NBA: Phoenix Suns nareszcie da się kibicować | Cade Cunningham graczem miesiąca

Dobry wieczór, obiecałem wpis „dziś” ale już do północy nie wyciągnę wszystkich znaków z głowy i nie przeklawiszuję na klawiaturze. Będzie na rano, mówi się trudno, staram się jak mogę. Dziś uczyliśmy się na sprawdzian czterech form wyrażania przyszłości po angielsku. Na pewno wiecie czym się różni I will od I am going to, na pewno. Patronami odcinka są: NIE MA. No cóż, nie zawsze się udaje, jak mawiał klasyk.
Ze spowitej mrokiem Gdyni ląduję myślami wprost do Motor City. Tam lokalni Pistons ledwie uciekli grającej dzień po dniu Atlancie, na dodatek przed własną publicznością, ale cóż, klasowa drużyna wygrywa także te mecze, w których „nie idzie”. Wynik poniżej setki (99:98) oznacza całą masę ofensywnych niepowodzeń. Hawks wyraźnie skupili wysiłki na zminimalizowaniu strzeleckich popisów lidera gospodarzy Cade’a Cunninghama (18 punktów oraz najmniej w całym sezonie 15 prób rzutowych) i do był dobry pomysł, bo jego koledzy, nazwijmy to zastępczy playmakerzy (Tobias Harris, Daniss Jenkins i Jaden Ivey) zanotowali łączną skuteczność 5/34 z gry!
Strefę podkoszową szczelnie zamknięto, na co Pistons odpowiedzieli 5/26 zza łuku. Zabolał tymczasowy brak Duncana Robinsona (podkręcona kostka) a coach nie zaufał jego zastępcy Chazowi Lanierowi, który na parkiet nie wstąpił wcale. No i widzicie, mówię o Pistons w kontekście całego sezonu, powtarzam: im zabraknie kompetencji strzeleckich w najważniejszych grach.
Znakomicie, z dużym zaangażowaniem rotują w obronie, są mistrzami gry pod kosz i uratowały ich właśnie tężyzna i zdecydowanie. Jalen Duren 21 punktów 11 zbiórek przy 9/12 z gry, slasher łamane na energizer Ron Holland 17 punktów 6/8 z gry, Caris LeVert 5/9 z gry. Cieszy niezłomna postawa, ale jak mówię: Robinson to esencja tej herbaty, przydałoby się więcej tych „movement shooters”. Klay Thompson do Detroit! Kto jest za? Szkoda, że w składzie nie utrzymali się Tim Hardaway Junior ani Malik Beasley, którzy w zeszłym sezonie nadawali tej ekipie ognia zza łuku. Przy naturalnym progresie, jaki dokonał się w szatni Detroit, na razie tego nie odczuwamy, ale będzie tamtych dwóch brakować, przekonacie się.
Jednocześnie pragnę zauważyć i z przyjemnością donoszę, że Cade Cunningham został właśnie mianowany Graczem Miesiąca wschodniej konferencji (po drugiej stronie mapy Graczem Miesiąca namaszczono Jokera). Bilans zespołu z Detroit to (17-4), a wobec podwójnego krycia wczorajszej nocy, może wielkich zdobyczy punktowych nie było, ale w to miejsce Cade dodał 8 zbiórek 8 asyst 6 przechwytów i 3 bloki! Także szacunek, bo ten akurat gracz nie ma słabych punktów. A propos punktów, gdy Hawks doszli na 95:95 (Johnson, Daniels, NAW waleczne chłopaki) to właśnie do Cunninghama należały dwa ostatnie trafienia. Duży jest, wjechał jak kula między kręgle:
Washington Wizards rozegrali perfekcyjny (ofensywnie) mecz przeciwko Milwaukee! Zabrakło środkowego Alexa Sarra, ale od czasu do czasu, gdy już nikogo niżej w tabeli nie ma, trener pozwala weteranom „pójść na całość”. Jak się uruchomi Khris Middleton, a kolegom nie brakuje skuteczności, to się wszystkim przypomina, jakiej klasy graczem był / jest Khris: 15 punktów 6 asyst, obrona, przewidywanie ruchów przeciwnika, umiejętne podwajanie Giannisa, z którym przecież znają się jak łyse konie.
