fbpx

Bill Laimbeer x Vinnie Jones: Bad Boys pełną gębą

34

Lubicie boiskowych rozrabiaków? Dla mnie to niezbędnik każdego dania zwanego meczem, bez podziału na dyscyplinę. Wielu powie – to dinozaury, przeżytki, relikty. Niepotrzebni boiskowi brutale, którzy braki w technice nadrabiają faulami. Ja uważam jednak inaczej i każdy, kto na jakimkolwiek poziomie uprawiał sport, potwierdzi moją tezę – w każdej drużynie potrzebny jest “Bad Boy”. Taki, co zemści się za kolegę, a jurnego kozaka z drużyny przeciwnej mocno przytemperuje. A to, że Jones i Laimbeer “nieco” przesadzali, to już całkiem inna sprawa. Powspominajmy tych dwóch niezapomnianych rzezimieszków, grających w podobnych latach i będących kwintesencją ostrej gry z przełomu lat 80-tych i 90-tych.

Po prostu Vinnie

Było piękne styczniowe popołudnie 1991 roku. Sędzia David Ellery leniwym gwizdkiem rozpoczął spotkanie pomiędzy Sheffield United i Manchesterem City, a pomocnik drużyny z Maine Road – dzisiaj grającej na Etihad Stadium – Peter Reid myślami był jeszcze przy porannym śniadaniu. Nie minęły trzy sekundy od rozpoczęcia spotkania, gdy grający menedżer “The Citizens” zwijał się już w konwulsjach, ponieważ coś wjechało gwałtownie w jego nogi z siłą buldożera.

Reid podniósł głowę i zobaczył doskonale znany wszystkim obrazek – szaleńczy wyraz twarzy, zaciśnięte zęby, krótko ostrzyżone włosy, no i ta potężna sylwetka godna rzymskiego legionisty. Twarz oprawcy mówiła wszystko –gratulacje, właśnie spotkałeś nogi Vinniego Jonesa. Koledzy Jonesa popatrzyli tylko po sobie, jeden z nich zaśmiał się: “Po prostu cały Vinnie…”.

Tak, Jones był brutalem. Był on jednak tego rodzaju (anty) herosem z rodzaju tych, z którymi sympatyzujemy, chociaż wiemy, że mają sporo na sumieniu. Jones ma coś z sympatycznego angielskiego rzezimieszka, który jest twardy jak skała i operuje “łaciną” jak należy, ale ma przy tym sporo wdzięku, a i żartem potrafi rzucić ostrym oraz soczystym. Vinnie stał się postacią na tyle kultową, że dzisiaj właściwie można już nawet rzec, iż jest jednym z elementów szeroko pojętej futbolowej popkultury.

Oprych

Vinnie stał się niejako ofiarą pieczołowicie pielęgnowanego – zresztą przez samego siebie – wizerunku boiskowego oprycha, którym oczywiście był, nie można mu tego odmówić. Pamięta się go jednak wyłącznie przez pryzmat brutalności oraz czerwonych kartek, ale prawda leży pośrodku. Myśląc o Jonesie, wszyscy mamy w głowach obraz drwala, ale zapominamy o najważniejszym – Jones był całkiem dobrym piłkarzem. Jak na typowego boiskowego przecinaka, kojarzącego się wyłącznie z boiskową agresją, strzelił w karierze całkiem sporo bramek, bo aż 33. Nie najgorzej jak na defensywnego pomocnika, względnie stopera, nieprawdaż?

Poważne granie w piłkę Vinnie zaczął w roku 1986, po przyjściu do zespołu Wimbledonu. Co działo się później? Reszta owiana jest już legendą, a Jones i jego koledzy stworzyli całkiem nowy oraz unikalny model grania w futbol. Jaki? O tym za chwilę.

Mądrala

Detroit Pistons z końcówki lat 80-tych to dla wielu jeden z najlepszych składów, jakie biegały po parkietach NBA. Przeciwnicy nienawidzili ich za brutalną grę (stąd przydomek “Bad Boys”), ale to tylko część prawdy. Detroit posiadało po prostu kapitalną ekipę, która przerwała hegemonię Celtics i Lakers (Pistons byli mistrzami w roku 1989 i 1990), a także stała ością w gardle młodemu Jordanowi. Na czele zespołu stali przede wszystkim Thomas i Dumars, a także cała rzesza zadaniowców, twardzieli i zabijaków, czyli Laimbeer, Rodman, Salley i Mahorn.

