Pascal Siakam: śladami afrykańskich mistrzów NBA

15

Pascaaaaaal, chodź do domu, jest szósta ranooooo!

Christian, siedzący na krzesełkach tuż przy linii bocznej Air Canada Centre, był śpiący i zrezygnowany. Od odgłosu piłki, non stop odbijającej się od lśniącego parkietu, pulsowały mu skronie. Pascal jakby go nie słyszał, więc chłopak tylko przymknął oczy, oparł łokcie na kolanach i spuścił głowę. Już było mu wszystko jedno. Ani spać, ani się położyć, no co tu zrobić?

Obaj bracia znajdowali się na obiekcie Raptors już od pierwszej. Ich samolot wylądował w Toronto kilka minut po północy i prosto z lotniska przyjechali na trening. To znaczy Pascal przyjechał, bo to on był zawodnikiem, ale Christian zawsze mu towarzyszył w takich eskapadach. Akurat trwała przerwa spowodowana All-Star Weekend. Dla walczącego o minuty Siakama nie miało to jednak żadnego znaczenia.

Pascal i jego matka, Victorie

Ich ojciec zmarł w 2014 i to wtedy młodszy z braci przysiągł że zostanie zawodnikiem NBA. Jedyna znana mu droga wiodła przez katorżniczy harmonogram treningów i sesji, co można by streścić w powiedzonku „Trening zrobiony, dzień zaliczony”. Dokładnie tak wyglądało jego życie na drodze do zawodowstwa.

Gdy Toronto Raptors sięgnęli w drafcie 2016 po mierzącego 206 cm kameruńskiego power forwarda, jego brat przeprowadził się razem z nim do Toronto. Byli ze sobą bardzo zżyci. W zasadzie Christian od zawsze był jedyną osobą, która potrafiła czasem odciągnąć Pascala od koszykówki. Był dla niego taką ostoją normalności. Ich relację porównałbym do nici przyjaźni łączącej swego czasu Kevina Garnetta i Malika Sealy w Timberwolves.

Malik i Kevin byli braćmi, najlepszymi przyjaciółmi. Kevin niewiele imprezował, nie wychodził, bo z miejsca wzbudzał sensację, ludzie nie dawali mu spokoju. Malik był tym, który mówił mu: walić to stary, chodźmy się zabawić!. To on wyciągnął Garnetta z cienia, nauczył go jak żyć w zgodzie ze sobą i jak czuć się komfortowo w roli supergwiazdy [Sam Mitchell]

Póki co, Pascal Siakam nie był jednak gwiazdą. Nie był jeszcze nawet pełnoprawnym zawodnikiem NBA, dlatego tej nocy o jakiejkolwiek dystrakcji nie było mowy. Trening miał się odbyć i już.

#Ksiądz lub piłkarz

Pascal Siakam przyszedł na świat w Duala, największym mieście Kamerunu, 2 kwietnia 1994. Razem z trzema braćmi i dwiema siostrami stanowił o liczebności gromadki dzieci w rodzinie Tchamo i Victorii Siakam. Jeśli na dźwięk słów „Kamerun” i „gromadka dzieci” macie skojarzenia z jakąś rozpadającą się lepianką i uwiązanym przed nią chudym cielakiem, to musicie je zrewidować. Tchabo był urzędnikiem, kimś w rodzaju wojewody, a Victoria prowadziła dobrze prosperujący biznes. Mimo dobrej sytuacji materialnej, ojciec rodziny śnił, że kiedyś jeden z jego synów dostanie się do NBA, przede wszystkim dlatego, że marzył o przyszłości jego dzieci z dala od Kamerunu. Jako przedstawiciel administracji rządowej hasło „T.I.A” znał lepiej niż ktokolwiek inny. Tego nie ogarniesz, This Is Africa.

Pascal był najniższym z rodzeństwa, więc nie zapowiadał się na wielkiego koszykarza. Zwłaszcza że od pomarańczowej piłki wolał piłkę do nogi i z wypiekami na twarzy opowiadał o wyczynach swego idola, Samuela Eto’o.

