Zach LaVine: już dawno i nie tylko dunker!

10

W mediach branżowych trwa dyskusja: czy 25-letni Zach LaVine jest gwiazdą, jakiej potrzebują (i na jaką zasługują) Chicago Bulls. All-Star Weekend za nami, wyścig do szesnastki playoffs nabiera tempa, tankowce godzą się z rolą, bo najgorsze to utknąć w środku, bez widoków ani na pierścień, ani na topowy talent w drafcie. Bulls notują w tym czasie nieświetny bilans (19-36) co plasuje ich na nijakim dziesiątym miejscu.

“Nigdy niczego nie wygrałem” – skarży się mediom LaVine. Niestety wszystko wskazuje na to, że jeszcze wiele czasu upłynie zanim Byki ponownie zakwalifikują się do playoffs, co przy charakterze tego gracza może nie być łatwe.

VHS i plastikowe baseniki

Rodzice Zacha grali na najwyższym poziomie w swoje ukochane sporty, ojciec występował w NFL, mama uprawiała softball. Ukochany syn nie wybrał jednak żadnej z tych dyscyplin. Odkąd pierwszy raz, jako pięciolatek obejrzał Space Jam, zafascynował się koszykówką. Wystarczyło, że kaseta VHS dobiegła końca, a już mały Zach pędził do odtwarzacza by uruchomić ją na nowo. Na boisku nie miał już okazji podziwiać idola z kreskówki, era Jordana powoli się kończyła, nastawał czas Kobe i to on zawładnął wyobraźnią chłopca z Renton.

Na przydomowym boisku próbował też naśladować manewry Stephona Marbury’ego, swego czasu magika jakich mało. Podobnie jak nie potrafił rozstać się z historią o kosmicznym meczu, tak nie umiał zatrzymać się w rzucaniu. Trójki wolał ćwiczyć na świeży powietrzu, nawet gdy przychodziło ochłodzenie, przedkładał rękawiczki nad ogrzewaną salę.

Ojciec skupował po okolicznych sklepach tanie, plastikowe baseniki dla dzieci. Wiecie, takie z obrazkiem rybki. Rozstawialiśmy je wokół boiska i pakowaliśmy do środka wszystkie piłki jakie mieliśmy w domu, gdzieś 50, 60 sztuk różnego rodzaju. Nie miałem zbierającego, bo tata był wówczas w pracy, więc oddawałem 50 rzutów, robiłem przerwę na zbieranie piłek i wracałem do ćwiczenia [Zach LaVine]

Basketball hustler

Dość niewinne wspomnienie swoją historią kontruje Paul LaVine, ojciec zawodnika, który opowiada o hazardowym zacięciu syna.

W drugiej klasie grał ze starszymi chłopakami w parku na pieniądze. Wracał dumny do domu z dziesięcioma dolarami w kieszeni [Paul LaVine]

Gdy unormował już rzut, a motoryka podążyła za genetyką, młody Zach zaczął ćwiczyć wsady. Za wzór biorąc uczestników wszystkich konkursów wsadów, jakie oglądał. Poza osiedlowym basketem grał w zorganizowaną koszykówkę w AAU i liceum, w ostatnim roku osiągając średnie 28.5 punktów 3.4 zbiórek oraz 2.5 asyst. Tym samym ESPN umieściło go na 50. miejscu w narodowym rankingu rocznika. Marzeniami sięgał jednak znacznie wyżej – gdy nauczyciel zadał mu pracę domową “kim chcę zostać w przyszłości”, Zachary stworzył esej pod tytułem – “Będę gwiazdą NBA”. Nie strażakiem, policjantem, śmieciarzem czy po prostu koszykarzem, ale gwiazdą najlepszej ligi świata. Cholernik dopiął swego, po drafcie 2014 roku, w którym z trzynastką wybrali go T-Wolves kupił sobie kurtkę, z nadrukowanym życiowym motto: “Nigdy nie mówiłem, że będzie łatwo – mówiłem, że będzie warto”. Nauczyciel ponoć kazał oddać chłopcu nowe wypracowanie, bardziej realistyczne. No to po latach musiał się zdziwić oglądając draft.

Nim jednak LaVine postawił stopę na parkietach NBA jak każdy zaliczył przetarcie w systemie uczelnianym. Jego wybór padł na renomowany UCLA. Z klepacza piłki i centralnej postaci w ofensywie musiał zmierzyć się z rolą “szóstego”.

