Wiecznie drugi: niesamowita historia Scottie Pippena

53

Tak, wiecie już o kim będzie ten tekst. Zanim jednak przejdziemy stricte do Pippena, zatrzymamy się chwilę przy… Carmelo Anthonym. Dlaczego akurat przy „Melo”? Bo Anthony w jakiś sposób cierpi na pewien syndrom, który dla potrzeb tego tekstu nazwiemy roboczo „Syndromem Pippena”. O co chodzi? Pippen przez całe życie żył (i w sumie nadal żyje) w cieniu Michaela Jordana, przeważnie akceptując swoją rolę pomocnika, ale po cichu marzył zawsze o wyjściu z cienia i zostaniu tą pierwszą, największą gwiazdą drużyny. Kiedy Jordan odszedł z ligi w roku 1993, nadarzyła się ku temu okazja. Pippen w końcu otrzymał klucze do królestwa i… zawiódł. Zwyczajnie nie nadawał się na lidera drużyny. Był genialnym zawodnikiem zespołowym, ale w żadnym wypadku typem zawodnika ciągnącego grupę ludzi do sukcesu.

Syndrom Pippena

Dlaczego tak było? To wyjaśnimy później, ale wróćmy do „Melo”. Anthony dla mnie to podobny przypadek jak Pippen – jest (był?) absolutnie topowym zawodnikiem, ale nie jako lider drużyny. Scottie był zawsze w cieniu Michaela i marzył o docenieniu, ale finalnie zaakceptował swoją rolę tego „drugiego”. Jak na tym wyszedł? Doskonale wiemy. Gdyby w czasach swojego Prime wypiął się na Bulls i odszedł do innego zespołu (albo oni na niego, patrz dalej w tekście), pierścieni mistrzowskich miałby nieco mniej niż sześć, a legenda Chicago Bulls wyglądałaby pewnie nieco inaczej…

Z kolei w przypadku Carmelo problem polega na tym, że ktoś kiedyś wmówił mu, że będzie wielkim liderem drużyny i zdobędzie tytuł, a to zwyczajnie bzdura – nie ten typ charakteru, lidera zdolnego schować swoje ego i pociągnąć zespół do wygranej. Gdyby „Melo” zrozumiał to kiedyś tak jak Pippen zrozumiał to w okolicach 1994 oraz 95 roku i znalazł własnego Jordana, to pewnie miałby dziś już ze dwa pierścienie mistrzowskie. A tak jest tylko podtatusiałym skrzydłowym cierpiącym na manię wielkości. Ale zostawmy już okrąglutkiego Carmelo i zajmijmy się Scottiem Pippenem – najgenialniejszym „Robinem” w historii NBA.

Uciec z Hamburga

Pisząc o Pippenie nie ma szans, żebyśmy uniknęli porównywania go z Jordanem. Oczywiście wszelkie próby konkurowania z Michaelem przegrałby każdy, ale to jednak Scottie grał z nim w jednej drużynie i po wsze czasy będzie skazany na zestawianie go z MJ-em i sromotną porażkę. Pippen zawsze miał pod górkę, nie tylko na parkiecie, ale przede wszystkim w dzieciństwie. Największą traumą Michaela Jordana z młodości było to, że nie dostał się do drużyny w szkole średniej oraz że zapisał się na kurs szycia i gotowania sądząc, że nigdy nie znajdzie żony… A Scottie? Cóż, to zupełnie inna bajka. Oddajmy mu głos:

Dwóch gości w pampersach. Stary, naprawdę było ciężko. Moja mama musiała opiekować się dwoma dorosłymi facetami w pampersach (…) Wszyscy jej mówili, że już nic nie da się zrobić. Tak się wtedy załatwiało sprawy. Więc moja mama się nimi zajęła. Karmiła ich, kładła do łóżek, zmieniała im pieluchy [J-McCallum, „Dream Team”]

Większość koszykarzy NBA pochodzi z nizin społecznych i wychowała się w biedzie, ale to przez co przeszedł Pippen nie da się opisać. Wychował się w ponurym miasteczku Hamburg w stanie Arkansas, gdzie jedynym miejscem pracy była fabryka papieru, z której wydobywał się potworny smród, rozchodzący się na całą okolicę. Scottie był najmłodszym z dwunastki (!) dzieci, a cała rodzina mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu. Do tego brat przyszłej gwiazdy Bulls został sparaliżowany w wyniku walki zapaśniczej gdy miał 15 lat, a ojciec rodziny z kolei był sparaliżowany w wyniku dwóch zawałów serca. Ethel Pippen musiała zajmować się sparaliżowanym mężem, sparaliżowanym synem oraz jedenastką innych dzieci. Niepojęte.

Zarobić na granie

Scottie w liceum mierzył 188 centymetrów wzrostu i żadna z uczelni nie biła się o niego. Uzyskał za to częściowe stypendium (nie sportowe) na uczelni Central Arkansas, gdzie miał możliwość pracy z zespołem koszykarskim. Żebyście zrozumieli dobrze – nie gry, a „pracy”. Scottie marzył by pograć na uniwerku, ale początkowo nikt go nie chciał. Chłopak zatem pomagał w sprawach organizacyjnych drużyny, w zamian za to zarabiał na studia i dodatkowo mógł trenować z ekipą Central Arkansas, ciągle zabiegając o występy w zespole. Z czasem zaczął grać coraz więcej i więcej, ale nie stało się to od razu.

