Isaiah Rider: bolesny upadek byłego mistrza wsadów

36

Cała Ameryka i pół zajaranej koszem Polski oglądało w 1994 roku jego akrobacje. Miał coś zwierzęcego w spojrzeniu, w konkursie wsadów w tyle zostawił m.in. Shawna Kempa z Seattle SuperSonics i Roberta Packa z Denver Nuggets. Zwycięstwo w konkursie zapewniło mu sławę i rozpoznawalność: oprócz umowy z Timberwolves wkrótce pojawiły się kontrakty sponsorskie, między innymi z marką Converse, jak dziś pamiętam reklamę w niemieckiej gazecie, hehe.

42 cale wyskoku to nie w kij dmuchał, a jego East Bay Funk Dunk zrobił wrażenie. Robiący za wodzireja Sir Charles (ze znaną sobie skłonnością do przesady) na widok paki Ridera pod nogą wykrzyknął „o Boziu, to może być najlepsza paka w historii”. Tylko później coś poszło nie tak. Rider kompletnie się pogubił…

Sodówka

Klasyka w wykonaniu chłopaka z biednej dzielnicy, który przedwcześnie, na bazie wrodzonego talentu odniósł sukces: JR spóźniał się na treningi, popalał marihuanę w trakcie sezonu, wygrażał w stronę krytykujących go kibiców a gdy zaczął kwestionować autorytet trenerów, wiadomym było, że kres jest bliski. Media w Stanach nazywały go „coach killerem”, migreną, granatem czy też zgniłym jabłkiem. Nawet lunatyk charyzmatyk Phil Jackson nie potrafił go okiełznać.

Isaiah Rider przyszedł na świat w 1971 roku w Oakland. Ojciec pracował fizycznie na dwie zmiany, matka zajmowała się domem. Talent młodego dał znać o sobie już na początku podstawówki. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa: na tle rówieśników wyróżniał się szybkością, sprawnością i siłą. Od początku był bardzo skoczny, chcieli go dać do lekkoatletyki, ale jego interesowały basket i futbol amerykański. Kwestia osobowości trenera, niejakiego Toma White’a sprawiła, że skupił się na koszykówce. Swoją drogą często tak bywa, spotykamy na swej drodze ludzi, którzy całkiem przypadkowo zmieniają nasze losy, co nie?

Gdy miał osiem lat rozpadła się jego rodzina. Matka postanowiła zabrać czwórkę dzieci i przeprowadzić do domu babci. Młody bardzo to przeżył, zmiana otoczenia nie pomogła. Spóźniał się do szkoły, miał w nosie naukę, całą energię wkładał w klepanie piłki. Pewnego dnia napisał nawet list do matki:

Mamo, kocham cię i kiedy dostanę się do NBA kupię ci nowy, duży dom

Spełnione marzenie

Wolny czas spędzał we wschodnim Oakland, dzielnicy zdominowanej przez proceder handlu narkotykami, pijaństwo, świst kul z broni półautomatycznej i próby przetrwania milczącej większości, zbyt biednej by się stamtąd wyprowadzić. Rider starał się unikać szemranego towarzystwa, kult cielesności, skoków, rzutów i muskułów był w nim zbyt silny by myśleć o używkach i „łatwej kasie”.

Już w wieku 13 lat budził szacunek na „Devil’s Playground” w East Oakland. Od początku był utalentowany 1-na-1, ponoć pierwszy wsad zrobił mając 12 lat! Wkrótce stał się gwiazdką Encinal High School, niedługo potem otrzymał stypendium sportowe. Przygodę z uczelnianym basketem rozpoczął w 1989 roku z łatką dunkera, który nie potrafi podawać i widzi wyłącznie czubek swojego nosa.