Zdaniem wszystkich, to jednak Laimbeer był najgorszy z Pistonsów. I właściwie na tym moglibyśmy skończyć tę część artykułu, no bo jeśli w zestawieniu z Rodmanem ktoś wygrywa potyczkę na bycie większym świrem i złym chłopcem, to cóż tu można dodać? Bill przez lata rozdawał łokcie, ciosy, kuksańce, a także szczypał, dogadywał i był mistrzem floppowania. Jego nieczyste zagrywki stały się symbolem ery “Bad Boys” na tyle, że… Nintendo wypuściło grę “Bill Laimbeer’s Combat Basketball”, której akcja rozgrywała się w roku 2030 i łączyła basket z mordobiciem.

Jakim graczem był Bill? Oddajmy głos jego… rywalom.

Chcesz żebym powiedział coś o nim….? Dobra, ale nie wydrukujesz tego…. [Bill Walton]

Nadal go nienawidzę [Larry Bird] – wypowiedź pochodzi z 2008 roku!

Zawsze myślałem, że jeśli nie możesz powiedzieć czegoś dobrego o kimś to lepiej nic o nim nie mówić [Robert Parish]

Laimbeer był największym brutalem swojej ery, ale i… jednym z najbardziej inteligentnych zawodników. Zawsze sarkastyczny, potrafił zaskoczyć rozmówcę i cholernie twardo stąpał po ziemi. Zwykł mawiać: “Nie jestem Mosesem (Malone’em) ani Kareemem… Ale chcę być najlepszym z całej reszty”. I był najlepszy z całej reszty, do tego maksymalnie zadziorny i błyskotliwy. Nie był jak biedne dzieciaki z getta, marzący o sporcie jako o przepustce na salony. Ojciec Billa, William Lamibeer Senior, był jednym z menedżerów w największej (wówczas) na świecie firmie produkującej opakowania papierowe, a były gracz Detroit od dziecka pławił się w luksusach.

aktor i zabijaka

Kiedy był już uznanym graczem, Bill junior mawiał: “Jestem jedynym graczem w NBA, który zarabia mniej od swojego ojca”. Ojciec był jednak z niego dumny: “Mógł mieć wygodne życie. Znalazł jednak swoją niszę i osiągnął sukces. Wiele rozpuszczonych dzieci z bogatych domów tego nie potrafi”. A Laimbeer? Kawał solidnego centra, do tego znakomity aktor i zabijaka. Kiedy sędzia nie patrzył, sprzedawał razy rywalom. Za to kiedy patrzył, wywracał się jak… LeBron. Znów oddajmy głos rywalom.

Mistrz teatru, oskarowe role [Rich Kelley, Sacramento]

Flopuje jak ślizgająca się po parkiecie rybka [Kevin McHale]

Bill Laimbeer mawiał, że “rywalizacja to całe jego życie”. Jeden z anonimowych graczy Celtics powiedział kiedyś, że Billa to oficjalnie wszyscy nienawidzą, ale nieoficjalnie to go wszyscy… nienawidzą i podziwiają. Laimbeer był tak zażarty w tym co robił, że potrafił pokłócić się i zrobić awanturę nawet w irlandzkim barze, grając w darta. Był podobny do Jordana – w co by nie grał, musiał wygrać. Rywalizacja na śmierć i życie. Złośliwi żartowali, że to aż cud, że żona Laimbeera nie ma żadnych siniaków… Co ciekawe, to właśnie z kobietami Bill się najlepiej dogaduje…

Szalony Gang

Jeśli piłka nożna spod angielskiego znaku wyglądała w latach 80. jak młócka, to styl gry “The Dons” (przydomek Wimbledonu) porównać można było jedynie do rozbiórki mięsa w zakładzie przetwórstwa drobiu i innych zwierząt. Wimbledon był uosobieniem anty futbolu, a jego gra nie była niczym innym jak apoteozą szaleństwa oraz brutalności. To właśnie stąd wziął się drugi przydomek zespołu z południowo-zachodniego Londynu – “Szalony Gang”.

Okres rozkwitu działalności zorganizowanej grupy przestępczej Jonesa & Co. przypadł na drugą połowę lat 80-tych, czyli lata ciemne angielskiego futbolu, znaczone tragedią na Heysel oraz wykluczeniem klubów z europejskich rozgrywek. Rok 1988 to jedna z największych sensacji w historii FA Cup. Oto bowiem “Szalony Gang”, napędzany adrenaliną, agresją oraz pasją, doszedł do finału Pucharu Anglii, w którym przyszło mu zmierzyć się z wielkim Liverpoolem.