Samuel Eto’o, idol lat młodzieńczych

#Basketball Without Borders

Koniec końców, do Ameryki, by grać w NCAA, wyjechał najpierw Boris (nie chcę wyjść na rasistę, ale co to za imię dla czarnego?) do Western Kentucky. Dalej Christian (Indiana University) i James (Vanderbitt). Dla Pascala plany były inne. Ojciec umieścił go w… seminarium, gdy tylko chłopak skończył jedenasty rok życia. Stopnie miał dobre, wręcz wybitne (albo dyrektorowi nie wypada teraz mówić o nim inaczej), ale atmosfery nie znosił. Tęsknił do sportu i do kolegów. Na rok przed ukończeniem nauki stało się jednak coś, co zmieniło jego życie o 180 stopni.

Wziął udział w jednym z campów, organizowanych w ramach Basketball Without Borders. Tam miał okazję poznać Luca Mbah-A-Moute, kameruńskiego zawodnika Houston Rockets (ówcześnie Milwaukee Bucks), który był pod wrażeniem warunków fizycznych młodego. Ten mikry chłopaczek w czasie nauki w seminarium podrósł i nabrał ciała. W niczym nie przypominał już rozwrzeszczanego dzieciaka, ganiającego za piłką w koszulce Barcelony z numerem #9 na plecach.

Warunki fizyczne to było wówczas jedyne, co Pascal wnosił na boisko, bo grać jeszcze wtedy za bardzo nie potrafił. Mimo to, zrobił na tyle dobre wrażenie na organizatorach (złośliwi wspominają coś o jakiejś kopercie, wręczonej przez ludzi ojca któremuś z obozowych oficjeli), że rok później otrzymał kolejne zaproszenie na podobny event, w RPA. Tam poznał Serge’a Ibakę i Luola Denga, dwóch uznanych zawodników NBA. Ich historie zainspirowały go na tyle, że zdołał uwierzyć, że i jego sen może się ziścić. Była to w jego przypadku diametralna zmiana nastawienia, bo wcześniej rozważał nawet rezygnację z campu, od której odstąpił za namową siostry.

Na campie Pascal dawał z siebie 100%. Gdy otrzymał ofertę z Teksasu nie znał jeszcze angielskiego

W RPA jego osoba zwróciła na siebie uwagę skautów z USA, dzięki czemu otrzymał kilka propozycji. Wybrał tę z Lewisville, TX, dzięki czemu trafił z seminarium do tamtejszej God’s Academy (niedaleko pada ministrant od ołtarza).

#Nowy w klasie

Aklimatyzacja w USA nie była łatwa. Nie tylko ze względu na barierę kulturową, językową i zupełnie inną kuchnię. Tutaj wszyscy zawodnicy byli wysocy, silni, a poza tym mieli coś, czego on nie posiadał: koordynację i zręczność ćwiczoną od lat, kiedy on grał w kosza ledwo od kilkunastu miesięcy. Bez przerwy szydzono z jego mechaniki rzutowej i drewnianych łap, aż w końcu chłopak powiedział „dosyć!”. Oprócz szkolnych, rozpoczął treningi na własny rachunek, żeby zniwelować dystans dzielący go od reszty.

Ciężka praca zaczęła szybko przynosić efekty, a na Siakama zaczęło zwracać uwagę kilka uniwerków. Jeden z nich, New Mexico State, złożył mu ofertę stypendialną.

Pod względem koordynacji koszykarskiej był jeszcze dość surowy, ale motorycznie prezentował się fenomenalnie. Miał w sobie ten pazur, to coś wrodzonego, czego nie dasz rady nikogo wyuczyć. Widzieliśmy to od pierwszej minuty na boisku i nie stracił tego przez trzy lata u nas [Marvin Menzies, coach]

Początki zawsze bywają trudne. Pierwszy sezon Pascal opuścił przez oceny i kontuzję. Po latach wspomina pierwsze treningi z ekipą:

Był jeden taki zawodnik na uczelni, Tshilidzi Nephawe, czwarty rok, nie do zatrzymania. Zawsze kiedy wystawiali mnie przeciw niemu, po prostu mnie ośmieszał. Musiałem znów odzyskać to nastawienie z God’s Academy, być bardziej głodny i zdeterminowany niż reszta. Tak zrobiłem.

