fbpx

Straight outta Compton: najbardziej niedoceniany gracz w historii NBA

12
Dennis Johnson

Wybaczcie, ale zaczniemy dziś anegdotką z futbolu. Bill Shankly, legendarny trener Liverpoolu powiedział kiedyś, że “drużyna jest jak pianino – potrzeba ośmiu gości, którzy będą je nieść i trzech, którzy potrafią na tym cholerstwie grać”. Ten bon mot doskonale pasuje do bohatera dzisiejszego tekstu. W latach 80-tych w Bostonie na pianinie grali przede wszystkim Larry Bird, Kevin McHale i Robert Parish, ale nikt nie dźwigał dla nich tego instrumentu mocniej, aniżeli Dennis Johnson. Poznajcie historię jednego z najlepszych “bohaterów drugiego planu” w historii NBA, a według wielu najbardziej niedocenianego gracza w dziejach ligi.

Genialny nos Reda

Pojawienie się Dennisa Johnsona w Bostonie w 1983 roku było dla niego spełnieniem marzeń. Trafiał do legendarnej drużyny, w szatni sami przyszli członkowie Hall of Fame, w oddali dym z cygara Reda Auerbacha. DJ nie krył podniecenia: “Ziściły się moje sny (…) Jestem tutaj, a obok mnie żywa historia, czyli pan Auerbach”. Red, który wtedy był również generalnym menedżerem Celtów, postanowił ściągnąć DJ-a, ponieważ jego gracze nie radzili sobie z siłowo grającym shooting-guardem 76ers, Adrianem Toney’em.

Potrzeba było nieco ognia w defensywie, jakby to powiedział Gregg Popovich “I want some nasty”. Kibice drapali się jednak w głowę. Problem polegał na tym, że DJ rzeczywiście był kapitalnym i uznanym obrońcą, ale uchodził za upartego i ciężkiego do trenowania.

Podobnie jak Dennis Rodman dołączający do Bulls w 1996 roku, zadawano sobie pytanie, czy kolejny gracz z wielkim ego nie zamiesza w szatni zespołu i nie rozbije mistrzowskiego układanki Celtics. I oto pojawił się Dennis Johnson – daleki od idealnej formy, wolniejszy niż przed laty, z bardzo niepewnym rzutem z dystansu. W Bostonie mieli jednak na niego genialny pomysł.

86

Po pierwsze zmienił pozycję na boisku. Stał się rozgrywającym, nominalnym point-guardem, z akcentem przesuniętym na bronioną część parkietu. Został jednym z pierwszych “plastrów”, stoperów mających za zadanie krycie najlepszego zawodnika gości. Danny Ainge w taki oto sposób wspominał wspólną grę z Dennisem:

Z całej drużyny to ja najwięcej mu zawdzięczałem. Po tym, jak pojawił się w zespole usypiało mi się wieczorem o wiele lepiej. Wiedziałem, że następnego dnia nie będę musiał już kryć Jordana, Toneya, Dantleya i innych super strzelców.

Do legendy przeszły zwłaszcza pojedynki Johnsona z innym Johnsonem, Magic’em. Gwiazdor Lakers wspominał po latach: “Najlepszy w historii defensor obwodowy”.

172 centymetry marzeń

DJ urodził się w 1954 roku w Compton, dobrze znanej fanom NBA czy gangsta rapu dzielnicy. Tak, znacie historię N.W.A. dlatego darujemy sobie opis tego miejsca. Dennis pochodził z wielodzietnej rodziny, miał piętnastkę rodzeństwa!!! Jego droga na szczyt ligi zawodowej była trudna, w szkole średniej mierzył 172 centymetry wzrostu, grywając ogony w lokalnej drużynie. Imał się różnych dorywczych prac, psychicznie przygotowując na to, że marzenia o NBA trzeba będzie odłożyć na półkę. Do tego wyglądał śmiesznie. Wspominał jeden z jego pierwszych trenerów:

Mały, do tego piegowaty i miał rudawe afro (…) Nie wyglądał wtedy na potencjalną gwiazdę NBA.

