centered image

Washington Wizards: ostatni powrót Michaela Jordana

39

Powrót Michaela Jordana do NBA był największym wydarzeniem sportowym w 2001 roku. Zwyciężyła pasja, bowiem dwa lata wcześniej zarzekał się, że nie wróci na parkiety najlepszej koszykarskiej ligi świata. Decyzję zmienił 25 września 2001 roku i gdy (ponownie) powiedział „I’m back” cały koszykarski świat oszalał. Oszalałem i ja. Byłem tak podekscytowany, że przed rozpoczęciem sezonu 2001/2002 pojechałem na zakupy do Poznania i kupiłem koszulkę #23 Washington Wizards. Czego się nie robi dla największego idola z dzieciństwa.

Co było dalej? Nieprzespana noc podczas pierwszego meczu MJ-a w barwach Wizards. Pamiętam jakby to było dziś. Dlaczego znów to zrobił, dlaczego znów wrócił? Ponieważ kochał koszykówkę i nie mógł dłużej wytrzymać bez rywalizacji. Chciał się sprawdzić czy jeszcze potrafi grać na najwyższym poziomie i trzeba sobie powiedzieć szczerze, że był to ostatni moment na powrót. Ryzykował rozmienieniem swej spuścizny na drobne, ale widocznie wciąż czuł się mocny i jako wielki sportowiec, nie dbał o zdanie hejterów. Czy postąpił słusznie? Mimo wielu wątpliwości moja odpowiedź brzmi „Tak” i postaram się Wam napisać dlaczego.

I’m back (again)

Jedna z legend głosi, że Phil Jackson zorganizował spotkanie między Kobe i Jordanem w sezonie 1999/2000, kiedy Lakers grali z Chicago. Podobno młodziutki Bryant sprowokował Michaela twierdząc, że „da mu lekcję i nie może doczekać się jego powrotu do NBA”. MJ kurtuazyjnie odmówił, ale myślał o tym spotkaniu przez następne tygodnie. Perspektywa sprawdzenia się w lidze była kusząca. Vince Carter, Paul Pierce, Tracy McGrady, Allen Iverson grali jak z nut. Na początku stycznia 2000 roku „Air” zakupił pakiet mniejszościowy w klubie Washington Wizards. Prasa zaczęła spekulować. Dziennikarze pisali o nowych planach biznesowych Jordana.

Wszystko zmieniło się w momencie, w którym Doug Collins został trenerem Wizards. Po tym fakcie ruszyła lawina. Sports Illustrated, New York Times i Washington Post pisały o powrocie Jordana do NBA. Tym razem plotki okazały się prawdą. Michael Jordan zamienił garnitur na strój koszykarski 25 września 2001 roku. W wieku 38 lat podpisał dwuletni kontrakt z zespołem. Całe wynagrodzenie (2 miliony dolarów) przeznaczył na ofiary zamachów terrorystycznych z „9/11”. Zresztą pieniądze nie miały dla niego znaczenia. Wrócił, ponieważ poczuł głód rywalizacji.

Najgorsza drużyna w lidze

Decyzja o wyborze Wizards była ryzykowna. Czarodzieje byli jedną z najgorszych drużyn w całym NBA. W poprzedzającym sezonie ich bilans wynosił 19-63. Na szczęście włodarze mieli plan jak wzmocnić skład. Z pierwszym numerem draftu wybrali potężnego Kwame Browna. Zakontraktowali też znanego skądinąd Tyronna Lue, który w tamtym okresie kojarzył się głównie za sprawą pamiętnego manewru Allena Iversona:

Był jeszcze młody zdolny Rip Hamilton oraz stary znajomy Jordana z IO w Barcelonie, czyli Christian Laettner. Reszty kadry: Popeye Jones, Jahidi White, Chris Whitney i Tyrone Nesby, macie prawo nie pamiętać. W każdym razie skład nie powalał na kolana.

„Efekt Jordana” w drużynie był jednak widoczny od pierwszego dnia. Klub z Waszyngtonu na pniu sprzedał wszystkie bilety na pierwsze mecze. Koszulki z numerem 23 szły jak woda. Wizards zyskali wizerunkowo. Oczekiwania fanów z Waszyngtonu rosły z dnia na dzień. Pierwszy przedsezonowy mecz w wykonaniu Jordana genialny nie był. MJ był jak stary, nienaoliwiony Ford Mustang. Potrzebował czasu, żeby wejść na obroty. W kolejnej grze z Detroit zaczął się rozkręcać, ale piąty bieg włączył dopiero w spotkaniu przeciwko New Jersey Nets. Zdobył wówczas 41 punktów i dał wszystkim do zrozumienia, że oto powrócił stary dobry Jordan:

Stary dobry MJ

Niestety cuda wianki Michaela nie pomogły drużynie w pierwszym wspólnym sezonie (2001/2002). Kompletną klapą okazał się Kwame Brown (średnie na poziomie 4 punktów 4 zbiórek) a młodzi gracze Wizards nie mieli zbyt wielu argumentów, by rywalizować o wyższe cele. Jordan grał solidnie, poprawił jakość gry Czarowników, ale sam nie był w stanie wygrywać już tylu meczów co w przeszłości. Rozgrywki zakończył ze średnimi 22.9 punktów 5.7 zbiórek 5.2 asyst oraz 1.4 przechwytów na mecz. Bilans Wizards poprawił się na 37-45 (+18 meczów) ale to nie wystarczyło by awansować do playoffs. Pierwszy raz w historii drużyna z Jordanem oglądała fazę mistrzowską w TV.

Sezon 2002/2003 był ostatnim w wykonaniu Jordana. Przypominał trochę trasę pożegnalną jednej z największych kapel rockowych. Tłumy przychodziły na mecze z jego udziałem w każdym mieście, w którym się pojawiał. Włodarze Wizards chcieli, żeby ostatni sezon Jordana w NBA był wyjątkowy, więc postanowili wzmocnić skład. Doug Collins „otrzymał prezent” w postaci strzelca Jerry’ego Stackhouse’a z Detroit Pistons. Przyszli także wolni agenci w osobach atletycznego Larry’ego Hughesa oraz starzy kumple: Bryon Russell i Charles Oakley. Co za tym idzie, Wizards dobrze weszli w sezon.

Na starcie rozgrywek legitymowali się bilansem 6-4. Niestety później ich gra posypała się jak domek z kart. Dojechany upływem czasu Russell był cieniem samego siebie, Kwame Brown robił średnio 7.4 punktów, Larry Hughes mimo 13 punktów nie błyszczał inteligencją boiskową, a Charles Oakley wyglądał jak pirat z kulawą nogą. Był wolny jak ketchup i ociężały jak słoń. Jerry Stackhouse i Michael Jordan nie zawiedli, ale zabrakło im wsparcia. W swym ostatnim sezonie MJ rozegrał wszystkie 82 mecze notując 20 punktów 6.1 zbiórek 3.8 asyst i 1.5 przechwytów co wieczór. Skuteczność wyniosła 45% z gry, czyli więcej niż przyzwoicie.

No regrets, they don’t work

Kilka meczów chłopakom nawet wyszło. Wygrali 105:103 z San Antonio Spurs, 107:104 z Indianą Pacers, 100:95 z Boston Celtics i 89:84 z New York Knicks. Mimo wszystko to było za mało. Drugi raz z rzędu „Czarodzieje” zanotowali bilans 37-45 i nie dostali się do playoffs co było policzkiem dla kończącego karierę Jordana. Niecały rok temu Ray Lewis zszokował cały świat. Przytoczył następujące słowa Jordana:

Jedynej rzeczy jakiej żałuję to założenie innego trykotu.

Czy rzeczywiście tak było? Nawet jeżeli MJ żałuje swojej przygody z Wizards to nie ma się czego wstydzić. Był najlepszym graczem drużyny Douga Collinsa. To nie jego wina, że znakomita większość zawodników grała słabo. Kwame Brown nie potrafił się przy nim rozwinąć. Poziom trzymali jedynie Rip Hamilton i Jerry Stackhouse. Air nie miał odpowiedniego wsparcia. Jako lider robił co mógł, a do awansu zabrakło naprawdę niewiele.

Krytycy wytykali mu dwa słabe sezony, zwłaszcza ten ostatni. Być może mają trochę racji. Przywołane wcześniej statystyki dla wielu byłyby rekordowe, ale nie dla Jordana. Dwa razy z rzędu nie dostał się do playoffs i to zostawiło rysę na jego wizerunku. Tak przynajmniej uważają przeciwnicy. Nie był już dominatorem, graczem, który robił kolosalną różnicę. Nie rzucał tak celnie jak w Chicago, nie fruwał nad obręczami jak wcześniej…

Highlights

Tymczasem ja zapamiętałem go z wielu fenomenalnych występów w koszulce Wiz. Wiele z nich przeszło do historii NBA, a oto niektóre z nich:

  • 40-letni MJ zdobywa 17 punktów 8 zbiórek i 6 asyst w 30 minut przeciwko Hawks
  • 21 punktów 6 przechwytów 2 bloki 4 asysty i 9 zbiórek w 39 minut przeciwko Detroit
  • 40 punktów i 8 zbiórek w 40 minut przeciwko Cleveland
  • 41 punktów 7 asyst przeciwko Phoenix, mecz zakończył „game winnerem”
  • 45 punktów 6 asyst przeciwko Charlotte
  • 43 punkty 10 zbiórek 4 przechwyty (pobity punktowy rekord NBA dla gracz po czterdziestce)
  • 51 punktów 21/38 z gry i 9/10 FT przeciwko Charlotte (kolejny rekord: „najstarsza 50 NBA”)