Sytuacja zmieniła się, gdy narzucający się trenerom Pippen zaczął rosnąć i w okolicach drugiego roku studiów mierzył już 203 centymetry wzrostu, o piętnaście więcej niż w czasach liceum. Jego ciało zaczęło przypominać pająka. Chudy, żylasty, długie ręce, palce i nogi. Nagle z chłopaka o „głupkowatym imieniu” stał się sensacją, „Wielką nadzieją Arkansas”. Na ostatnim roku studiów był już absolutną gwiazdą i wybrano go w Drafcie z numerem piątym, w roku 1987. Pippena wybrało Seattle, ale szybko oddało go do Chicago, w zamian za Oldena Polynice’a. Był to majstersztyk Jerry’ego Krause, który upatrzył sobie Scottiego na długo przed tym, zanim ktokolwiek o nim wiedział. Krause wiedział, że Jordanowi nie jest potrzebny następny strzelec a ktoś, kto koszykarsko go dopełni. Reszta jest już historią.

Full Metal Jacket

Koszykarskie credo Pippena, a zarazem recepta na sukces były szalenie proste i zawierały się w trzech punktach:

  1. Podawaj piłkę Michaelowi.
  2. Rzucaj więcej, kiedy Jordana nie ma na parkiecie.
  3. Cokolwiek by się nie działo, zawsze tyraj w obronie i walcz do upadłego.

Było to coś, czego wcześniej nie miał wokół siebie Jordan. Michael był jednoosobową ofensywną armadą, ale nie miał kogoś, kto dorównywałby mu klasą, a zarazem dopełniał. Pippen był lepszym defensorem niż Jordan – był wyższy, miał lepszy zasięg i fantastycznie krył najlepszych graczy przeciwnych ekip. Potrafił zbierać, podawać, bronić, a gdy zaszła potrzeba, zdobywał punkty. A jakie były relacje Jordana i Pippena? Gdy Scottie dołączył do ligi, wyglądało to mniej więcej jak szkolenie żołnierzy w filmie „Full Metal Jacket”, autorstwa Stanleya Kubricka.

Michael zwyczajnie bywał obcesowy i chamski, ale na usta ciśnie się inne słowo – w stosunku do partnerów z drużyny był zwyczajnym bucem. Wiedział, że nikt nie ma tyle talentu co on, ale od każdego wymagał podobnego poziomu zaangażowania i zawziętości, czyli tego z czego sam słynął. Cisnął zwłaszcza Pippena. Wyzywał go, mobbingował, dołował, wręcz pomiatał nim. Nie dlatego, że go nie szanował. Dlatego, że dostrzegł w nim kogoś, kto pomoże mu zdobyć upragniony pierścień mistrzowski. I nie pomylił się.

Elita

Pippen i Jordan (chociaż raz w tej kolejności) byli elitą jeśli chodzi o defensywę także dlatego, że po każdym treningu grali ze sobą 1 na 1. Gdy Pippen był młody, mecze te trwały czasem i trzy (!) godziny. Wspomina Craig Hodges:

To było podczas Playoffs 1990. Zostali i grali ze trzy godziny (…) Jordan niesamowicie go ogrywał, że Scottie cały czas wracał po więcej. To dlatego został elitą tej ligi.

Co ciekawe, gdy Pippen rozwinął się i stał się gwiazdą NBA, obaj panowie przestali grywać 1 na 1. Tajemnicą poliszynela był fakt, że wraz z biegiem lat ponoć Jordan już tak nie dominował… Nie zmienia to jednak faktu, że Jordan bez Pippena nie zdobyłby swoich tytułów, a Pippen bez Jordana może i byłby wielką gwiazdą NBA, ale raczej taką w typie Carmelo Anthony’ego czy Charlesa Barkleya: lata na topie, zero pierścieni w szufladzie.

Obaj darzyli się niesamowitym szacunkiem, a najlepszym przykładem tego niech będzie fakt, iż przed sezonem 1997/98 Jerry Krause planował wymienić Pippena na młodziutkiego Tracy’ego McGrady’ego, wybranego przez Raptors z numerem dziewiątym w Drafcie roku 1997. Kiedy o wszystkim usłyszał Jordan to wściekł się niesamowicie i wystarczył jeden telefon do Krause, by wszystko cofnąć. Grubiutki Jerry ponoć aż spocił się od tego co nawtykał mu przez telefon Michael i pomysł upadł. Rok później, kiedy MJ po raz drugi odszedł na emeryturę, Pippena momentalnie sprzedano do Houston…

Żaden z Ciebie lider, Scottie

Kiedy Jordan odszedł w 1993 roku, Pippen automatycznie stał się postacią numer jeden zespołu. Statystyki poszybowały w górę, a fantaści wierzyli, że Bulls są gotowi kontynuować mistrzowskie sukcesy bez MJ-a. Szło nieźle: Pippen został MVP All Star Game 1994, a klub zaliczył 55 zwycięstw. Apetyty był wielkie, a Scottie Pippen na swoich Nike’ach wysmarował nawet napis „4peat”. W pierwszej rundzie gładko pokonali Cleveland 3-0, ale w półfinałach konferencji czekali już żądni sławy oraz rewanżu Knicks. Pierwsze dwa spotkania to wygrana Nowojorczyków i w końcu przyszedł czas na niesławny mecz numer trzy, który zniszczył obraz Pippena jako lidera.

