Koszykarskie Mistrzostwa Europy: Wrocław 1963

11

Mistrzostwa Europy we Wrocławiu. Wielka impreza, na którą zjechały się najlepsze drużyny Starego Kontynentu. Mało brakowało, a turniej by się nie odbył. Latem 1963 roku Wrocław był miastem zamkniętym. Nie z powodu przesadnej troski o bezpieczeństwo. Z powodu ospy. Epidemia opanowała miasto za sprawą podpułkownika służb specjalnych, który wrócił z kontroli placówek dyplomatycznych w Indii. Wystarczył “pacjent zero”, żeby wirus rozprzestrzenił się na dobre…

Koniec końców turniej się odbył. Wola polityczna była ważniejsza. FIBA “klepnęła” decyzję Polski i mistrzostwa obyły się zgodnie z planem. W turnieju były 2 grupy:

  • Grupa A: Belgia, Bułgaria, Izrael, Włochy, Jugosławia, Holandia, Turcja, Węgry
  • Grupa B: NRD, Finlandia, Francja, Polska, Rumunia, ZSRR, Hiszpania, Czechosłowacja

W poniższym tekście skupię się na Biało Czerwonych i ich rywalach. Mam nadzieję, że artykuł Wam się spodoba.

POLSKA vs HISZPANIA

Polacy nie zaczęli najlepiej. W pierwszym meczu stanęli naprzeciw reprezentacji Hiszpanii. Wynik? 79:76 dla Polaków. Z dzisiejszej perspektywy wynik marzenie, wówczas powód do niezadowolenia, a nawet gwizdów w Hali Ludowej. Obecna reprezentacja Hiszpanii ma się nijak do tej sprzed pół wieku. Wówczas kadra z Półwyspu Iberyjskiego była europejskim średniakiem, a w meczu z Polakami przegrywali do przerwy 25:44!

“Od 23 do 3 punktów w zwycięskim meczu z Hiszpanią” – tak swą relację z meczu tytułował Przegląd Sportowy. Te wszystkie fakty rzucają nieco cień na inauguracyjny mecz Polaków. Mimo to trener Zagórski był zadowolony.

Prowadziliśmy wysoko, więc mówię sobie: jest szansa wszystkich wpuścić na boisko. Nie wiadomo, co będzie dalej w turnieju, czy będzie jeszcze taka sposobność. W tym pierwszym meczu zagrali niemal wszyscy, potem już niektórym nie było to dane. To dlatego Hiszpania dostała wiatru w żagle, zaczęła szaleć.

Po meczu pojawiło się pewne rozczarowanie, że myśmy rywali nie dobili. Robiono mi wyrzuty, że zmieniałem i tak dalej . Jak nie zmieniam, to wszyscy mają pretensję, że nie wpuszczam nowych. Jak daję im szansę, to też niedobrze. Stały element w pracy szkoleniowca, do którego trzeba się przyzwyczaić [Witold Zagórski]

Fakt jest taki, Polacy zaczęli turniej od zwycięstwa. Pierwszy krok został poczyniony. Polaków do zwycięstwa pociągnęło trio Bogdan Likszo (18 punków) Mieczysław Łopatka (15 punktów) i Janusz Wichowski (15 punktów). U pokonanych najwięcej zdobyli Francisco Buscato i Lolo Sanchez.

Pierwsza piątka z meczu z Hiszpanią, od lewej Janusz Wichowski, Mieczysław Łopatka, Stanisław
Olejniczak, Andrzej Pstrokoński, Zbigniew Dregier, Fotograf T. Prażmowski/MSiT/FORUM

POLSKA vs ZSRR

Zwycięstwo z Hiszpanami było tym cenniejsze, gdyż w następnej kolejce Polaków czekało starcie z niedźwiedziem zza wschodniej granicy. Związek Sowiecki. Z tą potęgą na świecie mogli rywalizować nieliczni. Kadra ZSRR to była elita, do której trafiali najlepsi koszykarze, z największego kraju na świecie. 21-krotni uczestnicy mistrzostw Europy, z których za każdym razem przywozili medal. 14 razy złoto, w tym na pierwszym europejskim czempionacie, w 1947 roku w Czechosłowacji. W pierwszym meczu Sowieci wygrali 75:53 z Finami. Ten mecz wygrali zespołowością, najlepszy strzelec miał 10 punktów. Starcie z Sowietami było bardzo ciężkim spotkaniem. Różnica klas była duża. Mimo to Polacy zagrali świetny, wyrównany mecz.