#Car crash

Na sezon 2014/15 przybył w życiowej formie, gotów stawić czoła wszystkim rywalom. Niestety, zdążył rozegrać ledwo jeden mecz, gdy świat zawalił mu się na głowę. Z domu spłynęła wiadomość, że ojciec zginął w wypadku samochodowym. Pascal rzucił wszystko, by lecieć do Kamerunu na pogrzeb, jednak realizacja tego planu nie była tak oczywista, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Przez sprawy wizowe, powrót do USA po pogrzebie byłby dla niego niemożliwy, toteż bracia i siostry przekonali go, by nie ruszał się z miejsca i pozostał na uczelni.

Myślę, że on [ojciec] by tego chciał. W środku czułem ogromny żal, ale postanowiłem przekuć go w coś dobrego, w sportową złość, dla uczczenia jego pamięci.

„Szczęśliwym” zrządzeniem losu, jeden z zawodników na pozycji Pascala doznał kontuzji, skutkiem czego Siakam mógł liczyć na więcej minut niż się początkowo spodziewał. Dało mu to blisko 58% skuteczności, 13 ppg, 8 rpg i 2 bpg w 31 minut na boisku i tytuł Freshmana Roku w Western Athletic Conference.

Kolejny rok był jeszcze bardziej spektakularny: 55% z gry 20.3 punktów 11.6 zbiórek 2.2 bloków.

Największy progres w tak krótkim czasie, jaki widziałem. W zasadzie nie spotyka się takich przemian na tym etapie rozwoju zawodnika [Marvin Menzies]

Został graczem roku WAC, ale ważniejsze było to, że na poważnie zaczęto mówić o jego przyszłości w NBA. W tamtym roku zmieniły się również reguły i możliwe było wpisanie się na listę przystępujących do draftu i usunięcie z niej swojego nazwiska do 10 dni po Draft Combine. Dzięki takiej możliwości, Siakam zdecydował, że spróbuje sił na kilku zgrupowaniach, odbędzie treningi z różnymi zespołami i rozezna się w sytuacji, czy ma szanse, czy nie. Na treningach wypadał średnio, bez rewelacji. Z jednego, z Toronto Raptors, wyszedł wkurzony na maksa, bo pykał tylko scrimmage z jakąś bandą no-name’ów, podczas gdy inne prospekty, jak Skal Labbisiere czy Jacob Poeltl, odbywali prywatne treningi.

#To dla ciebie Tato

Mimo niezbyt pomyślnego Draft Combine, Siakam zdecydował się przystąpić do draftu. Ceremonię oglądał w restauracji w Orlando, dla których odbył ostatnią sesję. Nikt nie wiedział, gdzie finalnie padnie głos na niego: w pierwszej, drugiej, czy może w ogóle? Gdy jednak Adam Silver otworzył kopertę Philadelphii z nazwiskiem Furkan Korkmaz, agent Pascala zaczął nerwowo gestykulować w stronę jego braci. Nadszedł czas… z numerem 27. sięgnęli po niego Toronto Raptors, oczko niżej, do Phoenix na jedną noc trafił Skal.

#October 2016

Pascal został pierwszym rookie Raptors od czasów Valanciunasa w 2012, który wyszedł w debiucie jako starter. Utrzymał te rolę przez 34 spotkania, a gdy ją utracił, strasznie ambicjonalnie to odebrał. W dalszej części sezonu przypisano go do Raptors 905 w G-League. Na szczęście miał w sobie tyle pokory i oleju w głowie, żeby potraktować to jako szansę, bo były to minuty, których nie dostałby w NBA, a doświadczenie zbierał bezcenne. Udało mu się poprowadzić Raptors 905 do tytułu G-League,w ostatnim spotkaniu zdobywając 23 punkty i 9 zbiórek.

#New year, new me

W przerwie między sezonami trenował z najlepszymi, między innymi z samym Russellem Westbrookiem. Jego celem była poprawa skuteczności na dystansie. W pierwszym sezonie w NBA oddał 7 rzutów zza łuku. W wakacje oddawał 1000 dziennie. Sezon rozpoczął na ławce, ale gdy kontuzji nabawił się Litwin, Siakam zwietrzył swoją szansę. W debiucie, jako starter, przeciw Warriors, zaliczył 20 punktów i od tamtej pory nie grał już mniej niż 12 minut/mecz.

W porównaniu do pierwszego sezonu, trójkę poprawił że hej! Aż 132 próby zaliczył w drugim sezonie i choć skuteczność 22% nie poraża, to trzeba zaznaczyć, że w ostatnich 20 meczach sezonu, skuteczność zawodnika wynosiła już 41%. Trust the process, powiedzieliby w Philadelphii.