Średnie zdobycze oscylowały wokół 30 punktów i faktem jest, nie po drodze było mu dzielić się piłką. Zgrzyty w drużynie oraz pragnienie większej medialnej ekspozycji w 1990 roku zaprowadziły go do Antelope Valley College (średnia 33 punkty) a dalej do drużyny UNLV Runnin’ Rebels. Dostał czego chciał, w meczu przeciwko Georgetown, transmitowanym w publicznej telewizji ustanowił swój rekord strzelecki NCAA: 44 punkty! Pod koniec sezonu 1992/1993 był najlepszym strzelcem ligi akademickiej ze średnią 29.2 punktów a zbierał przy tym 9 piłek. Akces do draftu NBA stanowił naturalną kolej rzeczy. Marzenie Isaiaha Ridera spełniło się 30 czerwca 1993 roku. Z numerem piątym sięgnęli po niego Timberwolves. W tym samym roczniku Chris Webber zasilił szeregi Golden State, a Penny Hardaway dołączył do Shaqa w Orlando Magic.

Zawód koszykarz

W jaki sposób Isaiah Rider przywitał się z NBA? W świetle kamer i fleszów oznajmił całemu światu: „konkurs wsadów jest mój”. Jednym podobała się pewność siebie młodego (jak to ostatnio powiedział Mario Hezonja „cieniasów do ligi nie biorą”) inni odbierali to jako arogancję połączoną z brakiem inteligencji. Zawodnik nie rzucał jednak słów na wiatr. W debiutanckim sezonie notował średnie 16/4/2!

Podczas All-Star Weekend wygrał konkurs wsadów przed własną publicznością w Target Center i trzeba przyznać, zrobił to w wielkim stylu. Właściwie już po pierwszej rundzie było pozamiatane:

Niestety 23-letni chłopak nie uniósł ciężaru sławy. Pewnego razu nie poleciał z Minnesotą na mecz, ponieważ… zaspał. Trener Sidney Lowe powiedział po tym incydencie, że: „To ostatni raz kiedy Rider spóźnił się na cokolwiek w mojej drużynie”. Czyżby? Miesiąc później ponownie opuścił trening. W ciągu trzech sezonów w klubie opuścił 6 treningów i 3 razy nie poleciał na wyjazdowy mecz. Raz zatrzymały go korki, innym razem rozładowany akumulator w aucie (!) kasa się zgadzała, młody poczuł się panem życia. Robił awantury w hotelach, rozbił szklankę w barze, pluł na parkiety przeciwników, z którymi grał. Były dziennikarz Minneapolis Star-Tribune Steve Aschburner napisał kiedyś o nim: „Rider chciał być raczej gangsterem niż graczem formatu All-Star”.

T-Wolves mają dość

Przygoda w klubie z Minneapolis trwała 3 sezony, konflikt z coachem Billem Blairem, palenie zioła oraz zarzut pobicia kobiety w barze były ponad siły kierownictwa klubu. Oliwy do ognia dolało oplucie kibica Detroit. W ten sposób Rider trafił do Portland w zamian za niejakich Billa Curleya oraz Jamesa Robinsona, których macie pełne prawo nie znać/ nie pamiętać i to właśnie określa smutny charakter tej historii.

Blazers też  nie byli w stanie okiełznać Ridera. Poziom sportowy był bez zarzutu, był liderem Portland pod względem liczby zdobywanych punktów (19.7) i rzutów za trzy punkty (135 celnych trójek, ósme miejsce w lidze). Mecz przeciwko Raptors zakończył linijką: 38 punktów, 5 zbiórek i 4 asyst, a wierzcie że w tamtych, nieco bardziej fizycznych czasach była to rzadkość.

Wydawało się, że odnalazł swoje miejsce w Oregonie, ale starych nawyków nie wyplenił. Znów spóźniał się na drużynowe eventy, kolejny raz opluł kibica, w ten sam sposób zachował się wobec pracownika linii lotniczych. No i co? W 1999 roku doszło do wymiany na linii Portland <> Atlanta. W jego miejsce przyszedł Steve Smith.

