centered image

Drażen Petrović: zmieniłem NBA

29

Wimbledon, finał gry pojedynczej mężczyzn, 2001 rok. Goran Ivanisević wygrywa z Patrickiem Rafterem i wpada w ekstazę. Znany z porywczego charakteru Goran jeszcze przed turniejem był tylko gasnącą gwiazdą tenisa, numerem 125. w światowym rankingu ATP. Mimo, iż był to jego czwarty finał na trawiastych kortach w Londynie to tym razem potrzebował dzikiej karty, żeby w ogóle wystąpić w turnieju. Historia jak z bajki – podupadły gwiazdor jeszcze raz wspina się na szczyt swoich umiejętności i dochodzi do finału, gdzie za czwartym razem wygrywa w końcu upragniony Wimbledon, ku uciesze wszystkich Chorwatów. Pytany o receptę na sukces, odpowiada krótko:

Ojciec przyniósł mi przed turniejem gazety sportowe, w jednej z nich był plakat Drażena Petrovicia. Wyrwałem go i powiesiłem na ścianie (…) Wiedziałem, że to jest to. To przeznaczenie.

Po wygranym finale przeciwko Rafterowi Goran wzniósł puchar w górę, spojrzał w niebo i powiedział: „To dla Ciebie (…) Drażen był moim dobrym przyjacielem i mam nadzieję, że oglądał mnie z góry”. Kiedy Ivanisević wrócił z pucharem do Chorwacji, na ulicach Splitu powitało go ponad 100 tysięcy kibiców. Tenisista świętował wraz z tłumem ubrany w koszulkę New Jersey Nets z numerem trzy i nazwiskiem Petrović na plecach. Nie mógł inaczej, to przecież plakat z jego zmarłym osiem lat wcześniej przyjacielem pomógł mu przejść przez trudy Wimbledonu. Spytany na gorąco o osobę Drażena, powiedział bez cienia wątpliwości: „On był europejskim Michaelem Jordanem”.

Obcy jest wśród nas

Drażen Petrović w NBA grał ledwie cztery lata, a kiedy w czwartym sezonie na parkietach najlepszej ligi świata osiągnął w końcu status prawdziwej gwiazdy, jego życie zakończyło się tragicznie w wypadku samochodowym. 6. czerwca 1993 roku Drażen rozegrał swój ostatni mecz w życiu – we Wrocławiu przeciwko Słowenii w ramach eliminacji do EuroBasketu. Mecz jak co dzień, Chorwat rzucił 30 punktów i dzień później wracał autem wraz ze swoją dziewczyną, niemiecką koszykarką oraz modelką Klarą Szalantzy, a także jej koleżanką, reprezentantką Turcji Hilal Edebal.

Według relacji świadków, panowały fatalne warunki, lało jak z cebra, a kierująca pojazdem Klara jechała bardzo szybko. W okolicach niemieckiego Denkensdorfu nie zdążyła wyhamować i zderzyła się z ciężarówką, która wcześniej zjechała ze swojego pasa i zablokowała ruch. Petrović, nieprzypięty pasami spał wtedy, odpoczywając po wczorajszym meczu. Siła uderzenia była tak wielka, że wypadł przez przednią szybę i zmarł na miejscu. Wspomina Edebal, która w wyniku wypadku doznała uszkodzeń mózgu:

Klara jechała za szybko… Oczywiście, że nie chciała go zabić… ale dodatkowo zrujnowała mi życie.

Turczynka nigdy nie odzyskała już pewnej sprawności, a Niemka wylizała się szybko po wypadku. Szalantzy po dziś dzień mówi, że nie pamięta całego zdarzenia. Wyszła później za maż za byłego znakomitego piłkarza Milanu i reprezentacji Niemiec, Oliviera Bierhoffa.

Złodziej zaszczytów

Świat koszykówki opłakiwał Drażena (i robi to zresztą do dziś), ale było w tym sporo hipokryzji i chodzi oczywiście o NBA. Co prawda rozpoczynające się wtedy finały pomiędzy Bulls i Suns (czerwiec 1993) uczczono minutą ciszy ku pamięci Chorwata, ale NBA miała wcześniej co do niego mieszane uczucia. Dlaczego? Ponieważ Petrović nie był stąd, a kradł zaszczyty przypisane wcześniej wyłącznie koszykarzom amerykańskim.

