The Man, The Myth, The Legend

15

Są sportowcy, i nie jest to wyłącznie domeną graczy NBA, którzy w sobie tylko znany sposób potrafią zyskać sympatię fanów. Postaci wyraziste, niemal ikony popkutury, których barwne życiorysy zna się na pamięć, a styl znajduje wielu naśladowców. Ta ich charyzma, autorytet czy jakkolwiek będziemy to nazywać, powoduje że młody chłopak na drugim końcu świata, pędząc na boisko i zbiegając z pomarańczową piłką po schodach swojego bloku chce być taki jak MJ, Kobe, Vince, Allen czy LeBron, a o Dirku, Duncanie czy Chrisie Mullinie to po prostu słyszał, oglądał i ma swoją opinię. Tak to, w dużym uproszczeniu wygląda i nie trzeba żadnych raportów, rankingów czy zestawień sprzedaży obuwia i koszulek, żeby wiedzieć, którzy gracze są obecnie na topie.

Kiedy jednak ten młody chłopak z blokowiska dorośnie i porzuci marzenia o grze w najwspanialszej lidze świata na rzecz prozy dorosłego życia, podczas swych nocnych  telewizyjnych eskapad na mecze NBA zacznie dostrzegać trochę więcej. Mecze w międzyczasie przeniosą się z satelity do internetu, a ów chłopak zdąży zamienić 14’calowy kineskop w małym pokoju na wypasioną plazmę w salonie. I tam, na tym wielkim ekranie, dostrzegać (i doceniać!) zacznie cichych bohaterów NBA. Takich, których nie ma na plotkarskich portalach, takich którzy nie mają własnych linii ciuchów i obuwia i wreszcie takich, których biografii nie ma na listach księgarnianych bestsellerów. Cisi bohaterowie NBA krzyczą tylko swoją grą. Ale oglądając mecze „za gówniarza”, na małym telewizorku w sypialni, można tego krzyku nie usłyszeć.

W moim przypadku Manu był właśnie takim cichym bohaterem. Swoją koszykarską karierę zaczynał w Argentynie, później z powodzeniem grywał we Włoszech, gdzie wraz z zespołem z Kinder Bolonia wygrał ligę i Euroligę (2001). Wcześniej, bo w roku 1999 został wybrany z numerem 57 w drafcie przez San Antonio Spurs. Jeśli sądzicie, że istniał kiedykolwiek większy steal w drafcie (Ben Wallace?), piszcie propozycje w komentarzach. Włodarzom Kinder Bolonia ciężko byłoby rozstać się ze swoim najlepszym zawodnikiem, toteż złożyli mu ofertę gry jeszcze przez kolejne dwa lata. SAS nie spieszyło się bardzo ze ściągnięciem go do siebie, wszak byli wówczas mistrzami NBA, kadrowo stali mocno. Przystali na propozycję Bolonii, z korzyścią dla Manu, który Euroligę i dwukrotne mistrzostwo Włoch wygrał już po wyborze.

Co do samego wyboru, w drafcie nie jestem pewien, czy SAS wiedzieli, jaką kartę mają na rękach. Większe nadzieje pokładali w roszadach kadrowych przy pomocy 27-ego picku Dallas, do którego mieli prawa (wybrano wówczas Leona Smitha, tego samego, który wysłany do biegania linii kazał się pier#$%ić coachowi Nelsonowi i próbował popełnić samobójstwo przy pomocy 250 tabletek aspiryny). O Manu wypowiadano się tyle dyplomatycznie, co powściągliwie:

Ten chłopak wie jak uwalniać się od zasłon, dobrze gra bez piłki, wie jak wywalczyć sobie rzut, jest bardzo solidny w defensywie. Myślę, że to dobry wybór na tym etapie draftu. [Rod Thorn]

Na tym etapie draftu, czyli z 57 pickiem, niżej niż 11 kolesi, którzy nigdy później nie powąchali nawet parkietu NBA. Tyle warte są papiery mistrza Euroligi za oceanem. Oczywiście, były to czasy przed światowym boomem internetu, epoka, w której scouting NBA na Starym Kontynencie dopiero się rozkręcał, tym niemniej uważam, że fakt, iż Manu Ginóbili wchodził do ligi mocno niedoszacowany, wart jest odnotowania.

Już na początku swej drogi był koszmarem defensywy. Zuchwałe podania kozłem między nogami obrońców, dynamiczne zmiany kierunku, ucieczki za plecy, agresywne wejścia na kosz, całkiem często kończone wsadami, a do tego leworęczność- to była esencja stylu Manu. Choć nie od początku miał miejsce w pierwszym składzie (konkurencję stanowili Stephen Jackson i Steve Smith), był czarnym koniem idącej po mistrzostwo ekipy. Rola szóstego zawodnika rotacji, w jakiej widział go Gregg Popovich nie była dla niego żadną ujmą, traktował to jako szansę, nie jako plamę na honorze, jak to zwykł czynić chociażby Drazen Petrović mówiący „zdobyłem mistrzostwo świata i nie po to zjechałem do USA, żeby siedzieć na ławce”. Ginóbili był inny. Wchodząc z ławki dostarczał drużynie iskry mającej poderwać kolegów do walki, sprawić, że gra zacznie się kleić.

Zawsze tak grałem, szukając na boisku niecodziennych rozwiązań. Wszystko robię jednak z myślą o tym, żeby pomóc drużynie.

CZYTAJ DALEJ >>

1 2 3

Ostatnie Wpisy

15 comments

  1. Array ( )
    Zdjęcie profilowe all3
    Odpowiedz

    co ciekawe żadna drużyna nie chciała zaryzykować wybierając go wyżej to trochę dziwne, bo już w tedy był bardzo dużą gwiazdą euroligi. Myślę, że teraz gdyby startował w drafcie oczywiście z cała niewiedza o jego przyszłości znalazł by się zdecydowanie wyżej kto wie, czy nawet nie w pierwszej 10. Mało tego na Manu od razu się poznali bo od razu grał dośc duże minuty no 20 minut to sporo w kązdym razie można się już pokazać.

    (3)
  2. Array ( )
    Zdjęcie profilowe BLC
    Odpowiedz

    @Logan0007 ale przystapil. A potem Washington wzial goscia, na ktorego wszyscy wylozyli lache. Dla mnie steal. Mimo to Manu oceniam jako wiekszy, bo jego draft byl duzo slabszy niz ten Wallace’a

    (13)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Mam nawet fotunie z mistrzem że stołówki nawet dla takiego polaczka cebulaczka zatrzymał się i bez z uśmiechem na twarzy zapozował do zdjęcia. Cichy zabójca NBA.

    (4)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Gdyby był ciemnoskóry z ich naturalną fizycznością to przez x lat byłby top5 ligi, charakter i umiejętności ścisła czołówka. Zrobił dużo więcej niż ktokolwiek oczekiwał …. Szacunek

    (0)