Przy stanie 102:102 Phil Jackson rozrysował zagrywkę, a ostatni rzut miał oddać Toni Kukoc. Pippen miał być jedynie zmyłką, a piłka miała trafić do Chorwata. Scottie odebrał to jako jawną zniewagę i odmówił wyjścia na parkiet, rzucając w kierunku Phila: „Mam tego dość”. Na boisku zastąpił go Pete Myers, a Toni trafił czyściutko równo z końcową syreną.

No comments

Kibice oszaleli ze szczęścia, ale Phil Jackson był wściekły. Kamery wyłapały, jak z marsową miną schodził do szatni. Wiedział, że Pippen rozwalił właśnie drużynę i pokazał, że nie nadaje się na lidera. Po meczu Scottie nabrał wody w usta, chwaląc Jacksona:

Odnośnie mojej rozmowy z trenerem nie mam nic do powiedzenia. Zagrywka? Świetnie rozegrana

Całą serię Bulls przegrali 3-4, chociaż mogło być różnie. W meczu numer pięć Pippen w końcówce czysto zablokował rzut Huberta Davisa, ale sędzia odgwizdał faul. Phil Jackson porównał całą sprawę do skandalu z Olimpiady w roku 1972, podczas której okradziono Amerykanów ze złota w meczu przeciwko ZSRR… W każdym razie, porażka z Knicks pokazała, że Pippen to genialny koszykarz, ale żaden z niego przywódca. Nie potrafił poprowadzić drużyny do zwycięstwa, a podczas ważnej sytuacji zwyczajnie się obraził. Do tego styl gry: znacznie lepiej sprawdzał się jako gracz zespołowy, aniżeli jako klasyczny łowca punktów.

A o co chodziło z Jerrym Krause?

Cała historia ma drugie dno. Pippenowi nigdy nie było po drodze z Kukocem, a cały zatarg sięga jeszcze początku lat 90-tych, kiedy znienawidzony przez Jordana i Pippena Jerry Krause wybrał w drafcie Chorwata. Toni Kukoc, znany w Europie jako „Creation Sensation” lub po prostu „Euro Magic” już od najmłodszych lat wzbudzał zainteresowanie za oceanem. 211-centymetrowy point-forward, umiejący zagrać właściwie na każdej pozycji.

Krause pękał z dumy, kiedy udało się wybrać Chorwata na początku drugiej rundy draftu w roku 1990. Rozpowiadał wszystkim, że pozyskał najlepszego koszykarza spośród tych, którzy nie grają w NBA. Pojawiły się jednak problemy, a jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Aby zmieścić się w budżecie płacowym Krause musiał trzymać kasę na kontrakt Kukoca. Traf chciał, że w tym samym okresie umowę renegocjować chciał Pippen, wschodząca gwiazda ligi z pensją… 750 tysięcy dolarów za sezon.

Money in the bank

Ostatecznie Pippen otrzymał lepszą kasę, ale dopiero po tym jak okazało się, że Toni chce zostać jeszcze parę lat w Europie. Dlaczego zwlekał? Sytuacja polityczna w Jugosławii stawała się coraz bardziej napięta, wkrótce miała wybuchnąć wojna. 10 maja 1991 roku Toni zadzwonił do Krause’a, że podpisuje kontrakt z Benettonem Treviso i jedzie do Włoch, gdzie całej rodzinie zaproponowano dogodne warunki i bezpieczeństwo. Znalazły się zatem pieniądze dla Scottiego, ale ten poczuł się znieważony. Uraz pozostał w nim na długo.

Krause bywał zresztą humorzasty. Z początku kochał Pippena, później kochał Kukoca. Jordan od zawsze nienawidził Krausego, dlatego m.in. wspierał Pippena. Jerry Krause nie raz planował zresztą sprzedać Pippena – w 1997 za McGrady’ego, dwa lata wcześniej za Shawna Kempa. Zawsze interweniował Jordan, stawiając weto przy transferach.

W 1998 roku po rozpadzie mistrzowskiego zespołu Pippen nie zamierzał dłużej siedzieć w Chicago. Trafił do Houston, gdzie miał stworzyć wielkie trio wraz ze starzejącymi się Sir Charlesem oraz Hakeemem Olajuwonem. Na papierze wyglądali świetnie, ale w zespole brakowało chemii. Scottie kłócił się z Barkleyem, wyzywał od tłuściochów, nie mógł znieść fatalnych nawyków żywieniowych oraz treningowych Charlesa. Summa summarum już po roku zażądał transferu do Portland, gdzie w pierwszym roku pracy był jedną kwartę od zdobycia tytułu mistrzowskiego!

Game 7

Pamiętam to jak dziś: najpierw z dołka (1-3) doprowadzili do remisu w serii, by następnie, po trzech kwartach siódmego finału konferencji osiągnąć piętnaście punktów przewagi nad z wolna panikującymi Lakers. Ależ to był mecz, dały znać o sobie żelazne nerwy Kobe i weteranów siejących zza łuku. Finalnie Shaq wściekle wsadził piłkę podaną przez Bryanta, a Lakers odrobili straty i serię wygrali. Kilka dni później zdobyli też swój pierwszy (z trzech kolejnych) tytułów mistrzowskich. Warto wspomnieć, że byli prowadzeni przez byłego trenera Pippena, Phila Jacksona. Ot, taki chichot losu.