Jestem szczególnie uradowany, że nasi chłopcy potrafili grać szybko i że tak wyrównana walka była rezultatem błyskawicznych kontrataków. I jeszcze jedno: nie wiem, czy panowie zauważyliście, że Polacy walczyli bez żadnego kompleksu niższości. A to w meczu z takim przeciwnikiem jest bardzo trudne [Władysław Maleszewski]

Maleszewski w młodości świetny koszykarz, znakomicie odnajdujący się zwłaszcza w obronie. Następnie trener m.in. Polonii Warszawa. Tam jednym z jego podopiecznych był trener Zagórski, dla którego Maleszewski był wzorem i autorytetem. W 1955 roku reprezentacja Polski, pod wodzą Maleszewskiego i z Zagórskim w składzie, odniosła duży sukces zajmując piąte miejsce na europejskim czempionacie w Budapeszcie i tym samym przełamała marazm powojennych lat polskiej koszykówki. Ciekawostką z tamtych mistrzostw jest zakład trenera Maleszewskiego ze swoimi podopiecznymi. W przypadku zajęcia miejsca w pierwszej szóstce, trener miał okrążyć bieżnię stadionu. Tyłem. Na czworaka. Trener, człowiek słowny, zakładu dotrzymał. Zawodnicy potraktowali swojego szkoleniowca ulgowo, gdyż według pierwszych ustaleń jego trasa miała prowadzić od stadionu do hotelu. W kadrze Zagórskiego Maleszewski był kierownikiem technicznym.

Kadra z mistrzostw Europy z 1955

Starcie z Związkiem Sowieckim zaczęło się dla Polaków źle, od straty 6:21. Mecz zapowiadał się na wysoką porażkę, wtedy jednak trener Zagórski wpuścił na plan zmienników, którzy odmienili grę Polaków. Szybka i nieustraszona gra biało czerwonych dała efekt. Mimo świetnej defensywy Sowietów, podpartej przewagą fizyczną i łotewskim olbrzymem Jānis Krūmiņšem (218 cm wzrostu, dla porównania żaden z Polaków nie miał więcej niż 2 metry), Polacy w końcówce meczu doszli na 8 punktów. Niestety, na więcej nie starczyło sił. Końcowy wynik 64:54. Wśród Polaków najwięcej punktów zdobył niezawodny Wichowski (17 punktów) u zwycięzców nie do zatrzymania byli Aleksander Piertrow (22 punkty) i Juris Kalniņš (20 punktów).

Myślę, że końcowy rezultat jest wiernym odzwierciedleniem poziomów obydwu zespołów. Koszykarze radzieccy są lepsi od nas właśnie o te 10 punktów. Poszliśmy naprzód i warto chyba jeszcze trochę popracować, aby tę różnicę zniwelować całkowicie. Ale znajdujemy się na właściwej drodze rozwoju. Ostatni raz Polakom udało się uzyskać tak korzystną różnicę chyba w 1956 roku, kiedy koszykarze ZSRR dopiero formowali tak silny zespół, jaki mają obecnie. [Władysław Maleszewski]

POLSKA vs RUMUNIA

W trzecim meczu przeciwnikami Polaków byli Rumuni. Dla znających obecne realia europejskiej koszykówki sama obecność Rumunów może być zaskoczeniem. Wszak nie może to dziwić, gdyż w 2017 roku drużyna wróciła do finałów europejskiego czempionatu. Przygoda skończyła się 5 porażkami w 5 meczach i szybkim powrotem do domu. Ówczesna kadra Rumunii była zdecydowanie silniejsza, mimo to postrzegana była jako europejski średniak, który nie powinien być trudną przeprawą dla Polaków. Jednak jak wiemy, na turniejach mistrzowskich nie ma słabych drużyn i łatwych meczów.

Początkowe prowadzenie Polaków było sukcesywnie niwelowane. Od stanu 16:16 to Rumuni dyktowali warunki gry. Mówiąc kolokwialnie, im po prostu bardziej się chciało. W szczytowym momencie prowadzili 34:26, koniec końców Polacy zniwelowali stratę przed przerwą do 4 punktów.

Nasi grali śpiąco, brak było dokładności w defensywie, w nagraniach piłki na obrotowego Łopatkę, brak rzutu z półdystansu, a w ogóle strzały na kosz nawet z najbliższych odległości nie wychodziły [Przegląd Sportowy]

Niezadowoleni kibice dawali upust swoim emocjom. Dzień wcześniej nasi walczyli jak lwy z niedźwiedziem zza wschodu. Teraz dostawali lekcje kosza od krajanów Draculi. Taka postawa mogła irytować polskich fanów. Jak każdy wie, apetyt rośnie w miarę jedzenia, a po dobrym meczu z ZSRR nadzieje kibiców mogły być rozpalone. Rumuni mieli jednak za nic ambicje polskich koszykarzy i kibiców. Akcja za akcją. Kosz za koszem. Budowali swoją przewagę, dodatkowo sprytną defensywą rozbijali ofensywne zagrania Polaków. Trzeba przyznać, ten mecz nie wyglądał dobrze. W kulminacyjnym momencie Rumuni prowadzili 40:30. Światełkiem w tunelu była gra naszego rozgrywającego Zbigniewa Drygiera.