Przygoda Ridera z Hawks była krótka i burzliwa. Przed jednym z meczów narzekał na uraz lewego kolana, by po wejściu do hali zmienić zdanie (nagle ból ustąpił i JR chciał grać). Kilkanaście dni po podpisaniu kontraktu udzielił wywiadu, w którym błagał, żeby zarząd Atlanty go sprzedał. Podczas Świąt Bożego Narodzenia się rozmyślił i na łamach Atlanta Journal błagał o kontrakt długoterminowy.

Po raz kolejny ratowały go wyniki: średnio 19/4/4 jednak tym razem nie poszły za tym wyniki drużynowe, a potencjał rozwojowy z wolna się wyczerpywał. Hawks w sezonie 1999/2000 zajęli dopiero 14. miejsce w konferencji. Iskrzyło także na linii Rider versus generalny menedżer Pete Babcock, który koszykarz oskarżył o próbę wyłudzenia pieniędzy. Trener Lenny Wilkens był bezradny, a koledzy z drużyny wściekli. Włodarze Hawks rozwiązali z nim kontrakt krótko przed końcem sezonu.

The enemy within

I gdy wydawało się, że Rider jest w NBA skończony, pomocną dłoń wyciągnął do niego Phil Jackson, ówczesny szkoleniowiec Lakers, którzy w danym momencie potrzebowali zmiennika dla Kobe. Jak myślicie, wykorzystał szansę? Jako rezerwowy zdobywał średnio 7.6 punktów, ale nie miał to znaczenia. Na miesiąc przed rozpoczęciem playoffs wpadł na teście antynarkotykowym, a co za tym idzie, wypadł ze składu. Lakers sięgnęli po tytuł bez jego udziału, ale na pocieszenie dostał pierścień.

Ostatnim klubem w karierze byli Denver Nuggets. Isaiah wystąpił w dziesięciu meczach po czym został wydalony ze składu. Wkrótce, mając zaledwie 30 lat postanowił zakończyć karierę. Na sportowej emeryturze także ciężko mu było się odnaleźć. Kompletnie rozsypał się po śmierci matki. Nie panował nad sobą, przez co kilkukrotnie trafił za kratki. Przemilczmy może tę część. Najważniejsze, że jakiś czas temu się nawrócił. Światło dzienne ujrzał film autobiograficzny pod tytułem „My Testimony: Raw and Uncut” oraz fundacja Sky Rider, której cel statutowy to pomoc biednym i upośledzonym dzieciom.

No cóż, Thomas Jefferson powiedział kiedyś:

Nic nie powstrzyma człowieka z właściwym nastawieniem przed osiągnięciem jego celu i nic na świecie nie pomoże człowiekowi ze złym nastawieniem.

Słowa te doskonale pasują do Ridera: ogromny talent, 195 boskich centymetrów, winda w nogach, niezły rzut. Publiczność bawił efektownymi wsadami i celnymi rzutami. Podziwiali go Charles Barkley, Jason Kidd i Gary Payton, a Michael Jordan wróżył mu świetlaną przyszłość. Szkoda, że tak zdolny zawodnik przegrał z samym sobą. Byli współpracownicy i kibice zapamiętali go głównie z afer. Historia smutna, bo pokazuje człowieka, który mógł być na szczycie, lecz wolał awantury, narkotyki i towarzystwo kobiet lekkich obyczajów. Isaiah Rider to prawdopodobnie jedyny koszykarz, którego nie okiełznał „Mistrz Zen” Phil Jackson, a wielka szkoda, bo J.R. mógł latać nad obręczami zdecydowanie dłużej niż 9 sezonów.

autorem tekstu jest Marcin Mendelski vel. Nieobiektywny Kibicredakcja: Bartosz R. Gajewski vel. Admin

Ostatnie Wpisy

36 comments

    • Array ( )

      No rocznik 98. Ale cała widzę o historii NBA czerpie niemalże tylko z GWBA. Co nie zmienia faktu, że tego typu artykuły zawsze mnie niezwykle interesują 😉

      (51)
    • Array ( )

      Słowo do tych wszystkich „ekspertów” na tym portalu..Żenujące jest to minusowanie młodszego kolegi, który przyznał, że nie zna Ridera. Ogarnijcie się trochę, wypisujecie tu często bzdury, których czytać się nie da ale ale do nieracjonalnego minusowania pierwsi..