Mimo finalnej porażki w całym sezonie Pippen grał nieźle, dał drużynie doświadczenie, przywództwo oraz kapitalną grę w obronie. Wreszcie umiał scalić ekipę oraz wspierać młode gwiazdy. Szkoda, że udało mu się to dopiero w wieku 35 lat, kiedy ciało słabło, a czasy świetności odchodziły w dal. W końcówce Game 7. zabrakło mu zdrowia, pamiętam paskudną czapę jaką dostał od Kobe. W tamtej kwarcie zniknął. W sumie w Portland spędził jeszcze przez trzy sezony, ale bez większych sukcesów. Karierę zakończył w roku 2004, w Chicago. Rozegrał jednak ledwie 23 mecze, o statystykach nie wspominam. To nie był już ten dawny Pippen.

Jak go zapamiętamy? Z pewnością jako jednego z najwybitniejszych koszykarzy w dziejach tego sportu, ale zawsze tego drugiego w ekipie. Genialny defensor, idealny Robin dla najwybitniejszego Batmana w dziejach basketu, ale bez genów lidera oraz charakteru przywódcy (może z wyłączeniem czasów Portland). Poza tym, tak jak napisałem wcześniej, Scottie był zawodnikiem bardzo zespołowym – znacznie lepiej wychodziło mu wspieranie innych, aniżeli bycie „pierwszą opcją”.

If you gonna be dumb you better be tough

Co ciekawe, wielu do dzisiaj sugeruje, że Pippen był słabym liderem, ponieważ nie brakowało mu umiejętności, a zwyczajnie… inteligencji. Nie jest to teoria pozbawiona sensu, przyjrzyjmy się jej bliżej. Jordan znany był ze swojej przebiegłości oraz błysku w oku, był typem boiskowego mordercy oraz samca alfa także poza parkietem. Ze swojej marki zrobił światowe imperium, jest dziś miliarderem. A Pippen? W pewnym momencie ogłosił bankructwo, nie potrafił dobrze ulokować zarobków. To dużo mówi o człowieku. Istnieje także pewna miejsca legenda, w której jest ponoć wiele prawdy.

Swego czasu na telebimie Bulls w przerwach meczów pokazywano animowane wyścigi trzech byków, a widzowie mieli obstawiać, który z trójki zwierzaków pierwszy dobiegnie do mety. Za każdym razem wygrywał inny i tylko ludzie montujący tę grę wiedzieli, jaki będzie wynik. Podobno montowanie filmików oglądał także Jordan, który później miał namawiać Scottiego Pippena, by obstawiali na wysokie sumy wyścigi animowanych byczków. Jordan zawsze wygrywał – nic dziwnego, znał z góry wyniki – a Scottie Pippen podobno nigdy nie kapnął się, że coś jest nie w porządku, skoro MJ zawsze obstawia dobrze, a on nigdy…

[Kuba Machowina]

Ostatnie Wpisy

53 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Pippen zawiódł? ….w sezonie 93/94 liga okradła go z tytułu MVP.Bez Jordana i w przemeblowanym składzie tamtejsi Bulls zakonczyli sezon z dwoma zwycięstwami mniej w porównaniu z rokiem ubiegłym….a w półfinale konferencji wschodniej przegrali dopiero w 7 spotkaniach z Knicks …grał rewelacyjnie a zespół był kompletnie przemeblowanym po odejściu Jordana.

    (54)
    • Array ( )

      Do tego sędziowanie było jawnie przegięte na korzyść NYK. Końcówka meczu nr 5 – proponuję sobie to zobaczyć. Wtedy Bulls zamknęli by serię w 6 grach.

      (4)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Ten tekst za bardzo wyglądał jakby miał ciagle pokazywać ze Jordan jest fenomenem, a dopiero potem ze Pippen był tym który jako z nielicznych potrafił z nim grać. Mówimy jednak o człowieku który samodzielnie poprowadził do niemal identycznego bilansu drużyny po odejściu MJa. No i był kluczowa postacią Bulls, wystarczy zobaczyć wyniki Jordana w Playoffs bez Pippena

    (40)
    • Array ( )

      Problem w tym, że Jordan jest fenomenem, a dopiero potem jest nie Pippen, a cała reszta graczy która grała w NBA przed nim, z nim i po nim.

      „wystarczy zobaczyć wyniki Jordana w Playoffs bez Pippena”
      A co to za argument ? Jordan w swoich PO bez Pippena grał też bez wielu innych bardzo dobrych graczy. To nie sam Pippen sprawił, że nagle Bulls stali się jednym z najlepszych zespołów w historii ale także Grant, Rodman, Cartwright, Paxson, Longley, Kukoc, Kerr, Harper…

      Po za tym niewyobrażalnym bluźnierstwem jest pisanie, że Jordanowi bez Pippena nie szło w PO tak dobrze jak z nim.
      Bo bez Pippena Jordan mierzył się z inna drużyną legendarną, a mianowicie Boston Celtics. W tamtym okresie nawet z Pippenem te mecze były nie do wygrania.
      No i trzeba też dodać, że razem z Pippenem Jordan rozegrał też kilka PO które nie zakończyły się mistrzostwem.

      (1)
  3. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe spider
    Odpowiedz

    Scottie Pippen – Ultimate defender, the elite.
    Dobry tekst Panie Kuba 🙂 Trochę za duży akcent położony na to, że był drugi, bo jednak lider z niego był niezły, co nie oznacza, że strzelec. Porównanie do niego Melo nie na miejscu. Wiadomo kto tu był wygrał one on one 🙂

    (9)
    • Array ( )

      Nie byłbym pewny kto wygrałby one on one. Co więcej, uważam że Melo miałby spore szanse z 52-letnim Pippenem!