Żeby pokazać Wam jak wybitnym graczem był „Petro”, popatrzmy na pewne zależności. Gdy NBA otworzyła się na świat, szukano w Europie przede wszystkim zawodników, którzy byli inni. Byłe kraje Jugosławii nazywano krainą „dwumetrowych point guardów”, szukano wszechstronnych centrów oraz skrzydłowych. Chwalono wyszkolenie techniczne, wymienność pozycji, wielozadaniowość oraz inklinacje do spacingu – czyli coś, co do dzisiaj ujmuje Amerykanów w graczach spoza USA (patrz jeden z moich poprzednich tekstów o Nikoli Jokiciu).

Kochano Kukoca, bo był point forwardem, Divaca bo umiał biegać z piłką do przodu, co wcześniej było niespotykane w Ameryce. Fascynowano się Sabonisem, mitycznym sekretem ZSRR w stylu Ivana Drago, schowanym głęboko gdzieś pomiędzy niedźwiedziami w tartaku na Syberii. Wspomnieni wyżej zawodnicy to były „Jednorożce”, coś czego wcześniej Ameryka nie widziała. Oczywiście w jakiś sposób grali oni po „amerykańsku”, ale jednak wnosili coś nowego, świeżego.

Problematyczny

Petrović był za to dla NBA problematyczny, ponieważ był zawodnikiem za bardzo w typie amerykańskim. Mimo, iż nie był klasyczną dwójką (typ „combo”, łączył kreowanie gry z wykańczaniem akcji) to jednak zdobywał wiele punktów, do tego grając bardzo efektownie i przede wszystkim efektywnie. A wybitnych egzekutorów NBA już miała, by wymienić jedynie Jordana czy Drexlera.

Tym bardziej należy docenić Drażena, ponieważ miał oczywiście ten świetny europejski warsztat, ale przebił się pomimo faktu, że kapitalnych obwodowych w NBA przecież nie brakowało. W swoim ostatnim, czwartym sezonie na parkietach NBA (1992/93) linijka statystyczna „Petro” wyglądała następująco: 22 punkty na mecz, skuteczność z gry 52% (!) za trzy 45% do tego 3.5 asysty i 1.3 przechwytu na mecz. Niesamowite.

Drażen trafił do NBA w roku 1989, podpisując umowę z Portland Trail Blazers. Przez półtora sezonu grał totalne ogony, a do historii przeszła jego wypowiedź, w której ironizował, nie rozumiejąc dlaczego Amerykanie na niego nie stawiali:

Jest fantastycznie. Nikt nie zadaje zbędnych pytań, wchodzę w końcówkach i rzucam łatwe punkty. Miliony dolców za parę minut gry.

Moskwa nad rzeką Hudson

Chodziło mu oczywiście o Ricka Adelmana, trenera Trail Blazers, który traktował Chorwata jedynie jako motywację dla Clyde’a Drexlera, którego Drażen był zmiennikiem. Petrović nigdy nie bał się mówić co myśli, co też było nowością dla Amerykanów, których wyobrażenie o obcokrajowcach w tamtym czasie było mniej więcej takie, jak obraz Rosjanina wykreowany przez Robina Williamsa w filmie „Moskwa nad rzeką Hudson”:

„Petro” był wybitnym trashtalkerem i nie bał się podskoczyć nikomu, grając jak równy z równym przeciwko Jordanowi i innym. Pyskował, odgryzał się, czarował na boisku. Kiedy spiker przed jednym z meczów zaanonsował go jako Jugosłowianina, wziął mu mikrofon i naprostował: „Jestem Chorwatem” (o tym więcej pod koniec). Nie podobało się to wielu Amerykanom, zwłaszcza po tym, jak Drażen odżył po transferze z Portland do New Jersey Nets i stworzył świetny duet wraz z Derrickiem Colemanem, a później trio wraz z przesuniętym do pierwszej piątki (1992/93) Kennym Andersonem.

Tajemnicą poliszynela było także to, że anonimowi gracze Nets twierdzili, że Chorwat „za dużo rzucał i przetrzymywał piłkę”, ale patrząc na postęp, jaki ekipa zanotowała pod wodzą trenera Chucka Daly (przejął Netsów w 1992 roku po Billu Fitchu) oraz jak grał sam Drażen, tamte oskarżenia wyglądają dziś jak kiepski żart oraz zwykła zazdrość.
Petrović potrafił rzucić 44 punkty przeciwko Houston czy 40 w meczu Playoffs, ale nadal nie traktowano go do końca jak swego. Pamiętajmy, że to były inne czasy. Dzisiejsze pokolenia są w dużej mierze takie same, niezależnie od szerokości geograficznej. Te same ciuchy, fryzury, muzyka, dostęp do informacji. A gdy Petrović trafił do NBA, mieliśmy koniec zimnej wojny, 1989 rok, USA vs ZSRR i reszta komunistycznych państw.