      (19)
    • Array ( )

      Bez kitu, ale 2k dzięki takim rzeczom daje wielu osobom świadomość, że ktoś taki istniał w NBA i był bardzo dobrym graczem. Sam zawsze jak odbierałem kartę z zawodnikiem, którego nie kojarzyłem w ogóle albo słabo, to od razu odpalałem wiki i czytałem jego historię.

      W piłce coś podobnego stara się robić FIFA ze swoimi ikonami aby pamięć o wielu świetnych graczach nie przemijała i chociaż obie gry to teraz niestety p2w, które nie sprawiają mi takiej przyjemności co kiedyś, to mają u mnie ogromnego plusa za przedstawianie graczom zawodników dawnych czasów.

      (0)
    • Array ( )

      Jako stały widz NBA na DSF już wiedziałem do jakiego filmiku to link hehe piękne kiedyś były te filmiki NBA. Miałem całą kasetę nagraną:)

      (6)
  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Mialem wiele plakatow MJ w czasach 90 ale plakat Ridera jak dawal z pod nogi na ASG z 94 roku musialem miec i dostalem z francuskiego czasopisma.. Rocznik 82 the best 😉

    (3)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Admin vel Bartek Yoda Ocokaman wychodzi z cienia. Powodzenia! Moze takim jak Wy uda sie rozbić to chore towarzystwo lesnych dziadków niszczacych polski basket!

    (1)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Zapomniałem,że gość kiedyś grał. Uwielbiam takie arty. W następnej odsłonie tego cyklu poproszę wywód o Maliku Sealy.
    Pozdro

    (3)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    „Miał coś zwierzęcego w spojrzeniu…” dobrze te słowa go opisują, ale powiedział bym nawet, że w poruszaniu też taki był, ciekawy zawodnik do oglądania zwłaszcza z perspektywy dzisiejszych. Pamiętam go z Portland, trochę z Hawks i oczywiście z Lakers. Ja osobiście lubię takich nieszablonowych zawodników coś podobnego ma w sobie również Stephenson

    (5)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    A może jakiś artykuł o karierze Latrell Sprewell ? I co u niego teraz słychać? Też nie był grzecznym kolesiem ale dunki walił niesamowite (np Wall star game 97)

    (3)
  6. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe Sir Nick
    Odpowiedz

    Super art który dokładnie pokazuje jak ważne w koszykówce jest IQ>100 i jak jego niedobór może zaorać nawet wybitne warunki fizyczne.
    PS. I zaraz przyjdzie pan ekspert, który walnie elaborat pustosłowia na 2 strony gdzie „udowodni”, że Luka nie ma przyszłości ale Ben „Bez rzutu” owszem ma.

    (8)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Rider Sprewell LarryJohnson StephenJackson MattBarnes DariusMiles i wiele wiele innych barwnych postaci. Ilu jest takich dzisiaj w NBA?

    (0)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    Wpp by powiedzial ze gosc ma niesamowicie wysoki sufit. No wrecz miejsca na rozwoj multum.

    Niestety 99% czarnych braci w nba osiaga sufit po osiagnieciu atletyzmu.

    (3)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    Nie zapomnę jego rzutu za 3 spod pachy, gdy to zobaczyłem w 94 r nie spałem całą noc, a potem na boisku próbowałem trafić tak sam…oczywiście sie nie udało. świetny artykuł, dzięki za przypomnienie gościa.

    (2)
    • Array ( )

      Kto pamięta gazetę BASKET haha, doniesienia z Polski, Europy i NBA. Nie była zszywana, wiec kartki latały. Ale plakaciki już dawali 🙂

      (0)
    • Array ( )

      Znalazłem ostatnio w szafie wydanie specjalne Magic Basketball poświęcony MJ23, chyba unikat. ciekawe czy to teraz jest coś warte. Dla mnie sentymentalna podróż w tamte czasy, wyniki w telegazecie a info w MB 🙂

      (0)