      (9)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Pippen był kluczową postacią jeśli chodzi o 6 pierścieni Bulls – to bez dwóch zdań. To była kapitalna współpraca i uzupełnianie się z MJ’em.
    Oczywiście hejterzy MJa zwykle wypisują brednie, że wszystkie tytuły to zasługa Pippena. Tymczasem tego Pippena to sobie najpierw MJ wyćwiczył i wytrenował. A więc bez MJa koszykarsko Pippen też by wyglądał zupełnie inaczej.

    Tak w ogóle to jest jakaś pozycja książkowa o Pippenie – coś jak „Michale Jordan Life” Lazenby’ego? Chętnie bym takie coś poczytał.

    No i na koniec panie Kubo – porównanie Pippena z Melo jest obraźliwe dla Scottiego (defence Melo = śmiech na sali).
    Ale tak w ogóle to artykuł bardzo dobry. Aż się łezka kręci na wspomnienie tamtych, „moich” Bulls.

    (6)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Pippen jest jedynym koszykarzem, który może pochwalić się złotym medalem na dwóch kolejnych igrzyskach olimpijskich Barcelona 92 oraz Atlanta 96 oraz pierścieniami mistrzowskim NBA w roku olimpijskim – 1992 wygrane finały z Portland i 96 wygrane finały z Seattle 🙂 Michael w tym zestawieniu zawsze będzie za Pippenem 🙂

    (5)
    • Array ( [0] => contributor )
      Zdjęcie profilowe G8
      PATRON

      zawsze cos 🙂
      Lebron James miał szansę dołączyć do tej statystyki gdyby nie zrezygnował z kadry w 2016 roku.
      2012 Londyn złoto – 2012 Miami Heat mistrzostwo
      2016 Rio (rezygnacja)- 2016 Cavs mistrzostwo

      (4)
    • Array ( )

      ile warte jest złoto zdobyte z USA? tak serio…
      to jakby Real czy Barca zagrała sezon w polskiej lidze…

      (0)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Spider za T-Maca byłoby ciekawie, ale chyba z dumą MJ i chęciami T-Maca nie przeszło, choć młodszy, Tracy znany jako scorer a Pip gracz kompletny w każdej płaszczyźnie, komplementarny do Airness no i obrońca, choć gdyby MJ został 1 sezon…i byłby lockout hmmm czy udałoby się 4-peat?

    (0)
    • Array ( )

      T-Mac by skończył jak Kwame Brown.
      Pippen naprawdę był twardy wytrzymując psychiczne i fizyczne katowanie przez MJ. Nikt go nie niańczył i pieluch nie zmieniał. To była ostra jazda. Wytrwał i odniósł z tego bezsprzeczne korzyści.

      Wątpię, że T-Mac byłby w stanie utrzymać zwieracze…

      (5)
  7. Array ( [0] => contributor )
    Zdjęcie profilowe G8
    PATRON
    Odpowiedz

    Pippen jest wg mnie najbardziej niedocenionym zawodnikiem NBA. Nie wiem gdzie jego miejsce w indywidualnym zestawieniu TOP 10, TOP 15, TOP…. , ale gdybym miał stworzyć team wszechczasów Pippen ma gwarantowane miejsce w składzie.

    Ten tekst jest bardzo obiektywny. Pippen żył w cieniu najwybitniejszego zawodnika tej ligi i nie zawodził. Liderem był (przynajmniej) średnim, ale bardzo prozespołowy zawodnik. Koszykówka to sport zespołowy i Pippen wypełnił się w tym sporcie znakomicie. Był największą podporą dynastii Bulls. Mike mimo niepodważalnej roli lidera Bulls miał to szczeście że mógł tylko wymagać i wymagać. Miał oparcie w swoich wymaganiach w Pippenie, który to pomagał innym zawodnikom wejść na wyższy poziom. Bez wsparcia Pippena , który kleił braki talentu, zaangażowania z chorobliwą zawziętością i talentem Jordana nie wyobrażam sobie rajdu legendarnych Bulls w zdobyciu 6-0.

    i tu wszystkim trzeba wiedzieć, że za całym sukcesem w poskładaniu zespołu, posegregowaniu ego zawodników i przypisanie im ról, stał Phil Jackson. Generalnie zacząć należy od tego, że sukces Bulls jest wypadkową wielu czynników, które szczęśliwie znalazły się w tym samym miejscu, w tej samej porze.

    O podobnym szczęściu są dzisiejsi Warriors. Zarząd , trenerzy, Draft, talent , transfery, kontuzje (które zaniżyły wartości kontraktowe), salary cup, sytuacja w dywizji i wiele innych czynników spotkało się w jednym okresie tworząc młodą dynastię, która może jeszcze trochę potrwać.

    (14)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    Spoko jest poczytać ale czasami piszecie bzdury. Największa trauma z młodości Michaela to nie dostanie się do drużyny? xxx. Jego znajomy utonął na jego oczach ale niedostanie się do drużyny to większa trauma. Pozwolę to sobie skomentować tak- XD

    (1)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    Nie do końca się z tym zgadzam. Owszem naturalnie jeśli ktoś trafia do zespołu np takie KB to zawsze musi być drugi, bo KB się nie dostosuje jest w tym pewnego rodzaju egoizm miał go i Jordan i KB. To nie kwestia samych asyst tylko to kto jakim jest czlowiekiem. Doskonale pamiętam czasy kiedy Pippen przeszedl do Rakiety i Blazers i za każdym razem komentator wspominał mu to liderowke. Jeśli ktoś chce być liderem to niech przejdzie do słabej drużyny np w Bucks, czy innych Cavs w tamtym okresie oczywiście.
    Ta sama historia dotyczy Melo, gdyby nie szukał bułek to by miał do dnia dzisiejszego chleb w Denver i nikt by nie kwestionowal jego jako lidera. Pod tym względem np trzeba pochwalić Currego, który świadomie u szczytu popularności zszedł na drugi plan godzac się byciem na Durantem, a wcale nie musiał. W końcu to on trzyma piłkę

    (-2)
  10. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe Kuba Machowina
    Odpowiedz

    Dzięki wszystkim za miłe słowa!