Bo on był robotnik, rozgrywający. Bardzo dobrze krył, wyłapywał piłki, najczęściej podawał komuś na dobrą pozycję. Sam stosunkowo mało rzucał do kosza, robił po 10–12 punktów, ale głównie koncentrował się na prowadzeniu drużyny, dyscyplinie na boisku i na tym, żeby dobrze podać. Mnie to pasowało. [Witold Zagórski]

Drygier, uznany później za najlepiej wyszkolonego technicznie gracza, dawał impuls do walki. Niestety, osiem minut po przerwie musiał zejść z powodu pięciu fauli. Wtedy do “akcji” wkroczył Ludwik Miętta-Mikołajewicz, spiker Hali Ludowej we Wrocławiu. Z perspektywy czasu zachowanie pana Ludwika można uznać za mocno stronnicze. Fakt, iż oficjalnie delegowany do funkcji spikera człowiek, wykazuje się daleko idącą stronniczością może budzić kontrowersje. Ba, już w 1963 roku, po meczu działacze FIBA, pod wpływem wyraźnych protestów Rumunów, upomnieli pana Ludwika. Jednak jego wpływu na poprawę gry Polaków nie można było cofnąć.

Minimalne zwycięstwo z Rumunią możemy zawdzięczać Miętcie. Tak to bywa, że gdy drużynie idzie, publiczność dopinguje, a jak nie idzie, to zaczyna gwizdać. On bardzo uspokoił widownię, zwrócił uwagę, żeby nie była przeciwko nam, nie wygwizdywała każdej akcji [Witold Zagórski]

Nie pamiętam dokładnie słów, jakich wówczas użyłem. Mówiłem, że to jest polska drużyna, bądźmy z nią razem, starajmy się ją dopingować, a nie utrudniać grę gwizdami i negatywnym odnoszeniem się do jej postawy. I muszę powiedzieć, że to chwyciło, publiczność mnie posłuchała i zaczęła bardzo żywiołowo dopingować naszą drużynę. [Ludwik Miętta-Mikołajewicz]

Oczywiście, atmosfera atmosferą, ale wynik mogli odrobić tylko koszykarze i tak też się stało. Szarżę na Rumunów przeprowadził Bohdan Likszo, autor 17 punktów (najwięcej wśród biało-czerwonych). Wszystkie w drugiej połowie. To właśnie polski środkowy, po dwóch celnych rzutach, wyprowadził Polaków w końcówce meczu na prowadzenie 64:58. Do końca pozostało 40 sekund. Polacy nie mogli tego już przegrać. Ostateczny wynik 64:60. Najwięcej punktów dla Polaków rzucił wspomniany Likszo, wśród Rumunów najlepszy był Marian Spiridon autor 12 punktów.

Trzeba przyznać, że Rumuni wznieśli się chyba na wyżyny swych możliwości, a Polacy… W ogólnym przekroju na pewno zagrali o wiele słabiej, niż można się było spodziewać. Niemniej jednak trzeba naszych koszykarzy pochwalić na bojowość w drugiej połowie, wykazanie dojrzałości taktycznej oraz za doskonałą odporność psychiczną [Przegląd Sportowy]

POLSKA vs FRANCJA

Trójkolorowi obecnie są jedną silniejszych ekip na starym kontynencie. Plejada świetnych graczy, wśród których prym wiodą zawodnicy z NBA i Euroligi. Przeszło pół wieku temu sprawy miały się zgoła inaczej. Francuzi byli europejskimi średniakami, którzy plasowali się na kolejnych mistrzostwach w środku stawki. W tle jeszcze tliły się medale niedawnych mistrzostw, jak choćby brąz z 1959 roku. Jak się miało później okazać czempionat w Polsce miał być początkiem chudych lat francuskiej koszykówki, które trwały do aż do XXI wieku i nadejścia świetnej generacji koszykarzy, na czele z Tony Parkerem.

Janusz Wichowski niedoszła gwiazda NBA

Mecz z Polakami był szansą na przełamanie dla Francuzów, jednakże biało czerwoni, świeżo po ciężkim boju z Rumunią, nie mieli zamiaru komplikować swojej pozycji. Mimo zdecydowanego nastawienia na zwycięstwo, początek nie był do końca udany dla Polaków. Dobra obrona Francuzów utrudniała grę Polaków, którzy jednak mogli liczyć na świetną grę Janusza Wichowskiego. Możemy tylko domniemywać jak wyglądałaby kariera Wichowskiego, gdyby ówcześni sportowcy mieli takie możliwości jak obecni. Mówimy o człowieku, który potrafił rzucić 36 punktów Barcelonie w zwycięskim ćwierćfinale Pucharu Europy, czy 31 punktów w wygranym meczu z Realem. Pierwszy mecz, rozgrywany w Warszawie, Legia z Wichowskim w składzie wygrała, niestety rewanż w Madrycie przegrali zdecydowanie, 71:100. Wichowski w drugim meczu rzucił 26 punktów. Gdyby nie “Zimna Wojna” Polak mógłby być gwiazdą światowej koszykówki, z szansami na wielką karierę w NBA.

Wracając do meczu z Francją, świetna gra Wichowskiego nie wystarczała do odskoczenia od Francuzów. Dopiero zmiany i wprowadzenie innej gwiazdy polskiej koszykówki, Mieczysława Łopatki, sprawiło, że Francuzi nie wytrzymali tempa Polaków. Świetna, ofensywna gra, podparta twardą obroną, powiększała z minuty na minutę prowadzenie Polaków, którzy prawdopodobnie dobili by 100 punktów. Jednak trener Zagórski słusznie zaczął rotować składem, chcąc dać odpocząć swoim najważniejszym zawodnikom.

