fbpx

Cliff Robinson: spoczywaj w pokoju!

33

Oryginalna data publikacji tekstu to 10 września 2018 roku.

Pamiętam to jak dziś. Gdy zaczynałem oglądać NBA, chciałem mieć dwie koszulki: Phoenix Suns (w końcu po kilku latach dostałem trykot Dana Majerle od ciotki z USA) oraz Portland Trail Blazers. W okolicach roku 1992 dostać jersey klubu NBA graniczyło z cudem, dlatego poprosiłem mamę by namalowała mi barwy Blazersów na białym podkoszulku. Moja mama tylko dziwnie na mnie popatrzyła i tym sposobem do dzisiaj nie wszedłem w posiadanie koszulki ekipy z Portland. A to był taki fajny zespół: Clyde Drexler, Terry Porter, Jerome Kersey, Buck Williams czy bohater naszego dzisiejszego tekstu, Cliff Robinson. Tak, to ten wysoki łysol w opasce na głowie, który całkiem nieźle rzucał z dystansu.

Cliff nie był wielką gwiazdą NBA, ale mimo wszystko wpisał się w krajobraz ligi jako jeden z tych graczy, których zapamiętaliśmy bardzo dobrze. Wysoki (208 cm wzrostu), smukły, bardzo dobry defensor oraz strzelec. Wraz z Portland dwukrotnie wystąpił w finałach NBA (przegrana z Detroit w 1990 oraz przegrana z Bullsami w roku 1992). W 1993 roku Robinson zdobył statuetkę Sixth Man Award, dwa razy wybierano go do All-Defensive 2nd Team, raz także zagrał w All Star Game (1994). Co go jeszcze wyróżniało na tle innych, oprócz wymienionych wyżej zalet oraz osiągnięć? Odpowiedź jest prosta: długowieczność. Robinson na uczelni spędził cztery pełne lata, co nie przeszkodziło mu grać w NBA przez 18 lat, aż do… czterdziestego pierwszego roku życia.

Wybrany w drafcie 1989 roku z odległym 36. numerem. Absolutnie nic nie zapowiadało, że zrobi aż taką karierę. Spójrzmy zresztą w statystyki – Robinsonowi zabrakło przecież zaledwie 409 punktów do magicznej granicy 20000 oczek zdobytych na parkietach NBA. Piękny wynik zważywszy na to, że Cliff tylko trzy razy w swojej długiej karierze rzucał ponad 20 punktów na mecz. Potrafił jednak zawsze znaleźć dla siebie miejsce i był pożytecznym zawodnikiem ataku. Więcej – praktycznie aż do końca kariery był także w świetnej formie fizycznej – mając prawie 41 lat, przebywał na parkiecie blisko 20 minut w meczu. Nie był typem weterana, którego wpuszczano na parę minut tylko po to, by urozmaicić nieco krajobraz.

No dobra, to jednak tylko suche fakty, a nam przecież chodzi o smaczki. Gdyby pan Clifford Robinson był zwyczajnym nudziarzem pokroju tych pomnikowych postaci NBA (parafrazując słowa znanej piosenki: “Tylko pić, jeść, trenować i spać…”) nie pisalibyśmy o nim, prawda? A Cliff to całkiem barwny gagatek.

How high

Z czego jest przede wszystkim znany Robinson? Ze swojego zamiłowania do palenia trawy! Podczas kariery zawodniczej miewał z tym problemy, zatrzymywano go za jazdę autem pod wpływem narkotyków, a sama liga trzykrotnie zawieszała go za używki w latach 2001, 2005 oraz 2006. Potwierdza to tylko skądinąd znaną powszechnie teorię: “80 procent graczy NBA pali trawę jak szalona”. Nie będziemy bawić się w politykę – czy należy zalegalizować czy nie zostawiamy już Wam, ale wiemy na pewno, że Clifford jest za.

Zresztą na legalizacji marihuany w stanie Oregon (2014 rok) Robinson oparł swój biznes. To m.in. tam wypuścił na rynek gotowe do spożycia skręty z marihuaną o wdzięcznej nazwie “Uncle Cliffy”. Towar hodowany jest na lokalnej plantacji Pistil Point, której oddział znajduje się właśnie w Portland, czyli w mieście, z którym widać Cliff związał swoje nie tylko koszykarskie losy. Robinson marzy o budowie legalnego imperium, dlatego lobbuje jak może za legalizacją miękkich narkotyków, nie tylko wśród sportowców.