Większe „statystyczne” wrażenie mogli zrobić CJ McCollum (28 punktów) czy oszukany środkowy Marvin Bagley (22 punkty 11/16 z gry) jednak to Khris w moim przekonaniu był „spoiwem” które pozwoliło skleić z tego zwycięstwo. Wizards ciaśniej siedzieli w pomalowanym, lepiej wracali do obrony, lepiej zbierali, popełnili mniej strat, wobec czego oddali aż osiemnaście rzutów z gry więcej, i tyle w sumie.
Cokolwiek wychodzi spod ręki Doca Riversa, nie jestem tego fanem. Giannis po naciągniętej pachwinie chwilowo jeździ nieco wolniej. Powrót do składu Kevina Portera Juniora trochę pogmatwał boiskową rolę Ryana Rollinsa, trwa docieranie się, życzymy powodzenia. Wizards błysnęli, ale dziś zapewne wrócą na swe miejsce w szeregu.
Heat spoliczkowali dziadków z Los Angeles (Clippers). Gra toczyła się kosz za kosz, Kawhi Leonard i James Harden punktowali. To znaczy może raczej powinienem napisać „wymieniali kolejnością ataku”, bo ewidentnie nie ma między nimi połączenia, żadnego efektu synergii, ogląda się to źle i odkąd kontuzji doznał Derrick Jones Junior, ta drużyna nie ma walorów motorycznych by myśleć o awansie do playoffs.
Miami to przeciwne spektrum, załadowani atletami, biegaczami, ludźmi o żelaznej kondycji. Jak mówię, w drugiej kwarcie górujący fizycznie nad wszystkimi Ivica Zubac wykończył akcję z góry, dzięki czemu goście prowadzili 46:44. Następnie oglądaliśmy serię 20:0 w wydaniu podopiecznych Erika Spoestry. Nie zastanawiali się ani przez moment przechodząc z obrony do ataku. Każda choćby na wpół otwarta pozycja, to przymus oddania rzutu. Wpędzili Clippers w taką niewygodę, byli tak skuteczni zza łuku, że Tyronn Lue w połowie spotkania grał trzecim garniturem.
24/46 zza łuku to bodaj wyrównany rekord klubu. Do tego 34 asysty i tylko jedenaście strat, co jest imponujące zważywszy na tempo ich akcji. Spoelstra gra obecnie dziesięcioosobową rotacją, wygrał 14 z 21 dotychczasowych meczów i znów wygląda jak jeden z najlepszych trenerów NBA. Jeszcze słowo dla tych, którzy martwili się o Tylera Herro. Ten po przerwie wywołanej kontuzją (w lecie przeszedł operację stawu skokowego) w kolejnych meczach notuje: 24, 29, 24, 22 punkty!
Pięknie chodzą, a właściwie latają, chłopaki. Heat to zdecydowanie najszybsze akcje, trzeci najlepszy defensywny rating (po Oklahomie i Detroit!) drugie miejsce w punktach z kontry (wciąż lideruja Raptors, ale spadają w tym elemencie po kontuzji RJ Barretta). Bolączką pozostaje defensywna zbiórka, ale to wynik napastliwości defensywnej wysokich obrońców, głównie Bama Adebayo, który nie obręczy chroni, ale głównie okolic linii rzutów wolnych w ataku pozycyjnym. Miami od zawsze mocno polegali na help defense, a to kwestia warunków fizycznych i porozumienia. Moim zdaniem mogą grać jeszcze lepiej, tak samo jak OKC (20-1!)