Pieniądze wylatują ze ściany

Mimo, iż Jugosławia nie była aż tak zamknięta na świat jak wspomniane ZSRR czy choćby Polska, to Petrović był mimo wszystko gościem zza żelaznej kurtyny. Nie wiedział o Ameryce prawie nic, a przyjechał i koszykarsko ją podbił, dodatkowo nie dając sobie dmuchać w kaszę. A były to takie czasy, że wyjazd do USA był kulturowym szokiem. Kiedy przywódca ZSRR Michaił Gorbaczow pojechał z wizytą na „zachód”, to nie mógł wyjść z podziwu, że istnieje coś takiego jak bankomat. Stał z rozdziawioną buzią i patrzył, jak „pieniądze wylatują ze ściany”. A jedź tutaj jeszcze do NBA i rób karierę.

We wspomnianym sezonie 1992/93 Drażen walczył o swoje, ale bardzo denerwowało go to, że Amerykanie nie potrafią go zaakceptować. Najlepiej było to widoczne wtedy, gdy jako jedyny z czołowej piętnastki strzelców ligi nie dostał się do All Star Game. Kiwał głową i mówił głośno: „Jeśli teraz mnie nie wybrali, to kiedy to zrobią?”. Co prawda na koniec sezonu wybrano go do All NBA Third Team, ale Petroviciowi akurat bardzo zależało na Meczu Gwiazd. W europie był koszykarskim bogiem, to dlaczego miałby nie być za oceanem? Chciał, by kochali go kibice i doceniali inni trenerzy.

Ile chcesz zarabiać

Dodatkowo frustrację u „Petro” potęgował fakt, że pomimo kapitalnego sezonu Nets nie chcieli przedłużyć z nim umowy. Drażen nie rozumiał dlaczego. Według różnych wersji planował przenieść się do New York Knicks, albo w ogóle opuścić NBA i wyjechać do greckiego Panthinaikosu. Legenda mówi, że ówczesny prezes greckiej drużyny tak bardzo chciał mieć Chorwata u siebie, że zaoferował mu do podpisania kontrakt, w którym w miejscu na wynagrodzenie była pusta przestrzeń. Drażen miał po prostu wpisać ile by chciał zarabiać i tyle by dostał. Był w końcu europejskim Michaelem Jordanem.

Ja natomiast zastanawiam się, jakby wyglądały finały z roku 1994, jeśli zamiast Starksa w koszulce Knicksów z numerem „trzy” biegałby „Petro”. To, że był 10 razy lepszy niż John Starks, nie podlega wątpliwości. Czy cieszyłby się wraz z Ewingiem z mistrzowskiego pierścienia? Być może. Szkoda, że nie mieliśmy okazji dowiedzieć się tego…

Petro jak JFK, a nawet lepszy niz Wilt

Chuck Daly, legendarny trener oryginalnego Dream Teamu (tego z 1992 roku), a później Netsów, w taki oto sposób mówił o zmarłym Petroviciu: „Mamy takie powiedzenie, odnosi się ono do Johna F. Kennedy’ego: „Wiesz, Johnny. Nie zdążyliśmy Cię dobrze poznać”. To samo czuję w stosunku do Drażena – mam wrażenie, że ten sezon, który spędziliśmy wspólnie (1992/93) minął zbyt szybko i nie miałem okazji poznać go tak dobrze, jakbym chciał (…) Był miłym gościem i zawsze się uśmiechał”.

Podobnie wspominał go Clyde Drexler, z którym Drażen grał przez półtora roku w Portland: „Byliśmy bardzo blisko, zostaliśmy przyjaciółmi. Dużo rozmawialiśmy o jego rodzinie, o życiu. On był bardzo towarzyski i kochał koszykówkę. Szanowałem go, ponieważ bardzo ciężko pracował”. „Petro” był znany ze swojej ciężkiej pracy, jako dziecko oddawał po 500 rzutów dziennie, stąd jego nienaganna celność oraz technika. Spotkałem się nawet z opiniami, że jego gra bardzo przypominała Jamesa Hardena, tyle że z lepszą obroną.