Wszystko zmieniło się w mgnieniu oka. Urósł kolejne 21 centymetrów, a jego chude nogi stały się nagle, cytując świadków “wyrzutniami rakietowymi”. Dennis Johnson nabrał mięśni, zmężniał. Zaczął bardzo wysoko skakać, ogrywając większych i starszych od siebie. Jego przygoda z poważnym basketem zaczęła się na ulicach Los Angeles.

Gdy miał niespełna 18 lat, podczas meczu na lokalnym boisku wypatrzył go Jim White, trener miejscowego LA Harbor College. Zachęcił chłopaka do rzucenia pracy i grze w basket na cały etat, czytaj pójścia na studia. Niewiele później Johnson prowadził swój junior college do mistrzostwa stanu.

Troublemaker

Po trzech latach w LA Harbor College przyszedł czas na poważny uniwersytet, wybrał Pepperdine, uczelnię leżącą w malowniczym Malibu. Po roku zgłosił się do draftu NBA, ale pojawiły się przeszkody. Otóż uchodził za rozrabiakę. Non stop kłócił się z trenerami, trzy razy wyrzucano go z drużyny. Trzeba Wam wiedzieć, że lata siedemdziesiąte w NBA to kryzys, problemy z narkotykami i słabe wskaźniki oglądalności. Kluby, wybierając zawodników w drafcie, patrzyły wtedy przede wszystkim na ich reputację, umiejętności stricte koszykarskie często schodziły na drugi plan. Nie potrzebowano kolejnych rozrabiaków i narkomanów.

Zaryzykować postanowili Seattle SuperSonics. Sięgnęli po DJ-a w II rundzie draftu 1976 roku pozyskując prawdziwy diament. Już w drugim sezonie Dennis Johnson stał się czołowym graczem swojego zespołu, a Sonics jedną z rewelacji ligi. Dwukrotnie dochodzili do Finałów (1978 i 1979) gdzie w obu przypadkach ich przeciwnikiem byli Washington Bullets. Pierwszym razem przegrali 3-4 po niesamowicie zaciętej serii, w której Johnson w Game 3. zaliczył aż siedem (!) bloków, co do dzisiaj jest niepobitym rekordem, jeśli chodzi o obrońców w finałach NBA. Sonics długo nie rozpamiętywali porażki. Rok później zmietli Bullets 4-1, a Johnson został MVP finałów!

Cichy lider

Po czterech udanych latach w Seattle, DJ przeszedł do Phoenix, gdzie zabawił kolejne trzy sezony. Rosła jego reputacja jako gwiazdy. Stał się pierwszą opcją ataku, powoływano go do All-Star Game, All-Defensive Teams, a raz nawet do All-NBA First Team. Ze “Słońcami” grał w playoffs, ale poza drugą rundę nigdy nie wyszli. Był sobą – świetny na boisku, trudny poza nim. Potwornie kłócił się z sztabem trenerskim więc postanowiono go wytransferować. I tak Dennis Johnson zawitał do Bostonu.

Był moim ulubionym kolegą z czasów gry w Celtics [Larry Bird]

Jednak początki, jak możecie sobie wyobrazić, nie były wcale łatwe. W zamian za Johnsona, do Arizony wysłano Ricka Robeya, czyli ulubionego kumpla Birda od piwka. Panowie uwielbiali napić się wieczorem, toteż Larry był wielce niepocieszony.

Dziś nie mówi się o tym zbyt często, ale ponowne wejście Celtics na szczyt po dwóch słabszych latach to nie tylko sprowadzenie Dennisa Johnsona, ale także oddanie Robeya. Larry zwyczajnie przestał tyle pić.

Na parkiecie Celtics szybko odzyskali dawną werwę. Bostońska prasa z tamtych lat nie miała złudzeń: “Transfer DJ-a to był majstersztyk. Najbardziej w zespole błyszczy oczywiście wielka trójka, ale to Johnson jest cichym liderem tej drużyny”. W podobnym tonie mówił po latach Danny Ainge: “To był jeden z najlepszych transferów w historii Boston Celtics”.