UCLA

Postacią, która zaważyła na wyborze uczelni był trener Ben Howland… zwolniony dziewięć miesięcy po wejściu na podkład LaVine’a. Zrażony chłopak rozważał nawet przenosiny na Uniwersytet w Waszyngtonie. Pozostał jednak w UCLA, ale występy nie napawały optymizmem, jak 3/12 przeciwko Duke, na oczach licznych skautów zgromadzonych w Madison Square Garden. U boku znanych skądinąd Normana Powella i Kyle’a Andersona zaliczył serię sześciu spotkań, w których uzyskał zaledwie siedem trafień na trzydzieści sześć oddanych prób (19%) i wypadł poza pierwszą dziesiątkę wszelkich symulacji draftu. Potencjalnych pracodawców przekonywała przede wszystkim niesamowita motoryka gracza, jego parametry i młody wiek.

Życie Zacha było zaplanowane odkąd skończył pięć lat – miał zostać zawodowcem. Nie posiadał wielu znajomych, koncentrował się głównie na treningach, od liceum spotykał się z jedną kobietą, z którą zresztą jest do dziś. Tu akurat mu się nie dziwię, Hunter Mar to urokliwa, daleka od wizerunku skandalistki/celebrytki dama. Sęk w tym, że dzieciak przekonany o swoim potencjale nagle z rozpędu wpadł na ścianę. Nie pomagał zapewne ojciec, który nawet w najlepszych występach szukał negatywnych stron. Paul siadał nawet w sektorach kibiców rywali by nasłuchać się obraźliwych komentarzy na temat syna, a następnie mu je przeklepać. Możecie być pewni, że nawet zakontraktowanie bezkompromisowego Toma Thibodeau w roli trenera Wolves, po treningach z własnym ojcem nie robiło na chłopaku żadnego wrażenia.

Kocham mojego ojca nad życie, ale szczerze mówiąc, dorastanie przy nim nie było łatwe. Żaden trener mnie nie złamie, bo od trzeciej klasy wszelkie najgorsze rzeczy słyszałem już z ust rodzica. Nigdy jednak mnie to nie złamało. Kochałem to, chciałem więcej [Zach LaVine]

Dunker czy Franchise Player?

Wszyscy znamy LaVine’a przede wszystkim z niezwykłej dynamiki i efektowności jego wsadów, które przyniosły mu zasłużone (Aaron Gordon może się nie zgodzić) mistrzostwo w konkursie wsadów w 2015 i 2016 roku. W mocno dysfunkcyjnych Wolves nie zakosztował wielu zwycięstw, a jego rola u boku Andrew Wigginsa i Karla Townsa pozostawała niejasna. Pamiętam, że gdy kontuzji doznał Ricky Rubio, eksperymentowano nawet umieszczając Zacha na rozegraniu. Później przypałętała się groźna kontuzja zakończona operacją kolana i tak oto kariera gracza opierającego się na fizyczności stanęła pod znakiem zapytania.

Rękawice podjęli Chicago Bulls rozpaczliwie poszukujący własnego All-Stara, nowej twarzy organizacji, głównej atrakcji. Zach nie miał nic przeciwko:

Żyję swoim snem. Przeżyłem kontuzję i rozbrat z koszykówką. W Chicago mam okazję być numerem jeden. Każdego dnia się rozwijam i nie zamierzam przestawać [LaVine]

W barwach Byków zdążył już dopisać jedną historię do swojej legendy. Cała ostatnia minuta meczu z Charlotte, łącznie ze zwycięską trójką to prawdziwy majstersztyk w jego wykonaniu. Średnie na poziomie 25.3 punktów 4.8 zbiórek 4.1 asyst przy 39% zza łuku wskazują, że choć zespołowych sukcesów nie ma, z roli głównej atrakcji Bulls spisuje się świetnie. Czas pokaże czy będzie zdolny doprowadzić zespół choćby do pierwszej rundy. W tym sezonie przeszkodziły kontuzje młodzieży podkoszowej, ale może to tylko kolejne wymówki?