Europejska kariera Petrovicia to był po prostu piękny sen. Miał 15 lat, kiedy włączono go do pierwszego składu Sibenki, klubu z jego rodzinnego miasta, czyli Szybeniku, położonego nad Adriatykiem. Gdy miał 20 lat, Drażen przeszedł do Cibony Zagrzeb. Początek pobytu w Zagrzebiu? Jak marzenie – 56 punktów przeciwko… Sibence. Zrozpaczeni kibice z rodzinnego miasta Petrovicia darli się, żeby przestał już rzucać, prosili, błagali, a wielu groziło mu nawet pobiciem i przeklinało wniebogłosy.

W Cibonie „Petro” spędził cztery lata, a jego średnia na przestrzeni tych lat wyniosła… 37.7 punktów na mecz. Europejska prasa nazwała go „Mozartem koszykówki”. Miał mecz, w którym rzucił 45 punktów i rozdał 25 asyst. Mało? W roku 1985, w wieku 21 lat Drażen rozegrał mecz, o którym do dzisiaj krążą legendy, a dla wielu spotkanie to urosło do rangi koszykarskiego mitu. Chodzi oczywiście o pojedynek Cibony z KK Union Olimpia Ljubljana, w którym to Petrović rzucił… 112 punktów. Nie, to nie żart. 12 więcej niż Wilt. Zaliczył 40/60 z gry, trafił 10 „trójek” i 22 rzuty wolne.

67 punktów do przerwy

Oczywiście historia ma też drugie dno. Wskutek błędów administracyjnych Olimpia przyjechała do Zagrzebia w składzie złożonym z samych młodych zawodników (nie zdążono zgłosić na czas nowych graczy), a „Petro”postanowił to wykorzystać i pobić rekord wszech czasów ligi jugosłowiańskiej, wynoszący 74 punkty i należący od 1962 roku do Radivoja Koracia. Cibona wygrała 158:77, a Drażen już do przerwy miał 67 punktów. Przeciwko juniorom czy nie, rekord ten i tak robi wrażenie.

Co symboliczne – ten, którego rekord Petrović pobił, także… zginął w wypadku samochodowym. Korać miał niecałe 31 lat, gdy zmarł w kraksie pod Sarajewem. Dwa lata później, na cześć Koracia FIBA stworzyła specjalne rozgrywki nazwane „FIBA Radivoj Korać Cup”. Rozgrywane one były od 1971 roku aż do 2002.

Drażena wybrano z 60. numerem Draftu w roku 1986, ale do NBA trafił dopiero trzy lata później. Na koniec europejskiej kariery, po czterech latach w Cibonie, grał jeszcze sezon w Realu, po czym wsiadł w samolot i poleciał do Portland. Co ciekawe, wcale nie był taki pewny wyjazdu do USA. Jako dziecko marzył o NBA, ale w Madrycie miał luksusowy dom, status boga koszykówki, najlepsze sportowe auta i kontrakt z Reebokiem. Miał dużo do stracenia i nie wiedział co go czeka. Zaryzykował i dobrze – dzięki temu jego grę poznała NBA.

Zaraz rzucę Ci punkty prosto w twarz, patrz!

Nie należy zapominać jeszcze o jednym rozdziale z kariery Petrovicia, mianowicie o Barcelonie 92. Oczywiście historię tę znamy wszyscy, a jeśli ktoś ma ochotę poszerzyć wiedzę odnośnie NBA, polecam książkę Jacka McColluma „Dream Team”, genialne kompendium wiedzy i anegdot nt. oryginalnego Dream Teamu. W finale IO w roku 1992 USA rozniosło Chorwację 117:85, ale małym smaczkiem tamtego finału były pojedynki Petrovicia z Jordanem. Drażen rzucił w finale 24 punkty, najwięcej ze wszystkich koszykarzy na parkiecie, tocząc małe wojenki z „Air” Mike’iem. Jordan próbował wjechać Chorwatowi na psychikę, krzycząc: „Zaraz rzucę Ci punkty prosto w twarz, patrz!”. Drażen nie pozostawał dłużny: „Tak, to ja Tobie też!”. I tak w kółko.