    A co do porównań Melo z Pippenem – czy ja gdzieś porównuję ich rzemiosło koszykarskie, zdolności w obronie itp? Przecież nie trzeba być znawcą NBA by wiedzieć, że to dwa zupełnie inne typy zawodników, zdolności fizyczne, budowa czy styl grania…

    Jedyna wspólna płaszczyzna, na jakiej ich porównuję to bycie pierwszą opcją drużyny. Melo nigdy nic nie osiągnął jako lider, podobnie jak mimo wszystko Pippen. Wielu oburza się, że pod nieobecność Jordana Scottie grał świetnie, prawie przeszedł z Bullsami Knicksów. No właśnie, „prawie”. Nie powtórzył sukcesu Jordana, dodatkowo obraził się na trenera i Kukoca.

    Zgoda – grał bardzo dobrze, ale jednak finalnie nie okazał się takim liderem, na jakiego kreowali go kibice oraz on sam. Taka prawda – nie byłoby Jordana bez Pippena, ale i odwrotnie – Scottie bez Michaela nie był gościem zdolnym samodzielnie wygrywać tytuły.

    I jeszcze jedna sprawa. Oburzyliście się na porównanie Pippena z Barkleyem. Większość kibiców (zwłaszcza młodszych) kojarzy Barkleya wyłącznie jako grubego błazna ze studia telewizyjnego, ewentualnie jako tłustego koszykarza Houston Rockets. Tymczasem wielu ekspertów twierdzi, że jeśli brać tylko czasy 76ers, pierwszego Dream Teamu oraz wczesnego Phoenix – czyli okres, kiedy Barkley potrafił jeszcze trzymać w miarę wagę – to Charles zjadał wszystkich skrzydłowych ligi i to bez popitki.

    W tamtym okresie Charles spokojnie był lepszy od Karla Malone’a i innych. Kiedy odbywała się selekcja do Dream Team I, Mike Krzyżewski powiedział o Sir Charlesie: „To jeden z trzech najlepszych koszykarzy świata”. Oczywiście później Barkley przestał dbać o siebie i spuchł strasznie, ale kiedy trzymał się w ryzach, był petardą na parkiecie i nawet MVP ligi.

    (9)
    • Array ( )

      Ok. Jeśli nie porównujesz ich koszykarsko to zgoda.
      Pippen owszem – jako lider nie osiągnął nic ale będąc w swoim prime miał właściwie tylko jedną okazję.
      Melo będąc w prime miał więcej sezonów by udowodnić że jest jedynką.

      Charlesa już porównujesz koszykarsko, tak? To owszem można porównywać ale wówczas trzeba powiedzieć, że Pippen jednak był bardziej profesjonalny i dłużej utrzymywał się na topie. Barkley poszedł tą samą ścieżką co O’Neal czyli „najpierw masa, potem rzeźba” 😉

      (2)
    • Array ( )

      było wiele pierwszych opcji zespołu które nic nie osiągnęły drużynowo… np. DeRozan, Westbrook… płaszczyzna porównań jest nieograniczona, a wybrałeś akurat dwóch największych leniów 🙂

      nie trzeba było go z nikim porównywać, podstawą było postawienie tezy że Pippen to facet z dziury na końcu świata, cichy, z bardzo ograniczonym światopoglądem i kiepskim stylem ubierania 🙂 został w każdej z tych dziedzin rozwinięty przez MJa i tyle. Samemu by nigdy tego nie przeskoczył.

      (1)
    • Array ( [0] => contributor )
      Zdjęcie profilowe kmn
      PATRON

      ja pier… jak gorąco…
      kuba, mimo wszystko mogłeś dobrać innych koszykarzy do porównania z pippenem
      bliżej mu do kobego – druga opcja za czasów szaka i potem pierwsza i tytuły z pau

      natomiast odnośnie barkleya z czasów sixers i pierwszy/drugi sezon w suns,to wiem co miałeś na myśli
      patrz mój awatar (czy jak to teraz się zwie)
      pamiętam jakiś meczyk sixers z utah
      barkley był po prostu mobilniejszy od malona i swoim zapałem i dzikością kupił moje koszykarskie serducho…

      p.s.
      pamiętasz o ……… wiesz o kim…….. niedługo rocznica…….. knigę już doczytałeś..?
      pozdro

      (0)
  11. Array ( )
    Odpowiedz

    All about defense. Porownanie Pippena do Melo to dla tego pierwszego zniewaga. To zupelnie inni zawodnicy. Pippen charowal w defensywie. Ponad dwa razy wiecej przechwytow i blokow w kazdym meczu.
    Chcesz wygrywac tytuly to zapierdzielaj w obronie. Odwieczna zasada. Melo to lowca punktow bez obrony.

    (0)
    • Array ( )

      GWBA to powinno sprzedawać kursy czytania ze zrozumieniem a nie koszulki he he. Bardzo fajny artykuł, dobrze przełożyłeś sytuację Scottiego na obecne realia, przykład. Pozdrawiam.