Dokładnie 16 kwietnia 2003 roku Michael Jordan rozegrał swój ostatni mecz w NBA. Otrzymał owacje na stojąco od publiczności zgromadzonej w First Union Center w Filadelfii. Zostawił ligę w dobrych rękach. Świętej pamięci Nelson Mandela powiedział kiedyś, że: „Zawsze wydaje się, że coś jest niemożliwe, dopóki nie zostanie to zrobione”. Tak właśnie było z Michaelem Jordanem. Wrócił do gry na własnych zasadach. Nie miało znaczenia, że Czarodzieje byli podrzędną drużyną. Zwyciężyła pasja i niepohamowana miłość do gry w koszykówkę.

His Airness nie ma się czego wstydzić. Kilka razy udało mu się oszukać metrykę. Koszykarz w przedziale wiekowym 38-40 lat, rzucający po 40-50 punktów w meczu to ewenement. Jako weteran wciąż miał energię i charyzmę. Wizards byli dla niego wyzwaniem, dlatego wrócił. W latach 2001-2003 fani NBA nie mogli oderwać od niego wzroku. Jego koszulka z numerem 23 ponownie stała się bestsellerem w USA, a Czarodzieje sprzedawali na swoje mecze wszystkie bilety. Mimo braku playoffs rozegrał dwa ciekawe sezony w stolicy USA. Ponownie popisał się game winnerem, a swój ostatni występ w All-Star Game zakończył firmowym rzutem z odchylenia nad Shawnem Marionem. Warto było zarywać kolejne nocki, żeby go oglądać. Był jedyny w swoim rodzaju!

[autorem tekstu jest Marcin Mendelski vel Nieobiektywny Kibic, korekta GWBA crew]

Ostatnie Wpisy

39 comments

    • Array ( )

      Jak pacierz;
      PG: Lonzo Ball / Rajon Rondo / Isaac Bonga
      SG: Josh Hart / Kentavious Caldwell Pope / Lance Stephenson / Światosław Mykhailiuk
      SF: LeBron James / Brandon Ingram / Luol Deng
      PF: Kyle Kuzma / Mike Beasley / Moritz Wagner
      C: Javale McGee / Ivica Zubac

      (64)
  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Czy Mike przypadkiem nie zdecydowal sie na 2 sezony u czadodziei z tego powodu zeby zwiekszyc wartosc zespolu a po kilku latach zostac ich wlascicielem? Z tego co sie orientuje mial ponoc taka niepisana umowe. Wiele lat marzyl zostac wlascicielem zespolem NBA

    (15)
    • Array ( )

      Gdy wrócił w 1995 roku po swoim pierwszym rozbracie z koszykówką. W 17 meczach pozostałych do końca regular season i w części playofów grał z 45-tką.

      (11)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    wrócił bo miał udzialy w klubie a przez to że grał klub zarabial gruby hajs no i wiadomo że chciał grać nie mówię ze nie

    (6)
  3. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe Shey
    Odpowiedz

    Motyw jego powrotu był o wiele prostszy, nie ma co gadać o próbie podbicia wartości itp. Jordan złamał odwieczną regułę ikon tego sportu odchodząc po zdobyciu mistrzostwa. Każda legenda musi w którymś momencie być zjedzona przez młodego wilka. Magic i Larry dali się zjeść Jordanowi (chociażby na przygotowaniach do IO 92 w Barcelonie), Kobe został zjedzony w swoich ostatnich sezonach po kontuzji i Jordan w jednym meczu w barwach Wizards został kompletnie zdominowanym przez Bryanta. A tak serio to szanuję jego decyzję o powrocie, tak jak autor wierzę że była ona podyktowana jego nieziemską potrzebą rywalizacji, w tamtym okresie NBA na gwałt potrzebowała nowego Mike’a więc porównania do niego sypały się w wielkich ilościach, jak tylko opisywano postaci Mcgradiego, Hilla, Kobiego, nie dziwię się że Michael czując że ma odrobinę paliwa w baku chciał wrócić i pokazać że His Airness jest tylko jeden a reszta to jakaś popierdółka a nie Killer. Niestety ale koniec kariery rzucając punkty na wagę szóstego pierścienia w finałach 98 to byłby zbyt bajkowy finał żeby mogło do tego dojść. Super artykuł kolego, pozdrawiam!