Ilekroć graliśmy przeciwko sobie, był twardy. Nie denerwował się, zawsze potrafił się odciąć, był agresywny. To było ekscytujące i toczyliśmy wiele pojedynków (także w NBA). Szkoda, że potrwało to tak krótko [MJ]

Petrović był pierwszą wielką europejską gwiazdą i możemy tylko się domyślać, jak potoczyłaby się jego dalsza kariera w NBA, zwłaszcza po fenomenalnym sezonie 1992/93. W momencie śmierci „Petro” miał zaledwie 29 lat i był sportowo był w najlepszym okresie życia. Jego piękną karierę przerwała tragedia, ale dla wszystkich graczy – a także zwykłych ludzi – z byłej Jugosławii był dowodem i nadzieją na to, że można wyjść w świat i zrobić karierę. Zapomnieć o wojnie i tysiącach zabitych ludzi. A wojna na Bałkanach poróżniła przecież tak wielu.

Flaga na ziemi

Znana jest przecież historia, kiedy podczas celebracji złotego medalu w Buenos Aires w 1990 roku (Jugosławia wygrała tam mistrzostwa świata FIBA) na parkiet wkroczyli kibice. Jeden z nich trzymał flagę Chorwacji, a widząc to Vlade Divac powiedział mu, że to zwycięstwo jest dedykowane całej Jugosławii, a nie tylko Chorwacji. Kibic w odpowiedzi niepochlebnie wyraził się o fladze Jugosławii, za co Vlade zabrał mu chorwacką flagę i cisnął ją o ziemię. Zawrzało. W jednej chwili Divac stał się dla Serbów bohaterem, a dla Chorwatów wrogiem. W tym dla Drażena Petrovicia, swojego… najlepszego przyjaciela.

Vlade utrzymywał, że nie chodziło mu o znieważenie Chorwacji, a zachowanie jedności całej Jugosławii i jeśli tamten kibic trzymałby flagę Serbii, zrobiłby to samo. Nikt mu nie uwierzył, mleko się rozlało. Doszło do podziału w drużynie i musiało minąć wiele lat, zanim serbscy i chorwaccy koszykarze wyjaśnili sobie pewne sprawy. Divac bardzo to przeżył, ponieważ stracił przyjaciela, a dodatkowo ten trzy lata później już nie żył. Obaj nie zdążyli się już nigdy pogodzić, porozmawiać o przeszłości i wybaczyć sobie. Kiedy w 1993 roku płaczący Chorwaci (m.in. Dino Radja i Toni Kukoc) nieśli ze łzami w oczach trumnę Petrovicia, Divaca zabrakło na pogrzebie.

Dajcie mi 30 minut

Była wojna i nikt go tam nie chciał. Kwiaty na grobie „Petro” złożył dopiero w roku 2010. Scenę tę upamiętnia film dokumentalny „Once Brothers”, produkcji ESPN. Gorąco polecam tę produkcję – pozwala ona lepiej zrozumieć, jak trudna i skomplikowana była wojna w byłej Jugosławii i jak dziwacznie pomieszała losy ludzkie. Przyjaciele w jednej chwili stawali się wrogami, właśnie jak Vlade Divac i Drażen Petrović.

Petrović był prawdziwym pionierem i przetarł szlaki dla wszystkich późniejszych gwiazd z Europy, a nawet słabszy okres w czasach Portland nigdy nie spowodował, że Chorwat stracił pewność siebie. Kiedy tylko opuścił Oregon i zameldował się w New Jersey Nets, wypalił:

Dajcie mi 30 minut w meczu to nie będzie w całej NBA ekipy, której nie rzucę 20 punktów (…) Koszykarze w NBA są dobrzy, ale to żadni Supermani…

Petrović sprawił, że miliony nastolatków w Europie uwierzyło, że nie trzeba być czarnoskórym Amerykaninem, by trafić do najlepszej ligi świata.

[Kuba Machowina]

Ostatnie Wpisy

29 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Ciary na plecach Panie Jakubie, jeden z najlepszych artów w tym roku! No, może poza pęcherzami na stopach pewnego maratończyka… 😉

    (142)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Po 17 latach dopiero Vladie znalazł czas na zaniesienie kwiatów na grób przyjaciela yyy znaczy ESPN żeby to nagrać…. Brawo. Świetny art Kuba

