fbpx

Converse x Space Jam oraz recenzja sequela kultowego filmu

31

Everybody get up it’s time to slam now! Legendarna ekipa Space Jam wraca na ekrany kin a na rynek wchodzi kolekcja Converse x Space Jam. Ćwierć wieku od premiery Space Jam marka przywołuje nostalgię lat dziewięćdziesiątych prezentując kolekcję pełną koszykarskich klasyków – Chuck 70, Pro Leather i Chuck Taylor All Star.

Zanim przejdę do recenzji sequela, jaka jest kolekcja

Converse x Space Jam

Płócienna cholewka, grafiki inspirowane postaciami oraz charakterystyczne logo Tune Squad na języku dodają kolekcji kreskówkowego charakteru. Oprócz kicksów mamy tu bluzy w modnych, obszernych krojach oraz koszulki z wizerunkami bohaterów. Kolorowe energetyczne grafiki nawiązują klimatem do lat dziewięćdziesiątych. Tylko jest zdecydowanie bardziej wygodnie. Wszystko za sprawą wkładki OrthoLite, która zapewni komfort dla stopy na cały dzień, a lekka podeszwa środkowa amortyzuje uderzenia przy lądowaniu.

Kolekcja Converse x Space Jam wchodzi do sklepów 16 lipca. Do nabycia drogą kupna zarówno w sklepach Converse, na www.Converse.pl jak i salonach partnerskich. Polecamy. A teraz obiecana recenzja.

Space Jam 2: A new legacy

A więc wczoraj wybrałem się na przedpremierę Space Jam 2: A New Legacy

Pierwszą część z Michaelem Jordanem też oglądałem w kinie mając piętnaście lat. Dziś mam trzydzieści dziewięć i stwierdzam, że pewne rzeczy uległy zmianie.

Jeśli macie możliwość, wybierzcie koniecznie wersję bez dubbingu. Po pierwsze część smaczków zostaje utracona w tłumaczeniu (lost in translation – cudowny oniryczny film z Billem Murrayem, do którego trzeba dojrzeć, polecam) po drugie słuchać lektora “rzeźbiącego głosem” ekranową postać LeBrona Jamesa (dodającego mu wyrazu, generalnie charakteru) to przy ograniczonym talencie aktorskim LBJ-a doznanie kuriozalne, do którego trzeba się przyzwyczaić zwłaszcza jeśli jesteś fanem NBA i obserwujesz Jamesa od dwóch dekad, jak ja.

Film może nie mieć scenariusza (algorytm z serwerwersum w osobie Don Cheadle’a chce przejąć kontrolę nad światem) ale wizualnie jest bogato. Oczy skaczą od feerii zmieniających się dynamicznie obrazów. Oglądamy film familijny, klasyczną kreskówkę, nowoczesną grafikę komputerową, efekty specjalne z ogromem nawiązań do popkultury, wszystko w jednym.

King Kong zbija na trybunach piątki z Maską (wiecie, ten zielony charakter w który w latach dziewięćdziesiątych wcielił się Jim Carrey) pies Scobby Doo spotyka postaci z Gry o Tron, Miś Yogi tańczy z Flinstonami, a w tle mamy bohaterów z Mechanicznej Pomarańczy. Innymi słowy, głowa mała.

Run and gun

Akcja jest naszkicowana tak, żeby co pięć sekund następował zwrot, aby młodych ludzi z deficytami koncentracji, których attention span wynosi jak u chomika 5-6 sekund nie kusiło by oderwać wzrok od ekranu.

W kinie większość to dzieciaki, często chodzę z Olkiem do kina i bywa że gówniarze rzucają się z nudów popcornem. Tym razem nic takiego nie było – tempo jak w Washington Wizards albo u Jamesa, ale Bonda.

Intro słabe jak nogi po intensywnym seksie. James przedstawiony na wzór MJ-a począwszy od zdjęć z dzieciństwa aż po sukcesy w NBA, ale zamiast kozackiej, dynamicznej nuty leci jakiś gówno rap nie budujący żadnego napięcia. Akcent położono na stronę wizualną, najlepsze akcje LeBrona wzbogacone są efektami komputerowymi. Ci z Was, który widzieli oryginał i pamiętają ciarki gdy lecieć zaczynało “everybody get up it’s time to slam now…” będą zawiedzeni. Młodzi są z kolei zbyt młodzi i zbyt rozproszeni by wczuć się w klimat czy historię życia LeBrona.

Aha, wychodzi mi na to, że James faktycznie śpi w szlafmycy. To znaczy tej czarnej rajstopie na głowę. Wiedzieliście o tym? Szok!

No i niestety, przepraszam fanów Damiana Lillarda, który wcielił się w jedną z postaci. Dame niczego już w karierze nie wygra, bardzo wymownie załatwiła go ta babcia od kota Sylwestra i ptaszka Tweety.

Dobra, nie zdradzam więcej, bo się dystrybutorzy kinowi dosadzą.

Powiem tylko, że w kluczowej akcji James niestety robi kroki, a na ekranie faktycznie pojawia Michael Jordan!

Główne przesłanie filmu: “nie zapomnij być sobą”.

Dobrego dnia. bartek

Ostatnie Wpisy

31 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Też lubię “Lost in Translation” i chyba dopiero niedawno dojrzałem do tego filmu (odświeżyłem niedawno mając 32 lata)

    (11)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Kryzys wieku średniego podgryza? Ostatnio zupełnie niepotrzebne pseudoseksualne nawiązania o członkach, waginach i nogach zmęczonych seksem… Po co?