Z ciekawostek z tamtego meczu można wspomnieć o dwóch zawodnikach kadry Francji. Jean-Claude Lefebvre, olbrzym mierzący 218 centymetrów, był jednym ze słabszych punktów kadry trójkolorowych. Wnioskując po jego grze, w której raz po raz był ogrywany przez niższych i szybszych zawodników, można domniemywać, że jedynie wzrost, a nie czynniki sportowe były powodem jego obecności w kadrze znad Sekwany. Drugą ciekawostką była obecność Jean-Claude Bonato, 17-letniego wówczas centra reprezentacji Francji. Bonato w meczu z Polakami rzucił jeden punkt. 37 lat później jego syn, Yann Bonato, zdobył z kadrą Les Bleus srebro olimpiady w Sydney.

Polacy mecz z Francją wygrali 98:65. Najwięcej punktów rzucili Mieczysław Łopatka (26) i Janusz Wichowski (24). Wśród Francuzów najwięcej oczek zdobył Michel Rat (12).

POLSKA vs FINLANDIA

Grają twardo, nieustępliwie. Mają opracowane zagrania taktyczne, celny rzut z półdystansu po wyjściach na pozycje z zasłon. Trzej prawie dwumetrowi obrotowi(centrzy) — bracia Liimo i Manninen — dysponują bardzo trudnym do zastopowania rzutem, tzw. hakiem. Strzelają też pewnie z półdystansu [Przegląd Sportowy]

Finowie przystępowali do meczu z Polakami mając bilans 1:3. Jak łatwo się domyśleć, faworyt był jeden. Grający u siebie biało czerwoni chcieli dać pokaz zdecydowanej i dobrej gry na tle rywali z północy. Jednakże, jak już wcześniej wspomniałem, na takich turniejach nie ma łatwych meczów. Finowie, od początku kryjący w obronie naprzemiennie strefą i kryciem indywidualnym, utrudniali grę Polakom. Dodatkowo nasi reprezentanci, być może lekko rozleniwieni wysokim zwycięstwem z Francją, grali bardzo niepewnie oddając sporo niecelnych rzutów. Czy to znaczy, że Finowie przeważali? Bynajmniej. Po prostu Polacy raz po raz budowali swoją przewagę, by po chwili ją tracić i prowadzić ledwie jednym posiadaniem.

Nie pomagały również zmiany, wprowadzony do boju Łopatka nie dawał jakości, jakiej spodziewał się trener Zagórski. Efektem czego było jedynie dwupunktowe prowadzenie do przerwy. Wynik po pierwszej połowie brzmiał 32:30. W drugiej połowie Polacy nadal mieli problemy z trafianiem do kosza, jednocześnie gra w obronie uległa poprawie. Finowie nie mogli liczyć już na niefrasobliwość Polaków i łatwe punkty. Uszczelnienie obrony pomogło budować przewagę Polaków, która konsekwentnie rosła, punkt po punkcie. W szczytowym momencie biało czerwoni prowadzili 17 punktami, ostatecznie wygrywając 68:54. To właśnie gra obronna była kluczem do zwycięstwa z Finami. Zatrzymując Finów na 54 punktach Polacy osiągnęli swój najlepszy wynik w obronie, w czasie trwania całego turnieju.

Wśród Polaków najlepszym strzelcem był, środkowy Wisły Kraków, Bohdan Likszo, autor 18 punktów. Wśród Finów Timo Lampen, który również uzyskał 18 punktów. Zwycięstwo z Finami pozwoliło awansować naszym reprezentantom na drugie miejsce w tabeli, tuż za ZSRR.

POLSKA vs NRD

Polska kontra Niemcy. W kontekście historycznym mecze Polaków z Niemcami z zachodu były tymi bardziej prestiżowymi. Jednakże w koszykówce sprawa miała się inaczej. O ile w piłce nożnej lepsi byli zawodnicy RFN, to w przypadku koszykówki, w tamtym okresie górowali zawodnicy NRD. Okres ten był dość krótki i dotyczył w zasadzie turnieju w Polsce, na którym zabrakło drużyny RFN, jednak o prestiżu sportowej rywalizacji z Niemcami nikomu nie trzeba tłumaczyć. Mecz ten miał też dodatkowe znaczenie i to dla obu drużyn. Zwycięzca tego spotkania przybliżał się bardzo mocno do awansu do półfinału mistrzostw, półfinału który gwarantował start na igrzyskach olimpijskich w 1964 roku w Tokio. Tak więc stawka tego meczu była bardzo wysoka.

Mecz został zaplanowany na 10 października, czyli czwartek, o godzinie 9. Z dzisiejszej perspektywy trudno to sobie wyobrazić. Mecz mistrzostw Europy rozgrywany o 9 rano? Już wówczas polska kadra miała obawy co do tego, czy ktoś pofatyguje się na ich spotkanie. Obawy te były jednak kompletnie nieuzasadnione. Powiedzieć, że kibice we Wrocławiu mieli głód koszykówki, to jak nic nie powiedzieć.