Bulls vs Magic (120:125) to przede wszystkim popis Desmonda Bane’a (37 punktów, w tym osiemnaście w czwartej kwarcie). Złapał flow skubany i nie puścił do końca. Kolejny raz dał publiczności w Orlando radość, uzasadnił cenę, jaką klub zapłacił za jego sprowadzenie. Na zwycięstwo pracowała jak zawsze cała ekipa, sercem zespołu jest Jalen Suggs, choć mu ofensywnie czasem idzie jak po grudzie. Franz Wagner płucami, Bane palcem pociągającym za spust.
Podoba mi się naturalny progres Anthony’ego Blacka oraz Wendella Cartera Juniora, którzy pod nieobecność Paolo Banchero objęli poważniejsze role, przez co niespecjalnie mi Paolo na parkiecie brakuje. Ani jako typerowi, ani „estecie” koszykarskiemu. Banchero mimo ogromnego talentu ruchowego to taki wieprz, który się wpieprza do koryta jako pierwszy i wszystko wpieprza, a jak wpieprza to roztrząsa. Nie pieprz Pietrze wieprza pieprzem.
Orlando bez niego mistrzowskiej koszykówki nie osiągnie, ale z nim znów będą się uczyli grać. W każdym razie, bilans Magików bez swej gwiazdy numer jeden to (7-2), wychodzą po mału z impasu, który ich dopadł na początku rozgrywek, bilans (13-8) to już wejście do pierwszej piątki zespołów na wschodniej mapie i tam jest właśnie ich miejsce.
Co tam dalej, Utah Jazz sensacyjnie pokonali Houston, w czym spory udział mieli chyba sędziowie. Lauri Markkanen i Keyonte George to bardzo zdolne chłopaki, generowali kontakt i nieprzerwanie przedostawali się na linię rzutów wolnych. Apteka gwizdków nie sprzyjała fizycznym, wolniejszym i nieco rozkojarzonym Rakietom.
Jusuf Nurkic umiejętnie zastawiał bronioną tablicę, przez co miejscowi nie dali się pobić na deskach. Ba! Oni sami ponawiali akcje. Koniec końców Jazz w kluczowych momentach nie dało się zatrzymać, dwaj wymienieni wcześniej gracze gospodarzy osiągnęli do spółki 57 punktów, 12 zbiórek, 8 asyst, w tym 19/23 FT. Rockets mimo zabiegów Senguna, Duranta i Amena Thompsona, jako zespół osiągnęli zaledwie 29% zza łuku. Moim zdaniem dość lekceważąco podeszli do rywala i się przejechali. Ogółem mówiąc, mamy tutaj podobny kazus co w Detroit. Po namyśle uważam, że Houston w dłuższym okresie zabraknie kompetencji strzeleckich. W jednej i drugiej ekipie gra bliźniak Thompson, no popatrz…
Na koniec Phoenix i lanie zafundowane pysiulkowi Luce, dziadkowi LeBronowi i reszcie gwiazdeczek. Zwycięstwo na wyjeździe z Lakers (125:108) to chyba największy dotychczasowy sukces klubu z Arizony, w tym sezonie. Bilans (13-9) imponuje zważywszy ograniczenia kadrowe. Druga opcja Jalen Green nie gra, uraz trzyma Graysona Allena, a w pierwszej połowie na dodatek z parkietu zejść musiał lider Devin Booker, który naciągnął pachwinę. Mocno mu kazali jak dotąd pracować, mam nadzieję, że go to nie popsuje doszczętnie, bo bez niego Suns zgasną równie prędko, co się wznieśli ponad widnokrąg.
Tym niemniej, panowie Dillon Brooks i Collin Gillespie wciąż lecą pod radarem, obaj grają koszykówkę wysokich lotów. Pierwszy jest kompletnie bezkompromisowy, prowokacyjny, fizyczny, wjeżdża w LeBrona, prowokuje Lukę, jest najbliższym, co nam zostało w lidze na kształt Dennisa Rodmana. Jego się nie da nastraszyć, odporność psychiczna to jego największy walor, no i oczywiście kawał cielska.