    (21)
    • Array ( [0] => administrator )

      nie każdy jest takim ogierem jak Ty i musi sobie czasem dodać słowem 🙂

      (11)
    • Array ( )

      Oho, ktoś tu nie znosi dobrze krytyki. Po prostu chciałbym żeby zostało parę miejsc w necie nieobciążonych kupą. A ciśnięcie w ostatnio każdym artykule żartem z portek po prostu mnie razi.

      (17)
    • Array ( )

      Admin pokaż, gdzie on powiedział o sobie, że jest ogierem i dodawał sobie.

      (5)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Chyba drugie części nigdy nie przebiją pierwszych. Konwencja znana z części pierwszych naturalnie pozbawia efektu zaskoczenia

    (7)
    • Array ( )

      Dokładnie, dwójki w 98% są gorsze. Terminator I miał kiepski budżet, ale fabuła była równie dobra, o ile nie lepsza, niż w II.
      Shreki I i II trzymały super równy, wysoki poziom. Dopiero III i IV były słabe.

      (3)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Musiałem sprawdzić w słowniku co to znaczy oniryczny bo “Lost in Translation” to mój absolutny top3 i nie wiedziałem że jest oniryczny : “GWBA bawiąc – uczy” – polecam na slogan reklamowy. Ja się tego filmu po prostu boję, bo jedynka z racji mojego ówczesnego wieku i oskarowej roli Stana Podolaka jest dla mnie kultowa – boję się, że James jak to z tą jego blaze pizzą – nie dowiezie.

    (7)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    “Nie zapomnij być sobą” – motto filmu, który jest podróbką kultowego filmu, z kultowych lat 90-tych. Wtedy głównym bohaterem był autentycznie kultowy zawodnik. Teraz jego podróbka. Żeby nie było, LBJ jest pewnie lepszym koszykarzem, być może lepszym aktorem, na pewno lepszym człowiekiem niż MJ. Ale nigdy nie będzie taką legendą jaką był Mike.

    (-1)
    • Array ( )

      Nie jest ani lepszym koszykarzem ani aktorem o legendzie to nawet nie wspominam szczególnie popis z całą fo heat no one,no to,no terenie,no fourth,no five,no się, no seven koniec i kropka

      (7)
    • Array ( )

      Przecież to jest sequel a nie podróbka… chyba że dla ciebie każdy sequel filmu to podróbka, to w takim razie w kinach hula teraz 9 już podróbka Szybkich i Wściekłych…

      Nie wiesz czy będzie czy nie będzie legendą jak Mike – teleportuj się 20-30 lat do przodu i nam zdaj relacje…

      (1)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    No jestem ciekawy co miałeś na myśli pisząc “gówno rap”, nie sądzę żebyś był obiektywny nie wiedząc nawet, że raper z którym buja się James Harden to Lil Baby- jeden z najlepszych obecnego pokolenia.

    (-26)
    • Array ( )

      Przesłuchalem jego kawałki i jeśli on jest jednym z najlepszych aktualnie to chrzanie to i idę słuchać 2Paca.

      (31)
    • Array ( )

      Wielki raper o ksywie Lil Baby xDDD Gangsterzy z przełomu lat 80./90. się w grobie przewracają

      (13)
    • Array ( )

      Rap ogólnie jest g*wniany, ale tego pełno w USiA. Admin ma rację.
      Chociaż lepsze by to było niż polskie disco polo, muzyka dla debili. Kiedyś się przynajmniej wstydzili wchodzic na salony. Dzisiaj tym szambem zalewają cały kraj.

      (4)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Bajka ujdzie, ale fakt, jedyne prawdziwe emocje, dreszczyk, poczułem, jak sami wiecie kto miał dołączyć do drużyny 😀 nie wiem, czy to z powodu mojego wieku (też miałem okazję być w kinie na pierwszej części) , ale sam lbj już takich emocji nie wzbudza u mnie.

    (7)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    Film jest beznadziejnie słaby. Mój 4letni syn bardzo lubi oglądać pierwszą część Space Jam (obejrzeliśmy wspólnie kilka razy + ja sam w przeszłości chyba z 10 x ;d). Poszliśmy do kina, i synek w połowie seansu pytał kiedy idziemy do domu. Zostaliśmy z nadzieją, że będzie lepiej, cóż – nie było. Dubbing jest wyjątkowo paskudny. Scenariusz taki, że LeBron wyszedł troszkę na głupka – motyw przewodni – daj synowi swobodę do rozwoju przy jego własnych zainteresowaniach (filmowy lebron tego nie wiedział) + daj swobodę swoim ziomkom z drużyny. No ale ok, jest to bajka dla dzieci. Jednak trzeba zauważyć że Lebron wypadł (w mojej ocenie) dużo gorzej niż MJ, zarówno aktorsko , jak i jako postać w scenariuszu. Koszykówki jest w sumie mało. Muzyka nie porywa (a już na pewno nie w porównaniu do kultowego soundtracka z pierwszej części). Eh dużo by pisać, wg mnie film nie ma żadnej mocnej strony. Nawet looney tunes nie są zabawne. Nie dziwi mnie zatem wcale ocena na IMBd = 4,2/10. Dałbym 4/10. Strata czasu. Oczywiście biorę poprawkę na to, że mam 30+lat, ale ten film się nie broni.

    (2)

Komentuj

Gwiazdy Basketu