W przedsezonowym skarbie kibica napisałem: “Nie wiem jak Wy, ale ja nie umiem przestawić się z wizerunku LaVine’a latawca, na LaVine’a “franchise playera” Bulls”. Sezon mija, a ja nadal nie mam dobrej odpowiedzi. Niby statystyki się zgadzają, niby ciągnie Byki za rogi jak najdalej się da, ale wciąż czegoś brakuje. Pojawiły się także zgrzyty w relacji z trenerem i zarządem organizacji. Jaką przyszłość widzicie dla tego gracza? Kontrakt z klubem obowiązuje go do lipca 2022 roku.

Fun Fact

-> LaVine jest drugim najmłodszym zwycięzcą konkursu wsadów. Pierwszym był pewien osiemnastolatek w złocie i purpurze, niejaki Kobe Bryant. Spójrzcie na gif, widzicie podobieństwo Zacha to jego idola?

[Grzesiek]


Od siebie dodam tyle: rzekomo Zach potrafi porozumiewać się w języku migowym. Jego nieformalna ksywka to “Young Hollywood”. Pamiętam, że skauci w raportach draftu porównywali Zacha do Russella Westbrooka. No cóż, Russ nie trafia 50% zza łuku z rogów parkietu, ale obrońcą jest jednak twardszym, znacznie twardszym. I to jest właśnie słowo klucz, gdy chodzi o LaVine’a. Musi podciągnąć się w obronie. Z całego serca życzę mu też przenosin i gry u boku kogoś takiego jak Chris Paul czy Kyle Lowry – playmakera o wielkim koszykarskim IQ oraz cechach przywódczych. Takich, co biorą na siebie dyrygowanie kształtem akcji, zwłaszcza wtedy, gdy gra robi się gęsta. LaVine nie ma w sobie wiele z lidera, to już dawno nie jest tylko dunker, ale wciąż dominuje w nim indywidualista. Pozdrawiam [admin]

Ostatnie Wpisy

10 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Chris Paul lub kyle lowry? :((( smutne
    Chłopak jeszcze nic nie wygrał, a wy go dajecie do gościa #2rundamaks lub #wplayoffsmampelnazbroje

    (-18)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    W obecnych Bulls tak naprawdę nikt by nie nadawał się na all-stara. Z powodu poziomu tej organizacji. Po T-Wolves i Knicks chyba najgorszej obecnie. Mają młodych niby utalentowanych. Mają mentorów, a na słabym jak polska ekstraklapa wschodzie nie potrafią zrobić PO. Trener z łapanki, pewne decyzje personalne też, (kontrakt Otto Portera). Lubię Zacha jako 2 opcja w zespołach z dominującym podkoszowym Dallas/Sixers byłby idealny bo warsztat ofensywny ma dobry, w defensywie indywidualnie też nie jest zły, tyle że gra w Chicago gdzie nawet Tad Young jest teraz tragicznym obrońcą.

    (3)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Lubię Zachariasza i życzę mu jak najlepiej
    A gdyby tak nie zacha do cp3 ani Lowrego ale Jrue Holiday do byków 🤔

    (5)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    O rany, super, że o nim wreszcie zrobiliście art, uwielbiam go. Nie było mi dane oglądać Cartera na żywo, nie wiem jakie emocje towarzyszyły oglądaniu jego dunkow, ale jest cos takiego w Zachu, to z jaką płynnością frunie w powietrzu, oglądanie go to poezja 😀

    (6)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Bardzo dobry zawodnik, zresztą fajnie się rozwinął od czasu wejścia do ligi. To już nie tylko dunker, ale czy od razu franchise player? W sensie czy to w ogóle jego rola, można być świetnym zawodnikiem, ale nie trzeba od razu być tym co ciągnie za rogi do playoffs, czy w ogóle liderem drużyny. Wg mnie kwestia jest czy nie będzie się od niego wymagać zbyt dużo, czy dostanie odpowiednich kolegów do składu, albo czy trafi do dobrej organizacji. Nie każdy to lider i franchise player, przykłady świetnych zawodników w lidze to potwierdzają, np PG13, Kyrie

    (-1)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    “Nigdy niczego nie wygrałem”
    a a dwa tytuły SDC? Dzięki temu się bardziej zapisał w historii niż jakiś trybik w mistrzowskiej ekipie.

    (0)
    • Array ( )

      SDC to zabawa, nie traktują tego poważnie, fajnie mieć, ale liczy się mistrzostwo, dla niektórych jeszcze tytuł króla strzelców, all nba team, mvp.

      (0)

Gwiazdy Basketu