Już o godzinie 11 przed południem drugiego dnia mistrzostw przekroczony został preliminarz planowanych dochodów z kart wstępu i to aż o 10 tysięcy złotych. Tłumy walą do Hali Ludowej od wczesnego rana. Nawet na mecze zupełnie nas nieinteresujące i niemające żadnego wpływu na zakwalifikowanie się poszczególnych zespołów do finału. Kosz bierze! [Przegląd Sportowy]

Polacy na przedmeczowy rozruch w Hali Ludowej wybiegali przy okrzykach kompletu kibiców, którzy przybyli zawczasu by dopingować swoich ulubieńców. Głód kosza obejmował nie tylko Wrocław, ale i cały kraj. Do miasta ściągały delegacje z całej Polski. Zarówno zwykłych obywateli jak i partyjnych działaczy. Dla tych którzy nie mogli widzieć gry Polaków na żywo, zostawały transmisje telewizyjne. Fakt, w 1963 roku nie wielu mogło sobie pozwolić na telewizor. Ale ze względu na to, iż kanał TVP był jeden jedyny, a każdy mecz Polaków był transmitowany, to mogę domniemywać, że również przed telewizorami tłumy rodaków kibicowały naszym koszykarzom.

Wracając do meczu z NRD. Polacy zagrali kapitalne spotkanie. Od początku atakowali szybko i zdecydowanie. W przeciwieństwie do poprzedniego meczu wystrzegali się rzutów z niedogodnych pozycji. Cały zespół pracował na jak najkorzystniejsze pozycje do rzutów. A one wpadały. Raz po raz. Dodatkowo, podobnie jak w drugiej połowie meczu z Finami, Polacy zaprezentowali świetną obronę. Efektem tego było sporo niecelnych rzutów Niemców i przechwytów notowanych przez biało czerwonych. Koszykarze z NRD postawili wszystko na jedną kartę i rzucili wszystko co mieli najlepsze. Na szczęście dla nas, biało czerwoni tego dnia byli nie do zatrzymania. Polacy schodzili na przerwę prowadząc 47:24. W przeciągu pierwszych siedmiu minut drugiej połowy powiększyli przewagę do 30 punktów. Wynik 59:29.

Polacy cały czas pchali piłkę do przodu, jakby za punkt honoru obrali sobie zdobywanie kolejnych punktów. Na osiem minut przed końcem wynik brzmiał 75:41. Później nastąpił lekki zryw zawodników z NRD, ale na nic to. Polacy zaprezentowali w tym meczu poziom co najmniej o klasę wyższy. Wynik końcowy? 93:62. Wśród Polaków jedynie Andrzej Pstrokoński nie pojawił się na parkiecie. Najwięcej punktów dla naszej kadry zdobył Mieczysław Łopatka, autor 19 punktów. Dla NRD najlepiej punktował Hans Flau, 12 punktów.

Mieczysław Łopatka kolejny z wielkich polskich koszykarzy. Środkowy, który choć nie imponował warunkami fizycznymi (196 centymetrów wzrostu i około 96 kilogramów wagi) nadrabiał wszystko sprytem i inteligencją koszykarską. Niesamowity zmysł do zdobywania punktów. Zdobywca 77 punktów w pojedynczym meczu. Tak jak w przypadku innych sportowców, na karierę za granicą nie pozwolili partyjni dygnitarze.

Zwycięstwo z NRD bardzo mocno przybliżyło Polaków do najlepszej czwórki mistrzostw, a co za tym idzie występy na igrzyskach, jednak istniała jeszcze szansa na to, że marzenia rozlecą się jak domek z kart. Jak to jednak na turniejach bywa, czasem się awansuje bez gry. Reprezentacja Czechosłowacji, nasi południowi sąsiedzi, była jeszcze w przysłowiowej grze. Musieli jednak pokonać Hiszpanów by przedłużyć nadzieje na awans do czwórki. Niestety dla nich, Hiszpanie rozegrali wspaniały mecz. Zwycięstwo 98:76. Czechosłowacy nie mieli szans. Hiszpanów do zwycięstwa poprowadził Emiliano Rodríguez, późniejszy MVP wrocławskich mistrzostw i gwiazda europejskiej koszykówki. Polacy nie musieli się obawiać bezpośredniego starcia z sąsiadami z południa. Awans był już przypieczętowany.

POLSKA vs CZECHOSŁOWACJA

Ostatni mecz fazy grupowej. Dzięki zwycięstwu z NRD i porażce Czechosłowacji z Hiszpanią sytuacja Polaków była jasna. Nic nie mogło odebrać im drugiego miejsca w grupie, które dawało awans do półfinału. Pewni awansu byli również sowieccy koszykarze, którzy przez turniej szli jak burza. Jednak dla Czechosłowaków mecz miał bardzo dużą stawkę, w zależności od wyniku ich spotkania jak i innych meczów, mogli zająć w grupie miejsca od 3 do 6. Tak więc można rzec, że presja ciążyła na naszych sąsiadach. Polacy jednak nie chcieli podejść na luzie do tego spotkania.

