fbpx

Z kronik NBA: Lakers o włos od śmierci

18

eb

Wiecie, że od czasu do czasu zdarza mi się poświęcić artykuł szeroko rozumianej historii NBA. Mam świadomość, że dla niektórych z Was, nawet lata dziewięćdziesiąte to prehistoria, a co dopiero artykuły dotykające tak zamierzchłych dziejów jak sezon 1959-1960. Po ilości komentarzy, które gromadzą się zwykle pod takimi tekstami wnioskuję, że jest to tematyka “niszowa”, niemniej uważam że warto je pisać. Dlaczego? Po pierwsze, ponieważ gorąco wierzę, że są wśród naszych czytelników fani “totalni”, którzy od momentu złapania bakcyla NBA postawili sobie za punkt honoru poznanie historii tej najwspanialszej ligi świata nie tylko w przód, ale i w tył. Po wtóre, bo niektóre historie po prostu zasługują na to, by zostać opowiedziane…

Rok 1959 to był dziwny rok. Mieszkańcy USA obserwowali na srebrnych ekranach swych telewizorów jak Fidel Castro obala na Kubie dyktatorskie rządy Batisty, cieszyli z przyłączenia Alaski i oglądali jak NASA wystrzeliwuje pierwszego w historii satelitę orbity polarnej Discoverer 1. W Nowym Jorku zaprezentowano pierwszą edycję lalki Barbie, a Nikita Chruszczow odwiedził USA, jako pierwszy w historii przywódca ZSRR.

Gdzieś na peryferiach, poza głównym nurtem wydarzeń, znajdowała się wówczas liga NBA, będąca jeszcze “nieopierzoną nastolatką”. Drużyna Lakers, jeszcze z siedzibą w Minneapolis (stąd nazwa “Jeziorowcy”, bo przecież okolica Minneapolis jeziorami stoi), choć posiadała już na swoim koncie pięć mistrzowskich tytułów, pogrążona była w kryzysie. Od dobrych kilku lat (dokładnie od kampanii 1955-1956) fani nie mogli cieszyć się z dodatniego bilansu (mimo iż drużyna regularnie brała udział w playoffs w tamtym czasie) i z utęsknieniem wspominali erę wielkiego George’a Mikana i 5 pierścieni wywalczonych na przestrzeni sześciu lat.

Właściciel Bob Short wpadł na pomysł by dać organizacji nowe życie przeprowadzając się do Los Angeles, co nastąpić miało w kolejnym sezonie. Lakers w owym czasie żyli i umierali na łasce Elgina Baylora (zdjęcie tytułowe po lewej), który był niekwestionowanym liderem klubu w punktach (zdobywał ich w sezonie więcej niż druga i trzecia opcja razem wzięte) zbiórkach (tak samo), a także był trzecim asystującym drużyny. Z ławką trenerską w przerwie letniej pożegnał się John Kundla, którego miejsce na pół sezonu zajął John Castellani, zamieniony potem na Jima Pollarda. Sezon i tak był spisany na straty, bo wszyscy myślami byli już w Kalifornii (końcowy bilans 25-50 i tak dawał gwarancję udziału w playoffs hehe).

Był 17 stycznia, Lakers wyruszyli w podróż do St. Louis na mecz z tamtejszymi Hawks. Pomimo fenomenalnej postawy Baylora (43 punktów, 20 zbiórek) przegrali z miejscowymi 119:135. Porażka dla sportowca zawsze jest gorzkim doświadczeniem, aczkolwiek Lakers trochę tej goryczy się w tamtym sezonie nałykali stąd humory nie były gorsze niż zwykle.

Na lotnisku w St. Louis lekko już znużeni przedłużającą się odprawą, oczekiwali nadejścia trenera i sygnału do zapakowania się do samolotu. Oprócz Baylora, łowiącego ukradkowe spojrzenia fanów (i fanek) w hali odlotów, wyróżniającą się postacią w całym tym towarzystwie był niejaki Jim Krebs, zwany Red.

Był to wychowanek SMU, trzeci pick draftu 1957. Siermiężny, mierzący 203 cm drągal z rolniczego Missouri, któremu łopata, dubeltówka i kierownica traktora leżały w rękach równie pewnie co piłka koszykowa, zawsze miał przy sobie pewien charakterystyczny atrybut. Zafascynowany wróżbiarstwem i rozmaitymi gusłami nosił przy sobie starą planszę wróżbiarską OUIJA. Przy każdej okazji opowiadał historię o tym jak wywróżył sobie własną śmierć, która miała nastąpić w wieku 33 lat (w 1960 miał dopiero 25, było więc jeszcze trochę zapasu). Chłopaki widzieli, że bardzo się tym podpala, więc zazwyczaj nie robili sobie z tego żartów w jego obecności.

Planowana godzina odlotu do Minneapolis uległa opóźnieniu ze względu na trudne warunki atmosferyczne. Zmrożony deszcz na rejsowej wysokości stwarzał niebezpieczeństwo dla podzespołów samolotu. Im dłużej drużyna czekała, tym bardziej niespokojny stawał się Krebs. W końcu zaczął wygadywać coś o katastrofie, jeśli tylko wejdą na pokład samolotu. Koledzy z drużyny znali jego naturę, więc żartami próbowali rozładować napięta atmosferę, widząc złowrogie spojrzenia innych oczekujących na wylot.