      (2)
  12. Array ( )
    Odpowiedz

    Jordan miał wielkie wsparcie w reszcie zespołu i sztabie trenerskim. Najlepiej pokazuje to sezon 93/94 gdy Chicago nadal poważnie liczyło się w walce o tytuł, a sam Pippen pretendował do miana MVP ligi. Gdy odchodzi z drużyny GOAT i brak jest wzmocnień to liczba wygranych gier powinna spaść o ok. 20 meczy. Po pierwszym odejściu Jordana wygranych było TYLKO o 2 mniej. Porównajcie to sobie z najświeższymi odejściami innych największych graczy z All-Time NBA Top 10, Shaqa z LAL (-22) czy Jamesa z Miami (-17). w Obu tych przypadkach ostatnie sezony LAL i Heat grali w Finałach NBA. Następne sezony te drużyny nie dostały się nawet do rundy play-off. Przypomnę, że mieli w swoich składach zawodników All-Star (Kobe, Odom czy Wade, Bosh). Dlatego do dziś uważam, że „styl gry” Jordana miał mniejszy wpływ na wyniki jego zespołu niż chociażby Jamesa czy Shaqa.

    (6)
  13. Array ( )
    Odpowiedz

    Słabszy artykuł niż poprzednie, autor nie docenia Scottiego. Sto razy powtarzane że nie dał rady. Raz nawalił z tym niewyjściem na parkiet, a inni najwięksi to żadnych błędów nie popełniali?? Każdy ma na koncie jakiś choke

    (8)
    • Array ( )

      Dokładnie – „Croatian Sensation” – no właśnie, może upał coś pozmieniał autorowi.

      (0)
  14. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe pietruch
    Odpowiedz

    Świetny artykuł. Ale dla ludzi, których obraziło porównanie Pippena do Melo – ludzie czy wy w szkole opanowaliście w szkole taką bardzo przydatną umiejętność jaką jest czytanie ze zrozumieniem? Autor nie porównywał ich pod względem umiejętności koszykarskich (ofensywnych czy defensywnych – wiadomo, że to inni gracze i tu się ich nie da porównać) a zestawił ich w tym samym położeniu nazwijmy to pozycji w zespole. Melo próbował być liderem zespołu ale mu to w swojej karierze nie wyszło – Pippen zaakceptował rolę drugoplanową i wyszedł na tym świetnie. Może gdyby Melo dołączył do swojego Jordana uzupełniłby go równie dobrze co Pippen, wkońcu swego czasu był to topowy gracz ligi.

    (1)
  15. Array ( [0] => administrator )
    Zdjęcie profilowe admin
    Odpowiedz

    Mnie też się nie podobało zestawienie Pippena akurat z Anthonym. Rozumiem, że Kuba chciał wyodrębnić konkretne cechy obu, ale prawdą jest, że mózg nie szuka niuansów, sformułowań stylistycznych – mózg zestawia dwóch graczy. Pippen zawodnikiem był znacznie bardziej wartościowym niż Melo.

    Defensywa, koszykarskie IQ, szybkość, gra na otwartej przestrzeni, zbiórki, wszechstronność, przegląd parkietu: wszystko na korzyść Pippena. Melo od zawsze był strzelcem z nienagannym warsztatem na półdystansie. Silnym fizycznie skrzydłowym, który nie stronił od kontaktu, ale tylko na atakowanej połowie.

    Pippen miał ciężej od początku – od zawsze musiał udowadniać wartość.
    Melo wchodził do NBA jako mistrz uczelniany, rozpieszczany gwiazdor, któremu nie chciało się pracować ponad wymaganą normę. Jechał na talencie i taka jest prawda. Trudno nawet powiedzieć, że nie trafił na odpowiednich ludzi, graczy / trenerów którzy nie umieli w nim wyzwolić ekstra motywacji. Miał takie warunki życia/ pracy stworzone wokół siebie, że gdy coś się nie podobało – doprowadzał do zmiany w otoczeniu.

    (3)
  16. Array ( )
    Odpowiedz

    Robinem też trzeba umieć być i mieć tę wszechstronność. Melo nie ma tego za grosz. Artykuł fajny jak każdy Kuby, joł.

    (2)
  17. Array ( )
    Odpowiedz

    pippen – talent niewielki, ogrom pracy i poświęcenia
    anthony – wielki talent, minimum pracy i poświęcenia

    Tak wiem, że nie chodzi o to, ale warto zaznaczyć

    (-1)
  18. Array ( )
    Odpowiedz

    W jaki sposób Pippen miał wygrać mistrzostwo kiedy zabrali mu Jordana? ?? Gdyby zastąpił go jakiś all star pokroju strzelca Drexlera jako substytut Jordana to sprawa mogłaby wyglądać inaczej.
    Beznadziejny argument – Pippen był słabym liderem po odejściu Jordana…. Odbierz Jordanowi Pippena, nie daj nikogo w zamian i Goat będzie mial zero tytułów.

    (3)
    • Array ( )

      W zasadzie chyba jedyna drużyna w historii, która bez swojej największej gwiazdy miałaby realne szanse na mistrzostwo to aktualne GSW. Wywal Duranta – wciąż team na mistrza. Wywal Curry’ego – wciąż team na mistrza.

      (3)
    • Array ( )

      Już skończ te smuty o GSW. Pokazali bez Duranta na co ich stać – ledwo wygrali pierwszy finał, gdzie Cavs grali bez Irvinga i Love i przegrali drugi prowadząc 3:1.