Gillespie to natomiast technik z mocnym rzutem. Dominuje szybkością, przypomina mi gościa z drugiej strony, czyli Austina Reavesa. Wczoraj dał 8/14 zza łuku, uwierzycie? Łączny dorobek Brooksa i GSP (tak go nazwijmy) to 61 punktów 25/45 z gry 10/21 zza łuku. Dodaj grupę zadaniową, tablice czyści Mark Williams, niedoszły center Lakers, który dopóki pozostaje zdrowy, robi ogromną różnicę pod obydwiema obręczami. Ma największy zasięg pionowy w NBA, wyciągając się w górę jest dłuższy od Wembanyamy!
Do tego wszechstronny i doświadczony Royce O’Neale (6 punktów 7 zbiórek 11 asyst). Ograli gospodarzy w każdym elemencie, a najbardziej wymowna jest kategoria przechwytów: 16-1 dla Suns! Mowa o energii, chęciach, zadziorności i entuzjazmie, który się z tego rodzi. PHX się miejscowym gwiazdom kłaniać nie zamierzało, popatrzcie!
Dobrego dnia zatem, Panowie, Panie. Dziękuję wszystkim za uwagę, jutro (dziś) wysyłam książki, realizuję zaległe zamówienia, ostatnie dni nie mogłem się zabrać do tego, wybaczcie. Kto jeszcze I love this game II nie nabył, zachęcam. Gwarantuję ciekawą przedświąteczną lekturę. Jeśli lubicie formę artykułów, książka czy też książki, bo zostało jeszcze parę zestawów, również przypadną Wam do gustu. Tymczasem odpalam mecze, take care now! B











Dzięki, mądrego to i dobrze poczytać;)
Nic o reprezentacji i eliminacjach? Bardzo wdzięczny team do kibicowania.
Dzięki. A PL z NL oglądałeś może?
Wstaje rano patrzę jest nowy artykuł, klasa! Obecnie mam drugie dziecko od niedawna, czasu mało, okazjonalnie wleci jakiś podcast, bo wolnego nie starcza nawet na oglądanie z uwagą highlightsów, zresztą social media już dawno wyłączone, patrzę głównie na tabelę z wynikami… ale mimo wszystko na artykuły tutaj zawsze znajdę czas.
Skondensowana, treściwa, a mimo to okraszona autorskim stylem forma. Nie oglądając nic, mam jakikolwiek pogląd co się dzieje w lidze, nawet bez praktycznej możliwości oglądania meczów i praktycznie nie mając czasu. Dzięki
Clippers zwolniło Chrisa Paula!!!
WTF?!!!
Po niedawnej dyskusji na temat mocy Lakers xd (czy bedą w 6 czy nie bedą) musialem obejrzeć ostatnie 3 mecze Lakers i naszła mnie taka refleksja o rzeczywistej pozycji Doncicia w lidze i czy Luka rzeczywiście jest w top 3/5 zawodników NBA i czy realnie można oprzeć na nim zespół który miałbybyć faworytem do tytułu.
Jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko czysty skill to na pewno tak, gość potrafi trafiać niesamowite rzuty, jest jednoosobową armią ofensywną, ma świetny przegląd parkietu i gdyby o mistrzostwie miało decydować to że wygrywa drużyna której zawodnik w serii 7 meczowej rzuci średnio najwięcej punktów to drużyny Doncicia byłyby faworytem co rok ale że o mistrzostwie decyduje drużyna a nie jednoosobowe popisy to mam duże wątpliwości.
