fbpx

PLK: lato się skończyło, Sopot niegościnny o tej porze roku

11

Wiecie, powoli skłaniam się ku ryzykownej tezie, że oglądanie polskiej koszykówki na żywo sprawia mi znacznie większą przyjemność, niż śledzenie po nocach NBA na League Pass. Nie jestem aż takim szaleńcem, by całkowicie zrezygnować z basketu zza oceanu, ale dzisiejszy występ Trefla Sopot i PGE Spójni Stargard był naprawdę rewelacyjny, począwszy od dopingu a skończywszy na stricte sportowych emocjach. Zapraszam, do krótkiego podsumowania piątkowych wydarzeń w nadmorskiej Hali 100-lecia.

Bilans

Spójnia przed dzisiejszym meczem zajmowała dopiero 12. miejsce w tabeli, ale uległa niezwykle mocnym (na polskim podwórku póki co) mistrzom z Włocławka i równie imponującej Arce Gdynia, jedyne zwycięstwo notując nad Polpharmą. Sopot zachowywał czyste konto grając w domu, pokonując Wilki Morskie Szczecin (o czym pisałem) i po dogrywce Starogard Gdański. Na wyjeździe, czyli kilkanaście kilometrów dalej, ulegli rywalom zza między – Arce Gdynia.

Telegram z wynikiem

Przez pierwszą połowę dominowali goście, którzy pracę wykonywali przede wszystkim po bronionej stronie parkietu, skutecznie ograniczając poczynania Trefla do 14 oczek w pierwszej i trzynastu w drugiej kwarcie. Trzecia ćwiartka meczu przyniosła zryw Trefla 23:12 i wynik spotkania pozostawiła otwarty. Ostatnia odsłona była już walką punkt za punkt, pięcioma oczkami prowadziła w pewnym momencie Spójnia, by ostatecznie ulec rywalom 8:14. Ostateczny wynik to 68:64 na rzecz Trefla. Cameron Ayers zaliczył kluczowe dla wyniku spotkania trafienie, które uwieczniliśmy na wideo profesjonalnym sprzętem reporterskim.

Zwyczajowo, zapraszam do mocno subiektywnych plusów i minusów, a właściwie minusów i plusów.

Minusy

Starając się uparcie być optymistą, zawsze zaczynam od dobrych wiadomości, ale tym razem czas na zmianę. Mankamenty dzisiejszego spotkania są właściwie tylko dwa:

-> Zbyt krótko! Takie mecze chce się oglądać jeszcze więcej i jeszcze dłużej. Pomimo niskiego wyniku, poziom gry był naprawdę zacny, a od trzeciej kwarty emocji nie brakowało.

-> Maskotki: niczym Robin Lopez ruszam na wojnę z maskotkami w Trójmieście. Treflik, Mewa i Tygrys, choć nie odmawiam zaangażowania wcielającym się w nich pracownikom, są zwyczajnie tandetne. Akurat dziś siedział koło mnie na oko dwuletni bobas, który gdy tylko zbliżyła się do niego Mewa, starając się przybić z malcem piątkę, zaczął głośno i rozpaczliwie beczeć. Mnie towarzyszyły podobne emocje gdy tylko miałem oba stwory w zasięgu wzroku.

Plusy

-> Hala 100-lecia: zdecydowanie bardziej dopasowana dla potrzeb zespołu niż potężna Ergo Arena. Kameralna, pięknie niesie doping, gdziekolwiek nie usiądziesz, jesteś blisko parkietu. Dojazd, jak zwykle w Trójmieście, zajął mi niewiarygodnie dużo czasu, ale sama hala – znakomita.

-> Informator meczowy: mała rzecz, a cieszy. Biorąc książeczkę do ręki poczułem się jakbym szedł na żużel i zmartwiłem się, że nie mam ze sobą długopisu. Elegancki papier, składy zespołów, ciekawostki, mini plakat drużyny Ttrefla na tle sopockiego molo – ludzie odpowiedzialni za PR wykonali dobrą robotę.

-> Kibice: kiedy w końcu doczłapałem do hali, na pięć minut przed pierwszym gwizdkiem przy wejściu tłoczyła się spora grupa fanów –> to sympatycy koszykówki ze Stargardu czekali na wprowadzenie na swój sektor. Żywiołowy doping i zarazem pełna kultura, zarówno przed meczem jak i w trakcie wyrównanej końcówki. Nieustający śpiew, szaliki, jednobarwne stroje. Równie aktywni byli kibice Ttrefla siedzący za jednym z koszy, w czwartej kwarcie udało im się porwać za sobą całą halę, która ostatnią minutę spotkania oglądała na stojąco. Obyło się bez wzajemnych uszczypliwości czy wulgaryzmów, a największym docinkiem było “podejdź bliżej” skandowane w stronę graczy przeciwnika chybiających osobiste. Mecze z taką dynamiką i atmosferą na stadionie chce się oglądać.