Krebs tylko łaził w kółko i paplał, że nie powinniśmy wsiadać do samolotu. Cały cholerny czas, dosłownie nie mógł się zamknąć! [Baylor]

1

W końcu wieża dała sygnał do odlotu. Rejs do Minneapolis obsługiwany był przez maszynę Douglas DC-3, wiekową konstrukcję, której czasy świetności przypadły na lata trzydzieste, no może czterdzieste. Za sterami zasiadł doświadczony pilot, pułkownik Vernon Ulman, któremu asystował drugi pilot, Harold Gifford. Równo o 20:30 samolot wystartował opuszczając słynne Lambert-St. Louis International Airport.

Kolejnych 5 godzin było prawdziwym horrorem…

CZYTAJ DALEJ >>

1 2 3

Ostatnie Wpisy

18 comments

  1. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe TracyMcKobe
    Odpowiedz

    Na zdjęciu głównym widać, że nie byli tak nasterydowani jak dzisiaj, normalne chłopy 😀
    Artykuł bardzo fajny, w końcu napisał go BLC. Szacun 😀

    (39)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Możesz podać źródła, z których korzystałeś?
    W Lakers. Złota historia (albo podobny tytuł) jest opisana, ale chcętnie coś innego czytnę. 😉

    (1)
  3. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe jurekmazurek
    Odpowiedz

    Ciekawa historia, bardzo dobrze opisana. Z tym klaskaniem to było kiedyś tak, że wszyscy pasażerowie klaskali, tym bardziej po takich problemach z lotem. Dziś jest to już rzadkość, no chyba że lecisz z grupa polskich pasażerów 🙂

    (2)
  4. Array ( )
    Zdjęcie profilowe all3
    Odpowiedz

    Podpisuję się… również pod tym by zapinać pasy, tydzień temu miałem wypadek złamana prawa ręka, obdarte kolana, i cholerny ból w klatce piersiowej po wybuchu poduszek. Pamiętajcie o pasach

    (2)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    @TracyMcKobe
    Nie nasterydowani tylko wtedy nikt nie traktował treningów wręcz “profesorsko”, nikt nie był ekspertem z fizjologii i nikt nie myslal zeby do sportu mieszac rzeczy z biologii, chemii czy fizyki. A treningi na silowe glownie polegaly na tym ze szedl facet na silownie machal sztanga do zmeczenia i do domu

    (0)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    @Cvsk: nie jestem pewien na 100%, ale treningi siłowe drużyny tak naprawdę zaczęły stosować chyba dopiero w latach 80. Bodajże w “Jordan Rules” pisało, że Bulls gdy za każdym razem w play-offs obrywali od Pistons, bo tamci mieli ogromną przewagę fizyczną – dopiero latem 90 wpletli siłownię w swój plan treningowy. Sam MJ jeszcze obawiał się, żeby przez to zbytnio nie usztywnić sobie nadgarstka.

    (1)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Artykuł bardzo fajny, nie znałem tej historii. Zdziwiło mnie a właściwie przykro zaskoczyło to że małym zainteresowaniem cieszą się tutaj “stare dzieje” NBA. Jasne że teraz wszyscy znają Lebrona, Melo czy “Stefka” ale wcześniejszy basket był nie mniej ciekawy, gracze równie barwni i widowiskowi. Czasy inne i basket trochę inny. Moje pokolenie na boisku chciało być Jordanem, Isiah Thomasem, Grantem Hillem, Reggie Millerem czy innym Shawnem Kempem. Kolesie wymiatali jak dla mnie i często wracam do niektórych spotkań (dostępnych w sieci) i stwierdzam pod wpływem emocji że to była dopiero NBA! Batalie NYK ze znienawidzonymi Heat czy Pacers..ehh to były czasy…
    Jestem pewny że lata 80′ czy 70′ też miały w sobie to co w NBA najpiękniejsze w wydaniu swoich czasów (tyle że w Polsce był wtedy “trochę” ograniczony dostęp do informacji ze świata). Teraz w dobie internetów, kablówek i wszystkiego “smart” mamy możliwość odrobić zaległości i ja Wam powiadam! 🙂 róbcie to bo koszykówka jest piękna a znając ją od zarania dziejów będziemy ją jeszcze bardziej szanować i rozumieć. Każdy sezon jest inny, każda dekada zmienia koszykówkę, każde pokolenie ma swojego “Jordana” i to co jest teraz może być dla większości najlepsze ale powiedz jak możesz nazywać się fanem, kibicem, wielbicielem jeśli nie masz potrzeby poznać swojej miłości na wylot?? 🙂
    Tak więc ja proszę o więcej “historycznego” basketu tym bardziej w tym ogórkowym czasie bo LaMarcus już podpisał kontrakt, Wade został w Miami a wałek Clipsów z Jordanem już zszedł z tapety. Zaczęły się NUDYYYYY.
    Pozdro dla wszystkich

    (7)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    @Gość: ogryzxxx
    mam podobne odczucia jak Ty, kolego. podobnie wychowałem się w czasach jordana, kempa, hilla i innych (moje czasy to bardziej drugi 3peat Bulls jednak). Wtedy, gdyb nba oglądało się w tvp2, później na tvn jak był nba action i rzut za 3 z obuchowiczem, kto pamięta?:):):) większość graczy znało się z gazet i telegazety, niesamowitą frajdą było wrócić potem do archiwalnych nagrań i móc skonfrontować swoje wyobrażenia o niektórych legendarnych meczach z rzeczywistością (bo wcześniej możliwe było tylko poznanie statystyk i to podstawowych)… dziś dzieciaki tego nie rozumieją, bardziej orientują się kto jakie ma buty niz na jakiej pozycji gra.

    (5)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    Kukurydza w styczniu? No ale nie ważne…
    Prawde mówiąc słyszałem o tych tragediach z końca tekstu ale o Lakersach dowiedziałem się teraz..

    (0)

Gwiazdy Basketu