Pies gończy

Dennis Johnson spędził w Bostonie siedem lat, zdobywając dwa tytuły mistrzowskie (1984, 1986). Do historii przeszły zwłaszcza jego pojedynki z Magicem w finałach roku 1984. Celtowie wygrali 4-3, a DJ nie dawał ani chwili wytchnienia swojemu bardziej znanemu rywalowi. Po tamtych finałach prasa prześmiewczo nazwała Magica “Tragic Johnson”. Bird mówił o koledze z zespołu: “Był jak pies gończy”.

Rok później Lakers odgryźli się Celtom, wygrywając 4-2, ale Johnson miał znów swoje momenty, m. in. trafiając buzzer beatera równo z końcową syreną w meczu numer cztery, przy stanie 105 do 105. Łapcie:

CZYTAJ DALEJ >>

1 2

Ostatnie Wpisy

12 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Taki trochę Tony Allen v2. Mój ulubiony klub, a nie miałem pojęcia jak wiele mu zawdzięcza społeczność Celtów. Serdeczne dzięki za artykuł!

    (13)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Mega art, fajnie, że akurat o nim, czytajac Larry vs Magic całkiem niedawno zaciekawiła mnie ta postać, a teraz tu artykuł o nim

    (9)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    zdecydowanie jeden z najpiękniejszych okresów w historii NBA. najbardziej romantycznych, wtedy naprawdę od początku do końca chodziło o koszykówkę, rywalizację i pragnienie zwyciężania, w ogniu walki rodziło się piękno gry i jej wyjątkowa otoczka.

    Celtics, Lakers, Pistons, młodzi Bulls, parę zespołów z Western, Sixers – drużyny kalibru all time i chyba największa populacja niezwkłych indywidualności w dziejach NBA.

    pieniądze zaczynały się już mnożyć, ale ciągle nie były najważniejsze, to chyba jeden z ostatnich okresów w historii ligi, kiedy sport znaczył wiećej niż biznes.

    tak naprawdę, łatwo się identyfikować z NBA 70s i 80, bo miała w sobie ten rodzaj niewinności [w sensie biznesowym], co normalna koszykówka uliczna. dlatego Bird, Erving czy Magic mieli taki street cred, jakiego dziś nie ma żaden gracz w NBA, ciągle grali w kosza na ulicy, Erving bywał w Parku, wielu ludzi pamięta do dziś jak Magic przyjeżdzał sobie zagrać mecz na asfaltowym boisku. Bez ochroniarzy, jak normalny chłopak, który po pracy albo szkole zjada obiad i idzie pograć w kosza.

    NBA była blisko ludzi, gwiazdy zawodowego basketu nie straciły kontaktu z rzeczywistością, nie miały takich kontraktów reklamowych [choć Magic czy Larry reklamowali Converse’a] które właściwie zabraniały ich rozgrywania meczów ulicznych w trosce o zdrowie. dotykali świat, świaat dotykał ich, nie było muru. Dzisiaj nawet drugorzędni gracze w lidze zachowują się jak gwiazdy pop. zupełnie inna bajka.

    I na boisku było inaczej, na wiećej pozwalano, sędziowie nie przeszkadzali GRAĆ, liga nie dązyła do minimalizowania aspektu fizyczności, żeby dać kibicom “lepszy towar”, wyniki były wysokie, ale nie dlatego że było łatwiej punktować, ale dlatego ze zawodnicy naprawdę duzo umieli i nie brakowało wysokich graczy którzy podnosili skutecznośc ofensywy.

    Bird, Magic, Erving, Jabbar i wielu innych, to nie byli zwykli gracze, to były postaci kultowe. Dzisiaj nie ma ani jednego takiego zawodnika. jest wielu naprawdę świetnych graczy, ale bez otoczki, bez aury i osobowości, która by porywała tłumy. można podziwiać ich klasę sportową, motorykę, technikę, ale nie ma wokół nich tej romantycznej mgiełki, którą wytwarzał klimat tamtej NBA.

    kto weń raz wskoczył, już zawsze będzie w nim pływać.

    nie mam nic przeciw kulturze hip hopowej, ale zdecydowanie bardziej wolę NBA 70s i 80s, mniej było tatuaży, swag, i innych tego typu elementów, ale jednocześnie gracze pozbawieni tych wyrózników emanowali takim stylem i klasą, że ci wytatuowani i uswagowieni współcześni są przy nich bezbarwni i nieciekawi.