“The Reds” byli wtedy najlepszą drużyną na Wyspach, a ekipa grającego menedżera Kenny’ego Dalglisha była uosobieniem tego, co najlepsze w ówczesnym angielskim futbolu. Piłkarze z czerwonej części miasta Beatlesów grali porywająco, a w składzie zespołu biegali głównie reprezentanci swoich krajów. Natrafili oni jednak na niebiesko-żółtą ścianę mięśni oraz testosteronu.

Finał FA Cup Anno Domini 1988 przedstawiał się doprawdy imponująco, jeśli chodzi o cyferki: 98 tysięcy kibiców zgromadzonych na Wembley, 250 milionów przed telewizorami, dopiero co koronowany mistrz Anglii kontra mało stylowy kopciuszek, którego szanse na wygranie pucharu określono jeszcze w styczniu na 1:33.

Historia lubi płatać jednak figle, a ci, którzy postawili wtedy na “Szalony Gang”, obłowili się po stokroć. Finał był taki, jakiego można było się spodziewać. “The Reds” chcieli grać w piłkę, “The Dons” chcieli im to wybić z głowy. Udało się Jonesowi i jego oprychom, a “Kryminaliści Futbolu” wygrali 1:0. Zwycięstwo Wimbledonu w FA Cup do dziś stanowi opus magnum większości karier graczy tamtego składu, w tym i naszego bohatera, Vinniego Jonesa.

Vinnie był kwintesencją angielskiego piłkarza przełomu lat 80. oraz 90 – twardy, atletyczny, agresywny, bezkompromisowy. Najpierw robił wślizg, później pytał, czy może. Niesławny jest film instruktażowy, który Jones wydał na kasetach wideo pokazując, jak umiejętnie faulować rywali. Oczywiście z dala od wzroku sędziego. Klasyką gatunku jest zdjęcie, na którym fotoreporter uwiecznił Jonesa ściskającego mocno genitalia Paula Gascoigne’a. Mina “Gazzy”? Bezcenna.

Wszyscy nienawidzą Billa

W latach 80-tych Detroit Pistons byli znienawidzeni we wszystkich halach w NBA. Zwłaszcza w Bostonie, gdzie Bill i spółka toczyli regularne batalie z Birdem i jego Celtami. Podczas trzeciego meczu finałów Konferencji Wschodniej (w Detroit) 1987 roku Bill zaatakował Larry’ego, w efekcie czego dostał 5 tysięcy dolarów kary. Mecz numer cztery to powtórka – szarpanina, w efekcie której z boiska wyrzucono Birda. Emocje sięgały zenitu, to było już coś więcej niż koszykówka.

Piąty mecz odbywał się w Bostonie i jak nietrudno zgadnąć, specyficzna publiczność w Boston Garden zgotowała Laimbeerowi piekło. Adrenalina skoczyła do takiego poziomu, że słynący z opanowania Robert Parish uderzył Billa. I mówimy o Parishu, który otrzymał swój pseudonim “Chief” od wielkiego i spokojnego pół indianina z filmu “Lot nad kukułczym gniazdem”, w reżyserii Milosa Formana. Tak, nawet Parisha poniosło. Takie emocje wyzwalał w ludziach Laimbeer.

zatracony gen rywalizacji

Do dziś zresztą wyzwala, co widać w karierze trenerskiej Laimbeera. Karierze w… WNBA. Chyba nie ma ciekawszego połączenia niż król brutali, trenujący żeńską drużynę koszykówki. Świat jest jednak dziwny, a Bill, który był uosobieniem twardej gry w NBA zajął się kobiecym basketem. Sam od zawsze mawia o sobie tak: “Nie obchodzi mnie, co myślą inni… Chcę wygrywać (…) Dzisiejsza NBA? Gracze zatracili gen rywalizacji, każdy każdego lubi, jest po prostu więcej pracy. Wszyscy mają pewne posadki, nie ma walki”. Taka postawa zadecydowała niestety, że NBA nie chciała i nie chce Laimbeera. Dlaczego?

Prasa pisała: “Za dużo ma wrogów, za dużo mostów za sobą spalił (…) Ludzie pamiętają, co robił. I jaki był niemiły dla prasy i dla innych zawodników”. Tak, NBA odcięła się od Laimbeera. Co innego WNBA, gzie Bill jako trener odnosił sukcesy (trzy tytuły mistrzowskie), a od przyszłego sezonu będzie trenował nowo powstałą drużynę z Las Vegas. U Jonesa sprawy mają się zgoła inaczej. To, na czym Vinnie Jones zbudował swoją kontrowersyjną legendę, stało się przepustką do świata filmu i show-biznesu. Inteligentny Vinnie z urokiem oraz urodą angielskiego gangstera doskonale odnalazł się w świecie filmu.