      (-1)
  19. Array ( )
    Odpowiedz

    Gracz kompletny, mój największy koszykarski bohater. Scottie i MJ uzupełniali się wzajemnie, ich Doberman Defence i alley oop…. Poezja koszykówki.

    (1)
  20. Array ( )
    Odpowiedz

    Fakt – Pippen bez Jordana nic nie wygrał. A co wygrał Jordan w NBA bez Pippena?
    Wyobraźcie sobie to tak. Całe życie od dzieciństwa pod górkę, gdy trafiasz w końcu do koszykarskiego nieba, okazuję się, że faktycznie rządzi tam pokręcony socjopata będący przy okazji koszykarskim bogiem. I tak nie jest źle – płacą ci kosmiczne pieniądze o których twoja rodzina mogła by tylko pomarzyć! Co tam, że władze klubu widzą w tobie talent, jesteś dla nich jednak przede wszystkim trybikiem układanki w zhierarchizowanym świecie, w którym zawsze będziesz grał drugie skrzypce. Zagryzasz zęby i robisz to co zawsze: pracujesz jeszcze ciężej, walczysz o siebie, o szacunek, o należne ci uznanie, zawsze jednak mając w głowie dobro zespołu. Od czasu do czasu trener bierze cię w obroty sztorcując przy wszystkich w myśl zasady: Popatrzcie! Jeden z liderów drużyny a ja bluzgam go publicznie, żeby pokazać kto tu rządzi! (oczywiście krytyka nie dotyczy Mike’a, on jest nietykalny) Nic to, czas leci, grasz coraz lepiej, zauważają cie i pragną inne ekipy a ty wyciągasz ręce po coraz wyższe laury z tytułami mistrzowskimi włącznie. Nie jest jednak tak różowo – jesteś i pozostaniesz zawsze tym drugim i nieważne co byś robił dla drużyny – zawsze wisi nad tobą wizja transferu, wymiany i spierania się o pieniądze, nawet jak na owe czasy skąpo kapiące ze strony zarządu. Co więcej, management znajduje na twoje miejsce kolesia z drugiego końca świata, obiecując my kontrakt praktycznie w ciemno o jakim ty możesz jedynie pomarzyć. Taki los. I nagle staje się coś niespodziewanego! Bóg koszykówki abdykuje i nagle okazuje się, że to ty masz wypełnić po nim lukę! Ogromna trema, konfrontacja twoich marzeń z rzeczywistością jest niebywałym balastem. Co robisz? To co zawsze: zagryzasz zęby i pracujesz jeszcze ciężej. Jest tym trudniej, że nie posiadając odpowiedniego wsparcia wymaga się od ciebie wielkich rzeczy a równocześnie powątpiewa w sukces (wszak nie da się zastąpić Boga…) A jednak! Dzieją się małe cuda, drużyna nie spada na dno tabeli, zwycięstw przybywa a ty „wyrąbujesz” sobie należne ci miejsce i uznanie w koszykarskim Panteonie liderując swojej ekipie we wszystkich statystykach! Nadchodzą play-offy, prawdziwe granie dla prawdziwych facetów. W decydującej chwili, w decydującym meczu, kiedy myślisz: to ten moment, to ta chwila; trener rozpisuje zagrywkę pod twojego wewnątrz-klubowego rywala! Serio! Oddałeś im wszystko, znosiłeś upokorzenia, podnosząc swoje umiejętności na wciąż wyższy poziom, harowałeś jak wół by w najważniejszej chwili dowiedzieć się jak ONI cię widzą: wciąż użyteczny trybik, tym razem jak to trener określił – „przynęta” Czy Jordan usłyszał by z jego ust to samo? Bez znaczenia. Myśli kotłują, gula wściekłości zaciska gardło, już wiesz, że to nie ma sensu. Znów nie Ty; Nie zasługujesz; Zawodzisz; Nigdy nie będziesz liderem;
    Zostajesz na ławce i widzisz zwycięstwo drużyny. Twojej? Tak myślałeś jeszcze przed chwilą. Już wiesz, że zaraz się zacznie. „Zasłużona” krytyka.
    I jak to było Scottie? Czy to TY zawiodłeś?
    Czy to jednak ONI zawiedli ciebie…
    P.S. Mimo wszystko dobrze się to wszystko później potoczyło.
    Czasem tylko ktoś na drugim końcu świata porówna cie do Carmelo;)
    Czy to TY zawiodłeś Scottie?

    (10)
    • Array ( )

      Nawet na szczytach – gdzie tak niewielu dotarło, skąd spaść łatwiej niż pomyśleć – możesz spotkać niegodziwość, zakłamanie, obłudę.
      Jeśli zachwyty są kierowane wobec Parkera, Birda, Thomasa, Kidda… to – gdzie jest Pippen ??…
      Według mnie – ikona NBA, jeśli chodzi o brak glorii, pochwał, w końcu pieniędzy, no i zwykłej ludzkiej pamięci, gdzie miejsce zarezerwowany dla wybranych, ale czy tych naj-lepszych ?

      (1)
  21. Array ( )
    Odpowiedz

    Świetny artykuł, mimo trochę niezgrabnego porównania do Melo (ale rozumiem zamysł autora). Moje jedyne zastrzeżenie dotyczy tego fragmentu „Pippen był lepszym defensorem niż Jordan”

    Z całym szacunkiem dla Pippena i jego klasy – ale jednak nie. Nie chcę napisać, że to kompletna bzdura, niemniej jednak stawianie umiejętności defensywnych Pippena wyżej od jordanowskich to jakiś nieśmieszny żart.

    (1)