Każdemu z reprezentacji zależało na udowodnieniu, że zasługują na półfinał i że pomoc Hiszpanii nie była konieczna.
Początek jest jednak na niekorzyść Polaków. Czechosłowacy grają szybko i skutecznie, Polacy natomiast mają problem z napoczęciem obrony swoich rywali. Nasi sąsiedzi szybko wychodzą na prowadzenie. 6:1. Polacy zareagowali szybko, dobre akcje w ataku, m.in. świeżo upieczonego ojca Jerzego Piskuna oraz zdecydowana obrona dały wyrównanie wyniku. Teraz wynik idzie kosz za kosz. Dopiero zmiany przynoszą poprawę wyników. W ataku zwłaszcza wyróżnia się Mieczysław Łopatka. To na jego barkach Polacy powiększają przewagę, która do przerwy wynosi 40:33.

Po wznowieniu gry Polacy szybko podwyższają prowadzenie. Wynik 55:41. Jednakże Czechosłowacja nie odpuszcza. Z parkietu wylatuje Zbigniew Dregier. 5 fauli. To pozwala naszym rywalom złapać oddech i zniwelować stratę. Polacy zaczynają się gubić. Efekt? Przewaga topnieje do 4 punktów. Do końca meczu 10 minut. Pogoń Czechosłowacji tylko podrażnia naszych koszykarzy. W 5 minut przeprowadzają szturm na kosz rywali, dzięki czemu prowadzenie wzrasta do 16 punktów. Tego meczu Polacy już nie oddali. Zwycięstwo 86:73. Najlepszym strzelcem Polaków był, po raz kolejny, Mieczysław Łopatka, autor 24 punktów. Wśród Czechosłowaków na wyróżnienie zasługuje gra trójki František Konvička (20 punktów), Jiří Růžička (20 punktów) i Vladimir Pistelak (16 punktów).

Polska vs Jugosławia

Radivoj Korać. Mało jest zawodników w historii europejskiej koszykówki, którzy mogliby się równać z jego legendą. Jedna z największych gwiazd ówczesnej koszykówki. Człowiek, który w pojedynkę, w dwumeczu Pucharu Europy Mistrzów Krajowych (protoplasta obecnej Euroligii) ze szwedzkim Alvik Basket rzucił 170 punktów. Sto siedemdziesiąt punktów. W pierwszym spotkaniu zdobył 71 punktów. W rewanżu 99. Przez siedem lat był najlepszym strzelcem ligi jugosłowiańskiej. Średnie jego kariery z ojczyzny to 32.7 punktów na mecz. W 157 meczach reprezentacji zdobył 3153 punkty. Średnio ponad 20 na mecz. Niestety. Radivoj Korać zginął 2 czerwca 1969 roku. Miał niespełna 31 lat. Ku jego pamięci FIBA utworzyła rozgrywki jego imienia. Jugosłowiańska Federacja Koszykarska postanowiła, że 2 czerwca już nigdy nie zostanie rozegrany mecz koszykarski.

Mamy ambicje pokonania wicemistrzów świata i zdobycia prawa walki o złote medale. Teraz już nie będziemy grali dla PKOl, dla wypełnienia wyznaczonym nam minimów olimpijskich. W tym meczu zagramy dla siebie. Nikt sobie nie wyobraża, jaka to przyjemność. Pokazać, że umiemy grać w kosza! [Witold Zagórski o Jugosławii]

Jugosławia przystępowała do meczu z Polską jako wicemistrzowie Świata i Europy. W światowym czempionacie w Brazylii ulegli w finale gospodarzom. W europejskim finale ulegli Związkowi Sowieckiemu, który wziął rewanż za porażkę w półfinale mundialu w Ameryce Południowej. Faworyt był tylko jeden. Mimo to Polacy nie czuli presji. Plan został wykonany. Biało czerwoni zapewnili sobie udział na igrzyskach w Tokio. Teraz nic nie musieli, tylko mogli.

Wichowski, Sitkowski, Piskun, Dregier i Likszo. Taką piątką rozpoczęli mecz biało czerwoni. Wynik otworzył ten ostatni. Polacy szybko wychodzą na prowadzenie. Grają szybko, zdecydowanie. Duża część punktów pada po kontratakach, gdzie wychodzi wybieganie i szybkość Polaków. Trener Zagórski jeszcze jako zawodnik Polonii razem z kolegami takimi zagraniami raczył publiczność przy Konwiktorskiej. Grająca z niesamowitym tempem ówczesna Polonia była dumą warszawskiej publiczności. Teraz podopieczni trenera kontynuowali ten sposób gry w biało czerwonych barwach.