Myślicie, że chodzi tylko o przyjemność? Robinson otwarcie mówi, że gdyby nie popalanie “zioła”, nie wytrwałby w życiu tyle lat w NBA. Wielokrotne kontuzje, stres, to wszystko powoduje wypalenie, a dla Cliffa odskocznią i sposobem na wyciszenie była właśnie marihuana. Oddajmy mu głos:

Jeśli chodzi o grę na najwyższym poziomie, aspekt fizyczny oraz mentalny stres, koszykówka daje w kość. Miałem także stany lękowe (…) Palenie pomaga radzić sobie z tym, wpływa dobrze na umysł i ciało, wycisza. I nawet nie trzeba palić – mówię także innych sposobach przyjmowania (…) Komisarz Adam Silver musi coś z tym zrobić, trzeba iść z duchem czasu.

Swoje pięć groszy dodał w tym temacie kiedyś także Steve Kerr, który palił medyczną marihuanę by złagodzić chroniczne, bardzo silne bóle pleców:

Popatrzcie na graczy NFL. Oni co tydzień właściwie uczestniczą w wypadku samochodowym (…) lekarze każą brać im szkodliwy oraz uzależniający na dłuższą metę Vicodin, a zabraniają im palić marihuany? To czysta hipokryzja.

Z wizytą u Kim Dzong Una

Jest takie fajne powiedzenie: “Bad decisions make good stories” i jak ulał pasuje ono do wycieczki Cliffa Robinsona do Korei Północnej w roku 2014. Jeśli słyszycie Korea Północna w kontekście NBA, to nie może oczywiście zabraknąć Dennisa Rodmana. “Robak” oraz kilku innych koszykarzy poleciało do Korei z zamiarem udziału w koszykarskiej klinice oraz sparingowym meczu o pięknie brzmiącej nazwie “Democratic People’s Republic of Korea”.

Nie musimy chyba dodawać jakież było zdziwienie Cliffa i reszty, kiedy po wylądowaniu w Pjongjangu dowiedzieli się, że to żadna koszykarska klinika, tylko… prezent urodzinowy dla Kim Dzong Una, wielbiciela basketu.

Co my tu kur%a robimy?!

Chyba nikt oprócz Dennisa nie wiedział. Myśleliśmy, że uczestniczymy w czymś dobrym, a to była zwykła farsa. Wiedzieliśmy, że nasze rodziny w USA były przeciwko, ale jednak polecieliśmy. Kiedy dowiedzieliśmy się po co tak naprawdę tu przybyliśmy, emocje były ogromne… Wszyscy zastanawiali się “co my tu kur.. robimy?!”.

Tylko Rodman wiedział, albo mu się tak przynajmniej zdawało. Przed kamerami CNN zapewniał, że Kim to “wielki lider i dobry człowiek”, by po wywiadzie przyznać się, że udzielał go totalnie pijany. Po prostu cały Dennis. Kiedy nastał w końcu czas meczu, Rodman odśpiewał wodzowi “Happy Birthday” co tylko spotęgowało dziwny nastrój wizyty. A później? Jak w to kraju rządzonym przez reżim – Rodman, Cliff i inni emerytowani gracze NBA (m.in. Doug Christie, Vin Baker czy Charles Smith) grali przeciwko miejscowym, a sędziowie nie gwizdali swoim żadnych przewinień…

Jak zakończyła się ta cała farsa ? Gracze szczęśliwie wrócili do USA, a oficjalnie nikt nie miał do Rodmana pretensji. Dennis zaraz po przylocie zgłosił się na odwyk, a Cliff Robinson spuentował to tylko tak:

Dennis ma dobre serce, tylko robi czasem głupie rzeczy. Jedyne czego chcę to to, by “Robak” zaczął żyć nieco normalniej i w bardziej zdrowy sposób…

52-letni obecnie Cliff grał w pięciu klubach NBA (Portland, Phoenix, Detroit, Golden State oraz New Jersey) i w każdym z nich był kimś, nawet już pod koniec kariery. W Trail Blazers przeszedł rolę od rezerwowego do pierwszej opcji, w Phoenix potrafił rzucić nawet 50 punktów w jednym meczu. W Pistons grał w pierwszej piątce jeszcze w wieku 37 lat, a w ostatnich latach grając dla Nets stał się ważnym zmiennikiem, który mając blisko 40 lat potrafił dostarczać siedmiu punktów na mecz.