    (16)
    • Array ( [0] => contributor )
      Zdjęcie profilowe kmn
      PATRON

      siema dziadek
      jak zamknę oczy,to widzę drażena w koszulce nets
      ale pamiętam jego początki w nba,bo były to i moje początki oglądania ligi właśnie od finałów portland – detroit
      grał tam same ogony,bo adelman zawsze był miękka fają… sory
      grajkiem był ponadprzeciętnym,ale charakterek miał też niczego sobie
      do takich zawodników potrzebny jest trener z jajami

      ivanisevica zawsze lubiłem
      te jego cepy serwisowe 🙂
      w końcu dochapał się tytułu na trawie, znaczy w wimbledonie

      p.s.
      KUBA !!!
      może Ty rzucisz się na podobny wpis o Adamie Wójciku..?
      pisałem krótko po jego śmierci do redakcji,ale mnie … zmutowali,a szkoda
      za miesiąc pierwsza rocznica,a ja do teraz nie mogę uwierzyć,że jego już nie ma wśród żywych… ten jego szczery uśmiech i życzliwość bijąca na odległość…

      nie żebym nalegał (haha),ale kto jak nie Ty…
      pozdrowiska

      (24)
    • Array ( )

      Czołem kmn 😉

      Mam to samo, myślę Petrović i w głowie wyświetla mi się koszulka Nets z nr 3. Portland strzeliło sobie prosto w stopę tym jak potraktowali Drazena, Porter był niezłym zawodnikiem ale koszykarsko do Petrovic`ia było mu daleko. Druga kwestia to fakt, że Drexler miał tam monopol na gwiazdorzenie i zdobywanie punktów, resztę graczy traktowano tam jako jego pomagierów mimo tego, że taki Kersey czy Robinson to byli naprawdę klasowi zawodnicy. Ale gdyby to Drazen miał szansę gry w pierwszej piątce zamiast Portera kto wie jak rozstrzygały by się mecze w finałach z Pistons albo rok później w finałach konferencji z Lakers. Pamiętam jak o jego śmierci dowiedziałem się dopiero z podsumowań sezonu, chwilę po finałach Bulls – Suns. To było smutne lato …

      (5)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Super tekst i bardzo uswiadamiajacy. Pierwsze na co zwróciłem uwagę to przypomnienie jak bardzo europejska koszykowka była egzotyczna dla Amerykanów i jednocześnie jak bardzo było wyczuć niesmak koszykarzy amerykańskich względem europejskich, ale właśnie Petrovic te szlaki przetarl…
    Następna sprawa, która ciągle nie daje mi zrozumieć to ta „skomplikowana” relacja w Jugosławii. Jugosławia się podzieliła na nic nie znaczące małe państewka zwłaszcza w kontekscie UE. Cała Jugosławia miała by ponad 20 milionów mieszkańców przy czym każdy z regionów rodził utalentowanych sportowców.
    Pamiętam jak sie jedzie chorwacka autostradą to wiszą wydrukowane zdjęcia (jak u Nas politycy przy drogach przed wyborami, lub w innej formie) Petrovic a i jeszcze Tesli. Jak się jedzie gorzystymi drogami to widać z góry boiska do koszykówki umieszczone jakby wcisniete pomiędzy budynkami i skałami w jedynym możliwym miejscu. Grasz w kosza patrzysz w górę skały-góry, w dół morze…

    (4)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Jordan zniszczył wtedy Starksa psychicznie. Szkoda, że Drażen nie był na jego miejscu. Oglądałem to nocami na małym 14″ telewizorku marki Westa.

    (3)
  5. Array ( )
    Stojko Vrankovic 24 Lipiec, 2018 at 01:39
    Odpowiedz

    Dziękuję za ten artykuł- dla młodszych czytelników możliwość poznania historii europejskiej jak i jugosłowiańskiej oraz chorwackiej koszykówki. Dla starszych powrót do lat młodości i fascynacją basketem w wydaniu europejskim i NBA. Ciekawy artykuł, który przybliżył postać Petrovica oraz zahaczył o jedną niesamowitą historię.
    1992 Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie wszyscy wiedzą o tym, że po raz pierwszy grali zawodnicy z NBA w słynnej ekipie DREAM TEAM, ale kto pamięta o tym że debiutujące państwa na igrzyskach zdobyły srebrny i brązowy medal odpowiednio Chorwacja i Litwa…. w składzie Chorwacji obok Petrovica było wielu utalentowanych zawodników min., Stojko Vrankovic, Zan Tabak (mistrz NBA z Houston), Toni Kukoc (3 mistrzostwa z Chicago), Dino Radja a w drużynie Litwy kolejna legenda europejska Arvidas Sabonis oraz Sarunas Marciulionis – może ktoś napisze artykuł o tych zawodnikach 🙂 i jeszcze jedno koszulki Litwy kto pamięta ten wie o co chodzi 🙂