    (14)
    • Array ( )

      Bo Jordan to nie jest ideał jak niektórzy myślą. Zamordysta, hazardzista, nie idący na kompromisy, ciężki w obyciu, niedogadujący się z ludźmi, buc i bufon. A no i GOAT oczywiście, co nie zmienia faktu, że mało osób chciałoby się zadawać z takim typem osobowości.

      (11)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Wrócił i ciągle był jednym z 20 najlepszych graczy w lidze. Gdyby wrócił np. Do tak starych jak on Jazz, mogliby postawić się nawet Lakers. Wiadomo, że w takim wieku nie każdy mecz jest udany; zegar tyka, ale np. W ostatnim sezonie miał lepsze staty w zbiórkach, asystach i rzutach osobistych, niż w ostatnim sezonie z Bulls. Dla mnie przez te 2 lata nie pogrzebał, a umocnił swoją legendę.

    (14)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Gość w wieku 40 lat rzuca ponad 20 ppg na ponad 40%… Jak każdy xD wrócił żeby nabic wartość rynkowa? Ciezko sie czyta niektóre komentarze..

    (4)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Rzucać regularnie po 20 punktów w wieku 40 lat, w najlepszej lidze świata. W dodatku gra toczyła się wolniej, obrona była mocniejsza, a atak nie opierał się na trójkąch. Mam 2 marzenia związane z NBA:
    1. Żeby Kobe wrócił jeszcze kiedyś, wzorem Jordana – choćby na kilka męczy,
    2. Żeby LBJ pociągnął w dobrej formie do 40-stki i pokusił się o pobicie paru rekordów w tym wieku

    (8)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Jestem przekonany, że Kobe w przyszłym sezonie dołączy do LAL i chłopaki zdobędą tytuł! …a nie czekaj, CHCIAŁBYM żeby tak było 😉

    (3)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    Czytałem już ten tekst na jego blogu parę dni temu. Spoko spoko 😉 ale ciekaw jestem jakby ta część historii MJ opisał BLC lub Kuba M.

    (2)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    Aż strach myśleć co by było gdyby Jordan nie zrobił sobie przerwy i kontynuował karierę bez przerw do 40 w Chicago. Myślę, że 8, 9 mistrzostw było w zasięgu. Oczywiście, możliwe, że 2-letnia przerwa potrzebna była MJ-owi by naładować akumulatory i pobudzić głód wygrywania ale tego już się nie dowiemy. W każdym razie 6 pierścieni i dominacja w finałach to dorobek, który będzie stał w historii jak skała. Co do epizodu w Waszyngtonie, byłem przeciw wtedy i do dziś nie mogę patrzeć na MJ-a w tym beznadziejnym wdzianku ze stolicy. Szkoda.

    (4)
  10. Array ( )
    Odpowiedz

    I tu jest problem… Niektórzy powiedzą: „naginanie rzeczywistości’, „rozmywanie problemu”.
    Czy MJ – przy swoich tytułach, rekordach, twardej osobowości – jest większy, jest tym >GOAT>prawie<<) GOAT – formuje to, o czym często się mówi: "ten jeden", "najlepszy", "GOAT" ?

    Nie lubię idealizować, to otwieranie szkół, rowerki dla biednych, stateczna rodzina, czasy zresztą się zmieniają, aura kuluarów NBA, – no nie wiem, mam nadzieję, że nikt tego LB nie weźmie za złe.
    Ale w moim – odosobnionym – przekonaniu, LB osiąga ten pułap wielkości, gdzie stoją bardzo nieliczni – tam mieści się już tylko Robertson, Chamberalain, Magic, Jordan, no i – LB. Który z nich jest tym… – wiecie, bo ja uważam, że GOAT jest tylko jeden… chyba wiecie…

    (-4)
  11. Array ( )
    Odpowiedz

    Pamiętam jak wrócił, był trochę zwalisty, bardziej zalany i cięższy niż wcześniej. Ruszał też się dużo wolniej, ale czego wymagać od gościa który ma 40 na karku. Zwłaszcza po 2 letniej przerwie.

    (0)
  12. Array ( )
    Odpowiedz

    Z tego co pamiętam Jordan musiał sprzedać udziału w klubie zanim założył trykot Wizzards, takie reguły NBA. Jeśli dobrze pamiętam, w takim wypadku powrót nie miał nic z podbijaniem wartości klubu dla zysku samego MJ.

    (1)
  13. Array ( )
    Odpowiedz

    PG: Lonzo Ball / Rajon Rondo / Isaac Bonga
    SG: Josh Hart / Kentavious Caldwell Pope / Lance Stephenson / Światosław Mykhailiuk
    SF: LeBron James / Brandon Ingram / Luol Deng
    PF: Kyle Kuzma / Mike Beasley / Moritz Wagner
    C: Javale McGee / Ivica Zubac

    (0)

Gwiazdy Basketu