumbaska.

      (6)
  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Podanie łokciem jedno z najlepszych w historii koszykówki jak dla mnie, szkoda że nie zakończone jakimś dobrym wsadem albo coś 😉

    (17)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Stary nauczyciel zawsze mi puszczał jego akcje jak przymusowo musiałem zostawać w szkole tzw. zapisy na dodatkowe które nie są dodatkowe. Nigdy mu tego nie zapomnę! Prawdziwy bohater.

    (0)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Czy biała czekolada podał łokciem w innym meczu niż w all star weekend? Wszyscy przytaczają ten moment a chyba nigdy się nie powtórzył w sytuacji meczowej. Ale o tylko pokazuje jak ikoniczne było to zagranie jak raz to zrobił i legendy miejskie do dzisiaj są opowiadane 😉

    (2)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Nadszedł ten dzień 😀 Jason Chandler Williams nauczył mnie koszykówki. Legenda rozegrania, podania nie do powtórzenia przez nikogo. Siła, z jaką podawał piłkę za plecami nie do powtórzenia. Fenomen. Podanie łokciem skończyło sie faulem, ale było magiczne. Mistrz NBA z Wadem i Shaqiem. Divac, Webber, Predrag, Christie. Najlepsze Sacto w historii. Dziekuję Ci Jasonie Williamsie. Twój wierny fan na wieki – JCWilliams.

    (3)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Kojarzę gościa w koszulce Williamsa cholera jak on się nazywał rehabilitant z LDZ… więc pozdr również ode mnie xd

    Co do Williamsa to był moment co jego koszulki sprzedawały się najlepiej z wszystkich lepiej nawet od MJ.

    (0)

Gwiazdy Basketu