    (6)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    faktycznie avg kariery za dwa 52% a za trzy 44%…przy średnio 11,6 rzutu na mecz a w ostatnim sezonie 16,2 rzutu na mecz (36.7min)

    (1)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Miedzy 86 a 88 mieszkałem w Splicie i choć niewiele pamiętam z tego okresu, to wryly mi się w pamięć 2 nazwiska: Maradona (wiadomo – Mexico 86) i Petro. Jak Jugoplastika grała z Ciboną na ulicach było pusto a potem zaczynało się święto.

    (2)
  8. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe Kuba Machowina
    Odpowiedz

    Dziękuję wszystkim za miłe słowa! Mobilizują do jeszcze cięższej pracy 🙂

    @KMN: Wstyd przyznać, ale od dłuższego czasu leży u mnie na półce biografia Adama Wójcika, której jeszcze nie tknąłem. Myślę, że przeczytam ją w końcu jeszcze w te wakacje, więc za jakiś czas powstanie tekst 🙂 Challenge accepted! Pozdrawiam 😉

    (9)
    • Array ( [0] => contributor )
      Zdjęcie profilowe kmn
      PATRON

      w takim razie pozostaje wypatrywać 🙂
      z góry wielkie dzięki i pozdrowiska

      (2)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    Tak się złożyło, że między 86 a 88 mieszkałem w Splicie. W sumie mało pamiętam z tego okresu, ale w kontekście sportu 2 nazwiska utkwiły mi z tego okresu: Maradona (wiadomo Mexico 86) oraz Petrovic. Kiedy w Splicie Jugoplastika grała z Ciboną – ulice pustoszały. Potem albo było święto, albo żałoba 😉 A co do relacji z Vlade – nie nam oceniać dlaczego odwiedził grób kolegi po 17 latach. Kosa Polaków z Niemcami – to dziś pikuś w porównaniu z tym co tam się działo w głowach ludzi tuż po wojnie. Szczególnie, że w wielu przypadkach (Mostar, Sarajewo) – animozje przez lata przypominające te miedzy dzielnicami w polskich miastach, lub w ekstremalnych sytuacjach między kibicami Cracovii i Wisły czy Arki i Lechii – z dnia na dzień zamieniły się na akty ludobójstwa. Dodatkowego tragizmu dodaje fakt, że często zdarzały się rodziny mieszane, gdyż lata żyli obok siebie. Sam znam rodzinę Chorwacko-Serbsko-Bośniacką z Mostaru, gdzie Ojciec poszedł na wojnę w armii Bośniackiej jak mu Syrby dom spalili, jeden z synów trafił do armii Chorwackiej bo mieszkał z żoną w Dubrovnikua drugi będąc w wojsku Jugoisłowiańskim – nagle znalazł się w armii Serbskiej. Oby nigdy u nas coś takiego nie zaszło.

    (6)
  10. Array ( )
    miś4 kontratakuje 24 Lipiec, 2018 at 18:20
    Odpowiedz

    Brawo! Ale legenda trochę przesłoniła fakty. Drażen nie był aż tak dobry w nba. W blazers w początku nie do końca wyrabiał, potem w Nets znalazł swoje miejsce, poczynił ogromny postęp w amerykańskiej koszykówce. Dostał nawet za to nagrodę na zawodnika roku. Ale jednak nie wygrał ani jednej serii play-off. W ASG 1993 nie grał bo wtedy wybierano zawodników na konkretne pozycje. Musiałby więc zastąpić Jordana albo Dumarsa. Coś jak teraz masz Hardena, Westbrooka, Curryego, Klaya, Paula Lillarda jeden z nich musi odpaść.

    (-3)
  11. Array ( )
    Odpowiedz

    Przed przeczytaniem tego artykułu wiedziałem nawet sporo o Drażenie Petroviciu. Oglądałem też ten dokument z ESPN ale o zainteresowaniu Knicks nie miałem pojęcia. Jako fan Knicksów z lat 90-tych widzę to tak : Petrović w pierwszej szóstce, Starks jako rezerwowy i tytuł w 1994 roku dla Knicks. Świetny artykuł o wspaniałym zawodniku. Brawo Kuba.

    (0)

Gwiazdy Basketu