-> Kobieta za mną, jak się domyślam żona jednego z amerykańskich graczy Trefla, głośno i nieprzerwanie wspierała klub podczas drugiej połowy. Mówiła nieustannie. Zadowolona z siebie i gry. Z jednej strony podziwiam, z drugiej, gdy w końcu zamknąłem drzwi auta przez dłuższą chwilę rozkoszowałem się słodką ciszą.

Zawodnicy

-> Tomasz Śnieg: pamiętam go jako młodego i perspektywicznego zawodnika. A tu proszę, jednak od sezonu 2007/2008 i występów dla Polonii 2011 trochę lat upłynęło. Tego wieczoru w 16 minut rzucił 12 punktów na przyzwoitym procencie, przez dłuższy fragment wybijając koszykówkę z głowy Łukaszowi Kolendzie.

-> Marcin Stefański w garniturze: tu czas popłynął już za daleko. Kiedy, kiedy to się stało? Przy linii bocznej żywiołowy, gdy zawodnicy nie zrozumieli kto ma wybijać piłkę z autu, rozwścieczony Stefan podskoczył aż kilkukrotnie w górę. Dobrze widzieć, że spełnia się jako szkoleniowiec.

-> Raymond Cowels III: 12 punktów 5/13 z gry, ale w tym piękna trójka po slalomie między rywalami przez całe boisko. Widać, że facetowi zależy, po nieudanych akcjach kroczy wściekły mrucząc coś pod nosem, bez pardonu atakuje kosz, nie boi się kreować sytuacji jeden na jeden. W ostatniej akcji meczu wziął na siebie ciężar odpowiedzialności za wynik.

-> Mateusz Kostrzewski: fryzura a’la Łukasz Piszczek i równie solidna gra, co byłego obrońcy reprezentacji Polski. Dla Kostrzewskiego musiał to być wyjątkowy mecz, swoją przygodę z basketem rozpoczynał właśnie w Sopocie. 16 punktów, najwięcej w zespole, nie pomogło jednak odnieść zwycięstwa.

-> Paweł Leończyk: jeden z niewielu graczy Trefla z PESEL-em starszym od mojego. Widać było doświadczenie w manewrach podkoszowych, pewną rękę przy osobistych, więcej niż solidną pracę w obronie. Kapitan Sopotu doskonale wywiązał się ze swojej roli.

Nana Foulland

17 punktów i 17 zbiórek – potężne double double na koncie Amerykanina. Pisałem o nim więcej przy okazji starcia Trefla z Wilkami Morskimi. Wiele się nie zmieniło – skacze wszystkim po głowach (Justin Tuoyo został ograniczony do zaledwie czterech punktów) najchętniej pakuję piłkę z góry, po zbiórce ofensywnej mocno idzie w górę.

Brakuje mu doświadczenia, ale będzie z niego wielki pożytek. W jednej akcji otrzymał dwa bloki, w tym jeden po którym większość z urazem psychicznym udałaby się do szatni, on jednak po raz trzeci wybił się w górę i zdobył dwa punkty z faulem.

-> Michał Kolenda: otworzył czwartą kwartę celną trójką, dając w końcu prowadzenie gospodarzom. Kolejną dołożył w kluczowym momencie spotkania, gdy wydawało się, że Spójnia znów odskakuje. Waleczny w obronie, poobijaną szczękę powinien dziś wzmocnić zimnym piwem. Łącznie uskładał 13 punktów.

Zaproszenie

Panie, Panowie: warto oglądać tę ligę, kto może niech kupuje bilety i pojawi się raz na hali – bierzcie współmałżonków i dzieci (tylko z dala od maskotek) a gwarantuje wiele dobrych emocji. Uciekam świętować urodziny, tak jak pisałem, jestem starszy niż 90% składu Trefla, więc zabawa może już nie ta, co kiedyś, ale coś się w lodówce chłodzi. Trzymajcie się, Grzesiek.