Jugosłowianie starają się odrobić straty. Korać dwoi się i troi. Trener drużyny z Bałkanów posyła swojego wieżowca do boju. Zvonimir Petricević mierzy 208 centymetrów wzrostu, waży około 130 kilogramów. Na zawodnika o takich gabarytach Polacy nie mają odpowiedzi. Petricević mocno utrudniał Polakom grę w trumnie, dodatkowo zbierał sporo piłek na tablicach. Jednak nasi nic sobie z tego nie robili. Uzyskane na początku prowadzenie utrzymują przez cały mecz. Polacy nie pudłują. Raz po raz, a to spod kosza, a to z półdystansu. Piłka ciągle wpada do obręczy.

W drużynie Jugosławii szaleje dwóch graczy. Korać i Ivo Daneu. To głównie dzięki ich wysiłkowi nasi rywale ciągle mają nadzieje na sukces. Od początku meczu do krycia Koraća oddelegowany był Jerzy Piskun. Jak niewdzięczne i trudne to było zadanie może świadczyć fakt, że Piskun zleciał przed przerwą za 5 fauli. W jego miejsce wszedł Stanisław Olejniczak. Zawodnik dobry w defensywie. Na rozpędzoną gwiazdę Jugosławii jak znalazł.

Skąd pomysł, że mam pilnować Koracia? Byłem uważany za dobrego defensora. Mnie bronienie sprawiało przyjemność. W reprezentacji i w drużynach ligowych zawsze przydzielano mnie może nie do środkowego, ale do wysokiego zawodnika z obwodu, który dużo rzucał [Stanisław Olejniczak]

Tego dnia Olejniczak, ku zdziwieniu wszystkich, nie tylko świetnie spisał się w defensywie, ale i w ofensywie. Świetna skuteczność z półdystansu to było coś czego było potrzeba Polakom w starciu z potęgą z Bałkanów. Polacy ani na chwilę nie oddali prowadzenia. Chwilową zadyszkę na początku drugiej połowy, dzięki której Jugosławia doszła na 1 punkt, przerwał właśnie Olejniczak. Polacy znowu odskoczyli rywalom. Trener naszych rywali zareagował na to desygnowaniem do gry kolejnego olbrzyma, mierzącego 210 centymetrów, Trajko Rajkovića.

Zmiany dały efekt, przewaga biało czerwonych znowu spadła do jednego posiadania. Polacy jednak nie mieli zamiaru się poddać. Twardo walczyli zarówno w ofensywie jak i defensywie. Świetnie dysponowany Olejniczak trafia wszystkie rzuty, pięć na pięć z gry. 10 punktów z Jugosławią to jego najlepszy wynik na turnieju. Najważniejsze, że po jego punktach Polacy znowu wychodzą na bezpieczne prowadzenie, które potem tylko podwyższają. Koniec, sensacja stała się faktem. Polacy pokonują wicemistrzów świata. Wielki Korać pokonany.

Zrozpaczona ławka rezerwowych Jugosławii, fotografia T. Prażmowski/MSiT/FORUM

Po wielkim sukcesie w Rio na turniej do Polski jechaliśmy trochę wyczerpani emocjonalnie (…) w Brazylii graliśmy wyjątkowo dobrze, wszystko ułożyło się nam świetnie. A we Wrocławiu byliśmy trochę znudzeni koszykówką i zagraliśmy gorzej, niż potrafiliśmy [Ivo Daneu]

Nareszcie zaczęły im wychodzić rzuty z półdystansu, nareszcie w pełni realizowali ćwiczoną podczas przygotowań taktykę w ataku pozycyjnym — ogrywali środkowych, wykonywali zasłony pod rzut, korzystali z każdej okazji, aby przeprowadzić szybki atak (…). W sumie Polacy stanowili skonsolidowany zespół, przewyższający Jugosłowian przede wszystkim umiejętnościami taktyczno-strzałowymi [Przegląd Sportowy]

Wśród Polaków najwięcej punktów uzyskał niezawodny Łopatka, na którego nasi jak zwykle mogli liczyć. Wśród pokonanych dwoił się i troił duet Korać (29 punktów) i Daneu (20 punktów). Polacy ostatecznie pokonali potęgę z Bałkanów 83:72.

Polska vs ZSRR

Wielka przyjaźń polsko-radziecka. Nasi bracia zza wschodu. Towarzysze, którzy dali nam wolność, wyzwolili spod jarzma hitlerowskiego. Taa… Ja sam jestem gówniarzem urodzonym w latach dziewięćdziesiątych. O tej przyjaźni wiem tyle ile było w książkach, czy innych źródłach informacji. Wiem jedno: to musiała być piękna “przyjaźń” skoro każde spotkanie sportowe z reprezentacją Związku Sowieckiego traktowane było przez naszych rodaków jak wojna. A zwycięstwo Polaków na stadionie Śląskim w Chorzowie było euforycznie świętowane w całym kraju.