Jones perfekcyjnie trafił w “swoją” niszę w angielskiej kinematografii, z miejsca stając się sensacją, zwłaszcza w filmach Guya Ritchiego. To całkiem inteligentny koleś. Podobnie jak Laimbeer, chociaż oglądając migawki z ich występów z kariery, wcale byście tak nie powiedzieli… Ciekawe – brutalne, boiskowe zachowanie zaprowadziło Jonesa do Hollywood, a Laimbeera do WNBA. Świat jest jednak dziwny…

[Kuba Machowina]

No i co? Tęskno Wam za minionymi latami fizycznej, bezpardonowej gry i starć boiskowych? Dla fanów retro NBA mamy atrakcję specjalną. Gdy byłem mały, zawsze chciałem mieć taką treningową kurtkę Chicago Bulls, a Wy? Zobaczcie co nowego wjechało na sklepowe półki:

http://www.gwba.pl/NBA-november

http://www.gwba.pl/NBA-november

Ostatnie Wpisy

34 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Mi rzeczywiście czasem brakuje ostrzejszych i brutalniejszym walk pod koszem, wszyscy tylko poklepują się po plecach i strzelają wspólne selfie … momentami NBA wydaje się być bardziej kołkiem wzajemnej adoracji niż liga z dawnych lat.

    (20)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Twardsza gra na pewno by się przydała, szczególnie w piłce nożnej, ale akurat akcje w stylu łapania za jaja nie imponują mi ani trochę

    (11)
    • Array ( )

      No nie wiem. Jedno wejście pod kosz dzisiejszych gwiazdeczek i pozamiatane. Lambier, Rodman ale też Mason, Oakley i kilku innych.

      (1)
  3. Array ( )
    Kevin Sam W Domu i Płacze 7 Listopad, 2017 at 16:24
    Odpowiedz

    Kurcze… Nie mam nic przeciwko tym artykułom, ale nie lepiej może nazwać to jakimś “imieniem” w stylu NPAW (na porównanie albo wcale xd) i wydawać cyklicznie np. W soboty? Bo ciężko się to czyta kiedy wychodzi to co 3-4 dni. Nigdy nie wiesz czy dostaniesz to, czy coś związanego z koszykówka. Myślę że, gdyby to było cyklicznie robione, byłoby lepiej odbierane, szczególności w leniwe weekendy. Taka luźna propozycja bez spiny pośladków.

    (-12)
    • Array ( )
      Kevin Sam W Domu i Płacze 7 Listopad, 2017 at 21:12

      Nie mam problemu. Ale mam też rodzine… Tak chciałem się tylko zorientować co inni sądzą o tym. To wsio.

      (-5)
    • Array ( )

      A co ma do tego Twoja rodzina??? Bo taki argument dowaliłe. Artykuł, bardzo fajny i z pomysłem-by przepleść codzienne relacje, które i tak się pojawiają regularnie-czymś ciekawym.

      (1)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Kilka artykulow wczesniej pisalem w komentarzu na temat pokolenia lalusiow jakie rosnie, oraz faktu nieciekawej przyszlosci kilku sportow zespolowych – koszykowki, pilki noznej (oby nie pilki recznej…). To co zawarte w tym arykuje to czesc koszykowki, za ktora najbardziej tesknie. Na takiej, mysle nie tylko ja, sie wychowalismy!

    (2)
    • Array ( )

      Tęsknisz tęsknisz a pewnie razem z tłumem krzyczałeś na Greena za jego kopniaki czy Zaze za podejście Leonarda 🙂

      Obecnie trudniej jest być nad boyem. Dziś nie ma sytuacji że czegoś nie widać. Podczas meczu jest tyle kamer ze nie można nawet w nosie dłubać a co dopiero złapać kogoś za jaja tak jak to robił Laimbeer np.

      (0)
  5. Array ( )
    pominiety w drafcie 7 Listopad, 2017 at 17:27
    Odpowiedz

    Gra się na tyle ostro na ile sędzia pozwala. A teraz nawet za pierdnięcie w stronę innego zawodnika jest flagrant . Tyle w temacie.

    (11)
    • Array ( )

      Niestety nie zjadłby, bo zwyczajnie sędziowie by na to nie pozwolili. Co innego, gdyby dzisiejsze teamy przenieść do tamtych czasów – kto nie chciałby tego zobaczyć…

      (1)
  6. Array ( [0] => contributor )
    Zdjęcie profilowe kmn
    PATRON
    Odpowiedz

    pewnie,że teraz twardzieli brakuje,ale taką już liga sobie wyznaczyła drogę. to nie wina zawodników. porównanie tego co gwiżdżą dziś, do tego co było ćwierć wieku temu,to jak zestawienie dwóch różnych dyscyplin sportu.
    żeby nie było,że kiedyś gra była idealna, dodam,że bill to komplety kretyn, nie znający różnicy między twardym graniem z jajami,a bezsensownym narażaniem na poważną kontuzję przeciwnika (bird nie bez powodu go nie trawił).
    swoją drogą – zauważyliście jak parish zboksował laimbeera, nikt do niego nie wyskoczył, ani przeciwnik,ani kolega z zespołu. nie było potrzeby. każdy podświadomie uznał,że należało się i tyle.