    i były wtedy konflikty. Oni się szanowali, ale nie lubili, były Rywalizacje, było udowadnianie sobie wyższości, były także ciosy, ale i autentyczne emocje. jednocześnie gracze ci wykazywali niesamowitą inteligencję boiskową, która zdecydowanie wyróznia ich w porównaniu do wspołczesnych.

    a róznili się i walczyli pięknie.
    w którejś z serii Pistons-Celtics ISiah Thomas rozpoczał awanturę, moiąc w mediach że Larry Bird nie jest wcale taki dobry, a faworyzuje go kolor skóry. Zrobiło się bardzo gorąco, bo wiadomo, ze rasizm w Ameryce jest tematem tabu. W końcu Isiaah wycofał się ze swoich słów.

    co zrobił Larry ? odpowiedział w swoim stylu “Wiedziałem od początku, że to co powiedział isiah pochodziło z jego ust, a nie z jego serca”.

    tak to było kiedyś. Gorąco na boisku, gorąco poza nim, zawodnicy oddani koszykówce którą kochali ponad życie, ostre spięcia i wspaniałe przeprosiny, męska walka i zespoły które nigdy nie odchodzą w przeszłośc, zawsze są żywe w pamięci kibiców.

    I niesamowita inspiracja, tamte mecze po p;rostu wyrzucały na boisko. Nie mozna było usiedzieć. Dzisiaj młoda widownia nie połyka bakcyla basketu oglądając współczesnych zawodnikow i zespoły. Jasne, powodów jest wiele, inne rozrywki, inny kontekst, itd., ale mimo wszystko – tamta NBA, tamci gracze, tamte mecze, rywalizacja miały niezwykłą siłę inspiracji. Larry, magic, isiah… to nie byli zawodnicy, ale przyjaciele z boiska. Byli tak bliscy, bo też mieli świra na punkcie koszykówki. To ich łączyło z kibicami, pasjonatami basketu.

    (22)
    • Array ( )

      raczej inne czasy nie zawodnicy jestem przekonany na 100%, że “tamci” zawodnicy wychowani w “tych” czasach zachowywali by się podobnie. Teraz wszyscy gloryfikują “tamte” czasy pomimo, że mało kto je pamięta, a jestem przekonany, że taki MJ, LB, a nawet wczesniej Wilt Szczudło by miał swoich hejterów. Frazier nosił by się jak Westbrook i Wade jak nie różowe gacie i t-shircie z worka od ziemniaków to garniaki za 50 tysiecy $. MJ mówił by właścielom z kim chce grać, a LBird dostawał by dachy za pyskowanie do sędziów. Juz sobie wyobrażam Wilta, który zamiast 20 tysiecy kobiet miałby ich 40 tysiecy bo zamawiałby je z wyprzedzeniem przez internet i komórkę.
      Takie czasy. Swoją drogą fajnie było by ich sobie pozamieniać.

      (12)
    • Array ( )

      @all3

      cóz, nic mi do twoich przekonań.

      tamta NBA BYŁA taka jaka była, a obecna NBA JESt jaka jest, nie da się więc jednych wcisnąć w buty drugich. Obie te rzeczywistości znacząco się od siebie róznią.

      owszem, Clyde “się nosił”, mozna go porównywac, albo – do niego, współczesnych graczy, ale porównanie to nie może unieważnić podstawowej róznicy : STYLU. samochody, kapelusze, płaszcze i sygnety Clyde’a były kwintesenncją TAMTYCH Czasów. A mnie się własnie TAMTE czasy, TAMTA moda, TAMTEN styl podobają bardziej niż obecne hip hopowe albo “westbrookowe”.

      dlatego, nie wiadomo jak byłoby dziś, nie ma też sensu zamieniać i porównywać zawodników, przekopiowywać stylistycznych ciągot.

      (3)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Podanie do Birda, które znajduje się na gifie…warto dodać, że nie był to jakiś fart spowodowany niecelnym rzutem, tylko przemyślane zagranie. Wg. mnie top 3 w historii podań NBA

    (6)

Odpowiedz na „LiuAnuluj pisanie odpowiedzi

Gwiazdy Basketu