Okładka dziennika Sport

Gdy po latach wspominamy z kolegami tamto spotkanie, dochodzimy do wniosku, że po zwycięstwie z Jugosławią nastąpiło w zespole odprężenie. Zeszło z nas napięcie. Mieliśmy już srebrny medal i awans do igrzysk olimpijskich. Chyba też w podświadomości tkwiła myśl, że osiągnęliśmy już wszystko, na co było nas stać. Powinniśmy myśleć tylko o złocie. W drugiej połowie, gdy doszliśmy Rosjan na pięć punktów, zaczęli się bać. Ich trener Aleksander Gomelski nie wiedział co się dzieje. Niestety nie wykorzystaliśmy szansy. Szybko naszych dwóch podstawowych zawodników spadło za faule i Rosjanie nas pokonali. [Mieczysław Łopatka]

W zespole naszym, który nie mógł jednak pokusić się o zwycięstwo, ale który swoją postawą i grą zasłużył na pochwałę, najlepiej spisywali się Frelkiewicz i Łopatka, a następnie Langiewicz i Dregier [Przegląd Sportowy]

Nie marzyliśmy przecież o tym, że w meczu o złoty medal pokonamy Związek Radziecki broniący tytułu mistrza Europy. Wierzyliśmy za to, że zobaczymy piękne, emocjonujące, wyrównane spotkanie między tymi dwiema ekipami. Tego oczekiwaliśmy od naszych koszykarzy i tego się doczekaliśmy (…) Polacy przegrali, bo przegrać musieli. Ale ulegli dopiero po ciężkiej sportowej walce (… ). Drużyna radziecka musiała dać z siebie wiele wysiłku, by odnieść zwycięstwo [Trybuna Ludu]

Nie zaryzykowałbym nawet stwierdzenia, że na 20 spotkań ze Związkiem Radzieckim wygralibyśmy chociaż jedno. (…) Każdy, kto choć raz widział reprezentację ZSRR, wiedział, jaką siłą dysponowała [Witold Zagórski]

Czy Sowieci byli w tym meczu w zasięgu Polaków? Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Różnica była znaczna, zwłaszcza biorąc pod uwagę aspekty fizyczne. Wśród naszych reprezentantów nie było odpowiedzi na niesamowitego olbrzyma Jānisa Krūmiņša, który w finałowym starciu rzucił 17 punktów.

Pilnując go od tyłu nie było szans. Przed tobą wyrastała olbrzymia “szafa” i nie było nic widać. Trzeba było sposobem przedostać się przed niego, żeby nie dostał podania pod kosz. Gdy otrzymywał piłkę, na zatrzymanie go nie było szans [Mieczysław Łopatka]

Polacy walczyli, starali się dojść na bliski dystans punktowy do rywali. Niebagatelny wpływ na przebieg spotkania miała pierwsza połowa, przegrana 18:37. Słaba dyspozycja rzutowa w pierwszej części meczu sprawiła, że w drugiej Polacy musieli ruszyć mocno do przodu. Polska vs ZSRR 45:61

Polska: Łopatka 11, Frelkiewicz 10, Langiewicz 6, Dregier 5, Piskun 4, Likszo 3, Wichowski 2, Pstrokoński 2, Sitkowski 2, Olejniczak 0, Nartowski 0 ZSRR: Jānis Krūmiņš 17, Giennadij Wolnow 14, Aleksander Pietrow 13, Aleksander Trawin 10, Juris Kalniņš 4, Guram Minaszwili 2, Jaak Lipso 1, Armenak Ałaczaczian 0, Wiaczesław Hrynin 0

Klasyfikacja końcowa wrocławskich mistrzostw

Najlepszym zawodnikiem turnieju zostały uznany Emiliano Rodriguez, który w głosowaniu dziennikarzy otrzymał 132 punkty. Najlepszy z Polaków, Mieczysław Łopatka, zajął czwarte miejsce ex aequo z Ivo Daneu z Jugosławii (po 59 punktów). Najlepszym strzelcem turnieju został Radivoj Korać, który w 9 meczach zdobył 239 punktów (średnio 26.6 punktów na mecz)

Skład Polaków na Mistrzostwach Europy 1963 we Wrocławiu Fot. PAP/CAF/Z. Matuszewski

Srebro Polaków z rozgrywanych we Wrocławiu mistrzostw Europy to wciąż największy sukces męskiej koszykówki w Polsce. Sukces na którego powtórzenie przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Oby jak najkrócej. W swoim artykule w głównej mierze oparłem się o książkę “Srebrni chłopcy Zagórskiego” autorstwa Łukasza Ceglińskiego. Książkę serdecznie polecam.

[Autorem / pomysłodawcą tekstu jest Czytelnik, którego imię gdzieś mi wypadło, 007 zgłoś się!]

Ostatnie Wpisy

11 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Dzięki za świetny tekst. Lubię takie historyczne odniesienia. Poza tym są szczegóły i zdjęcia. Niby się wiedziało, że Polacy zdobyli wtedy srebro na Mistrzostwach Europy, ale jak grali, z kim, jakim składem, z tym było już trudniej. Zaostrzyliście moją ciekawość i postaram się sięgnąć po tą książkę Ceglińskiego.

    (13)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Bleacher Report z: American Express.
    Post sponsorowany
    ·

    Mike Conley is being traded to the Jazz for Jae Crowder, Kyle Korver and draft picks, per Shams Charania

    (3)

Gwiazdy Basketu