    (2)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Ja nie wymagam, żeby zawodnicy w dzisiejszych rozgrywkach się bili. Ja chciałbym tylko, żeby walczyli do końca nie tylko w mediach.

    (2)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    To przypomnę tylko piosenkę Beastie Boys “Thuogh Guy” , w którym to utworze te chłopaki z NY ,i fani Knicks oczywiście, bezpośrednio i dosadnie wyrażają swoje uczucia względem Billa.

    (4)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    Tyle się pisze że kiedyś koszykówka była twarda, a teraz same pizdeczki grają. Sam byłem w gronie tych malkontentów. Ktoś wcześniej jednak słusznie zauważył że gra się tak jak sędziowskie gwizdki pozwalają. Dziś faktycznie można dostać dacha za krzywe spojrzenie czy uśmiech, jak Tim Duncan:-) mam takie wspomnienie, gdy w wakacje pracowałem w kuchni na campie koszykarskim dla żydowskiej młodzieży i oczywiście z nią grywałem wieczorami będąc niewiele starszym. Pierwszego wieczoru po zbyt bliskim, legalnym kryciu ichniego centra, wyłapałem dwa razy kolanem w krocze i kilka łokci na głowę przy zbiórkach. Skoro żydowska młodzież tak grała, zapewne czarna potrafi ostrzej. Może w lidze nie grają lalki tylko tak liga pozwala im grać. Od takie spostrzeżenie od fana lat 90-tych.

    (3)
  10. Array ( )
    Odpowiedz

    “Chcę wygrywać (…) Dzisiejsza NBA? Gracze zatracili gen rywalizacji, każdy każdego lubi, jest po prostu więcej pracy. Wszyscy mają pewne posadki, nie ma walki”.
    Coś podobnego (tylko innymi słowami) powiedział kiedyś Śp. Red Auerbach, gdy był już na emeryturze. W stylu, że nie ma agresji, tylko poklepywanie po plecach, przybijanie piątek, itp. Mówił, że nie może patrzeć, jak ktoś pomaga rywalowi wstać z parkietu – kiedyś, a już szczególnie w Bostonie nie było o tym mowy (Red w szatni zjadłby takiego gościa – wyobraźmy sobie suszarkę sir Alexa do 3 potęgi…), trzeba było nienawidzić rywala, żeby go pokonać. Szło na noże, dawniej, zwłaszcza w Playoffs to nie były tylko mecze, ale prawdziwe bitwy. Dziś na parkiecie jest rywalizacja, a po syrenie wszyscy są kumplami, każdy każdego lubi. Trochę przypomina to walkę Materli z Khalidovem, dla tych co kojarzą.

    (1)
  11. Array ( )
    Zdjęcie profilowe szarygrey
    Odpowiedz

    Vinie Jones hehe…zapamiętałem go z genialnej sceny z filmu “przekręt kiedy wyjaśnia nieudolnnym gangstrom czym różni się ich broń o tej którą on ma…polecam

    (3)
  12. Array ( )
    Odpowiedz

    Mi nie brakuje nikogo takiego w lidzę.
    Wcale też nie uważam, że w każdej drużynie potrzebny jest Bad-Boy, zwłaszcza, jak napisał autor “na jakimkolwiek poziomie”. Jak gram w kosza (czy cokolwiek) to skupiam się na grze, a nie na okładaniu po cichu kolegów. Dla mnie takie zachowanie nie ma nic wspólnego ze sportem. Aktorstwo, zachodzenie za skórę, brzydzę się tym.
    Na poziomie amatorskim gra się dla przyjemności. I niech to będzie przyjemność, a nie prowokacyjne akcje, które mają mało wspólnego z koszykówką. A na wyższym poziomie nie byłem, więc nie wiem jak się gra. Ale oglądać też wolę fair-play niż brutalne wyczyny silniejszych nad słabszymi itp.
    I też uwielbiam rywalizować. Ale robię to umiejętnościami, a nie nieprzepisowymi zachowaniami. Inaczej nie ma sensu.
    Pozdro

    (1)

Gwiazdy Basketu