Tumor

W pewien sposób rozumiemy także, dlaczego Robinson związał swoje życie z marihuaną. Pomogła mu ona uporać się z kłopotami podczas kariery, pomogła mu także później, kiedy zaczął chorować. W marcu 2017 roku przeszedł wylew, który spowodował paraliż lewej części ciała. Na szczęście były koszykarz odzyskał większość sprawności w nodze i ręce. To jednak nie koniec. Dokładnie rok później, w marcu tego roku usunięto mu guza, który wyrósł na szczęce.

Co ciekawe, z podobnym problemem zmagał się kiedyś sam LeBron James, któremu wycięto guza rosnącego pod uchem. Na szczęście zarówno w wypadku “Króla”, jak i Robinsona, guzy nie okazały się nowotworem. James wspomina jednak, że do momentu przebadania tkanki strasznie się denerwował, podobnie jak Cliff, który nie dość, że walczy ze skutkami paraliżu to dodatkowo musiał zmagać się z nowymi problemami zdrowotnymi.

Obecnie Clifford Robinson radzi sobie z kłopotami zdrowotnymi coraz lepiej, dodatkowo doglądając swojego dochodowego, narkotykowego biznesu. Sam o sobie mówi, że marzy o zostaniu “nowym Escobarem, tylko takim legalnym”. Pozostaje tylko życzyć dużo zdrowia! No i omijania szerokim łukiem Dennisa Rodmana oraz jego dziwnych pomysłów. A dla młodszych czytelników małe przypomnienie, jakim kozakiem potrafił być Uncle Cliff:

[Kuba Machowina]


UPDATE: Clifford Robinson zmarł dziś (29 sierpnia 2020 roku) niech spoczywa w pokoju.

Ostatnie Wpisy

33 comments

    • Array ( )

      Zajaczku, nie igraj z duchem historii.
      Bulls to Bulls, no z tamtych czasów jeszcze Piasniki Magic Balls !

      (5)
  1. Array ( )
    Odpowiedz

    W sumie jak patrzę na sylwetki Melo i Hardena po wakacjach to się nie dziwie że 80% chłopów w NBA pali wariaty. Ja gdy sobie zajaram to 5 paczek czipsów albo ze trzy kebsy na gastro 😀

    (29)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    fajny artykuł, ale zabrakło info o tym z czego naprawdę Cliff był znany, czyli z opasek na głowę.
    Kiedyś nikt w nich praktycznie nie chodził. A u Cliffa podobno jeszcze było drugie dno w tych opaskach, a raczej ich kolorze. Podobno wyrażały one jego nastrój w danym dniu.

    (37)
    • Array ( [0] => subscriber )
      Zdjęcie profilowe Sir Nick

      Tak, masz rację. Mnie też on przypomina z fizjonomii Kevina Duranta.
      Albo może inaczej… Durant mi przypomina Clifforda bo jednak na latach 90 się wychowałem.

      (9)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Za moich czasów to właśnie fryzura “na łyso” kojarzyła się z basketem, potem ew. cornrows. Co oni teraz noszą na tych łbach?

    (0)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Cliff… jak ja wtedy kibicowalem blazers… finały na żywca z bulls to była przygoda. ech smutno mi i tyle… duckworth, kersey i teraz cliff… 😪☹️

    (5)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Wielki żal. Jeden z moich ulubionych zawodników tamtych Blazers. Swoją drogą to z tamtego składu 90-92 nieżyją już Petrovič, Duckworth, Kersey i Robinson.

    (6)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Cliff Robinson świetny gracz. W Blazers pelnil najpierw rolę 6 gracza który był ważna częścią zespołu. Uwielbiałem tego gościa. Kurde nie wierzę że odszedł… Jak ten czas szybko leci. Spoczywaj Cliff w spokoju 🙏

    (2)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Uniwersalny w ataku i obronie. No i te opaski…

    Strasznie fajny player. Widać w komentarzach kibiców i zawodników jaką estymą i sympatią był darzony. Zresztą żeby grać do 41 roku życia, trzeba być prawdziwym profesjonalistą.
    Jeszcze do niedawna w rodzinny domu na jednej z szafek miałem naklejki z lat 90. z graczami NBA. Na jednej z nich Cliff właśnie miał skończyć akcję wsadem. Więc co jakiś czas widziałem go i przypominałem, jakim był ciekawym graczem.

    RIP

    (0)

Gwiazdy Basketu