Zalety Siakama chwalili zarówno Lowry, jak i zwolniony niedawno coach Casey:

Nasza ławka to prawdziwa siła i on to wszystko skleja. Pomaga nam bardziej niż się wydaje.

Jego 9.1 net rating, to trzeci wynik Raptors i Top-20 całej NBA. Teraz, po wyeliminowaniu przez Cavaliers, Siakam wrócił do swej rutyny, treningów wakacyjnych. Co przyniesie nowy sezon? Też chcielibyśmy wiedzieć. Póki co, pewne jest jedno, że po wakacjach znów wybiegnie na boisko w jerseyu z numerem 43. Czwórka oznacza trzech braci i ojca, trójka dedykowana jest dwóm siostrom i matce.

[BLC]

W imieniu kolegów Koszykarzy zapraszamy do Sklepu. Promocja jest do -30%

http:/SK-may-30

Ostatnie Wpisy

15 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Off-topic. Zauważył ktoś dysporporcję pomiędzy komentarzami dotyczącymi artykułów związanych z meczami Cavs, a innych drużyn? Jeśli w naszej tutejszej, małej społeczności tak bardzo rzuca się to w oczy to możemy się domyślać jaką różnicę robi dla ligi i zasięgu medialnego za oceanem występ w finałach LBJ, a dowolnie innej wybranej drużyny. Pozdro!
    PS Oczywiście propsy za art BLC!

    (58)
    • Array ( )

      Dlatego tyle o nim piszą… Nawet jak Cavs nie gra dobrze wrzucić fotę LeBrona na główną i wspomnieć o nim w arcie mimo, że nie ma z nim nic wspólnego.
      LBJ = pieniądze.

      (2)
    • Array ( )

      Brawo Ten Pan! Obecność LBJ w finałach to takie papu dla Dana Gilberta, że kasa dla ziomków Króla to fistaszki. Zrozumcie, hejterzy że dzisiejsza sytuacja kadrową Cavs jest produktem merkantylnego biznesu a nie widzimisię LBJ. Gilbert na finałach zarabia tyle że nie boli to nawet podatek. LBJ chwała biznesową za lewą w sprawie ziomków. Pała że lewara nie wykorzystał do budowy zbilansoeanej drużyny na miarę Celtics. Ale wróć- moze to jest plan? Porażka rozgrzeszenie dla The Decision 2.0? 99% to kalkulacja i biznes a 1% to sport i emocje.

      (-5)
    • Array ( )

      A czy twój wpis bracie odnosi się do treści arykułu czy jednak do Cavs? To komu podbijasz komentarz, Pascalowi, czy Jamesowi? Nie jest to dziwne że komentarzy mniej. Interesuję się ligą ale tego pana znałem do tej pory tylko z nazwiska z grubsza. Co mam o nim napisać? Być może dzięki temu zwrócę na niego uwagę. BLC wiecej takich artów.

      (5)
    • Array ( )

      W naszej małej społeczności masa komentarzy była a propos C’s. Wiele z tych nt Cavs było też krytycznych.

      (-1)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Ciekawy artykuł. Czy będzie zapowiedzią kolejnego rezerwowego roku? Zobaczymy w przyszłym sezonie.
    A jak tam sezon naszych reprezentantów na półwyspie Iberyjskim?

    (4)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Sikam, van flet, gość dla którego zabrakło spodek w normalnym rozmiarze i sfrustrowany grubasek. Oto mistrzowie konferencji:D

    (-14)
  4. Array ( )
    Notinmyhouse56 17 Maj, 2018 at 15:22
    Odpowiedz

    Super art. Szkoda trochę tego smutnego zakończenia sezonu Toronto, oby zatrudnili dobrego trenera i powalczyli za rok…

    (11)
    • Array ( )

      Trenera mieli super, tylko ich allstarzy nie potrafią grać pod presją, lowry jeszcze coś grał, ale nr depresja dno

      (10)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Jeden z moich ulubionych zawodników. Myślę że w przyszłym roku będzie dużo lepszy. A tak nawiasem śmiesznie brzmi że trenował z RW a celem była skuteczność xd

    (17)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Panowie, jakby zebrać wszystkie podobne artykuły to by całkiem fajna książka wyszła co? pozdr

    (5)