Ostatnie Wpisy

11 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Zgodzę się w 100% z tą teza. Złapałem się na tym parę lat temu. Sport na żywo robi zdecydowanie lepsze wrażenie. Koszykówka na żywo, w hali jest sportem, który wciągnie bez reszty. Na żywo widać wiele rzeczy, których nie ma w tv. Widać pot, zaangażowanie zawodników i całej ekipy, kibiców, okrzyki trenerów, czasami bluzgi zawodników czy inne okrzyki. Widać, że to jest prawdziwe, że nie jest udawane. Telewizja pokaże mecz ale wszystko postara się wygladzić i po prostu sprzedać “ładnie”.
    Łatwiej też się utożsamiać z drużyną, która jest realna do dotknięcia niż grupa milionerów zza oceanu. Żona zabrała mnie kiedyś na koncert Kasii Kowalskiej, domyślacie jaką miałem minę, znałem jej muzykę tylko w radia. Na żywo to zupełnie inna jazda, był młyn pod sceną , był taniec i śpiew, były namacalne emocje. Polecam! Oczywiście koszykówkę na żywo! 😉

    (22)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Pojedz do Kowna obejrzeć Eurolige 🙂 To jest dopiero coś, albo do Berlinu zalezy gdzie masz blizej. Ja akurat bliżej mam do Kowna. I sa tam mega emocje

    (3)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Poziom jest lepszy w sensie przepisów.Gianis narzekał na mistrzostwach świata.Fiba gra teraz twardszą koszykówkę,nie to co w NBA -dotkniesz panienkę i płacze,że faul.Od paru sezonów odpuszczam sobie mecze NBA kosztem meczy europejskich i nie żałuję.

    (4)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Od wielu wielu lat oglądam koszykówkę w różnym wydaniu. Zaczynałem od Jordana, poprzez erę Śląska aż po dziś i wg mnie NBA idzie w złą stronę. Miękka gra, pięciokroki, flopy, palenie trójek, mało taktyki… Jak zupełnie inaczej, przyjemniej, oglądało się MŚ z walką, z obroną, taktyką. Euroliga to równie wysoki poziom i równie ciekawe mecze. Oczywiście życie się zmienia, sport się zmienia, koszykówka się zmienia ale te systematyczne zmiany w Nba raczej wzbudzają we mnie strach że kiedyś nie będę chciał tego oglądać…bo po prostu się nie da, bo będzie to tak słaby towar

    (3)
    • Array ( )

      Ale to poleciales z tym brakiem taktyki. Ogolnie wszyscy tutaj nagle jezdza po nba, bo euroliga lepsza. A gwarantuje ze jesli ktorys pojawilby sie na meczu (chocby tym w Londynie), to zaraz zmienilby zdanie.
      NBA dalej jest lata przed Europa. Nie mamy takiego zwiazku emocjonlnego z druzynami- tu bym szukal problemu. Ale pieprzenie ze NBA sie skonczylo bo rzucaja trojki i graja szybszy basket- to juz po prostu glupita

      (-3)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Pełna zgoda. Koszykówka na żywo jest bardzo ciekawą propozycją, niezależnie nawet od poziomu widowiska. Jak na przykład chodzę na mecze Biofarmu w Poznaniu na I ligę i emocje są gwarantowane. Wiele szczegółów i rzeczy można dostrzec, które umykają w telewizji. W tv jak mam czas to oglądam wszystko jak leci – polską ekstraklasę, hiszpańską, turecką, Euroligę, VTB, puchary no i oczywiście NBA. Główna różnica między Europą a Stanami jaka rzuca się w oczy to oczywiście jakość defensywy, wymuszona po części przez przepisy – szczególnie błąd trzech sekund gracza obrony w NBA. To powoduje, że w NBA jest relatywnie więcej miejsca dla graczy ofensywnych, więcej gry izolacyjnej. W Europie to byłoby niemożliwe. Tu konieczne jest swingowanie piłką, rozrzucenie jej na całej szerokości parkietu, by znaleźć partnera na czystej pozycji, co wymaga od graczy większej zespołowości i szybszego pozbywania się piłki. Natomiast NBA na pewno wybija się atletyzmem – przygotowaniem motorycznym graczy, szybkością, skocznością, stąd tam można zobaczyć akcje, jaki trudno sobie wyobrazić w Europie, nawet w Eurolidze. Nie przypadkowo Ledo i Wroten, którzy liznęli NBA, po przybyciu do EBL (Anwil) robią taką przewagę, choć przez twardszą obronę, nie każda akcja im wyjdzie.

    (1)

Gwiazdy Basketu