Ale teraz druga strona medalu, Luka niesamowicie dominuje piłkę, prawie każda akcja Lakers to jest pick and roll Doncicia z innym graczem i albo zagranie do wysokiego albo step back 3 Luki, mimo że jest to napewno efektywne to też powoduje że reszta graczy jest wyłączonych z gry. Jak by zobaczyć jakie drużyny ostatnio wygrywały albo były najlepsze to czy to Indiana czy Okc, Denver, Boston, czy wcześniej Golden State są przeciwienstwem tego co gra Luka. Tam piłka chodzi szybko, jest wymienność pozycji, każdy kozluje, każdy rzuca 3, mamy agresywną obronę i szybkie kontry z niej wynikające. Najbardziej zrobił wrażenie na mnie ten mecz z Phoenix, Luka rzucał punkty z łatwością ale miałem wrażenie że Suns tego chcieli na zasadzie niech się zmęczy, niech bierze każdą akcję a my nie damy grać reszcie i spokojnie wygramy. Dla porównania Suns w tym meczu w ataku grali niesamowicie szybko, każdy rozgrywał, dużo 3 z czystych pozycji a nie z obroncą jak Luka, próby gry z wysokim, gra na post Brooksa, krótko mówiąc różnorodna koszykówka.
Luka bez piłki jest w ogóle nie przydatny, stoi po prostu w rogu i nie robi żadnego ruchu.
Druga sprawa to obrona Luki, można mówić że Doncic schudł i inne pierdoły ale Doncic nie ma nawyków obrońcy nie ma checi bronienia a już o powrocie do obrony przy kontrze rywala nie będę mówił bo to jest kryminał.
Jak porównamy Luke i innymi gwiazdami to moim zdaniem nie wygląda to dobrze dla niego.
Jokic czyni całą drużynę lepsza, nie gra pod siebie tylko pod całą ekipę.
Shai nie dość że w obronie jest 2 klasy wyżej niż luka to w ataku jest wielowymiarowy, nie potrzebuje zawsze mieć piłki w rękach żeby być ważnym.
Sengun to samo, jakbym miał wybrać kogoś na kim chce wygrać mistrzostwo to już teraz wybrałbym senguna nad Luką.
Do tego spokojnie można by się zastanowić nad Currym czy Giannisem.
Do tego tacy zawodnicy jak Edwards, Tatum, może Cunningham czy Haliburton w formie z ostatnich Play off.
Podsumowując Luka pod względem indywidualnych umiejętności ofensywnych napewno jest top 3 ligi ale ja jak bym miał budować na nim mistrzowską to miałbym wątpliwości czy to może się udać i czy nie lepiej postawić na kogoś innego.
Shai w ataku wielowymiarowy? Widziałeś kiedyś, żeby catch-and-shoot jakąś trójkę wkleił? To jest typowy scorer, który ofensywnie gra głównie pod siebie (taką ma rolę i jest w tym najlepszy w całej lidze), a jako playmaker jest raczej średni i do Luki/Jokicia nie ma za bardzo podjazdu. W obronie też go sadzają na najsłabszego shooters przeciwnika i wiele w tym względzie nie wnosi w porównaniu do reszty drużyny i właśnie w drużynach na dzień dzisiejszy tkwi różnica, bo Lakers nie mają zawodników mogących eksponować walory Luki, a SGA może się skupić na zdobywaniu ounktów, a brudną robotę robią za niego koledzy. Luka doszedł do finałów i finałów konferencji przed skończeniem 26 roku życia, z dwoma różnymi składami, a niektórzy dalej nie wiedzą czy można na nim oprzeć mistrzowski zespół ^^
Wiemy czym się różni.
To nie fizyka kwantowa, nie ma czym szpanować.
dzięki za wpis. nawet jak ma być krótko, z reklamami czy szybkie newsiki, warto, pisz redaktorze. Samograj na gdybanie – o co chodzi z Clippers, i gdzie może pójść CP3 (jeszcze jako zawodnik i czy od razu płynnie tam to sztabu)? czy ktoś ze starych i jednocześnie kontenderów (okc, houston, a może lakers… komu pokazać kilka sztuczek i podejścia w szatni i na ławce? a może szkolić rozgrywania i sztuczek… i wchodzić w sztab)? najśmieszniej gdyby poszedł i zdobył miśka w tym ostatnim sezonie ..oby
To jak LBJ zostal na boisku, aby zdobyc te 10 pkt i podtrzymac serie pierdyliarda gier z minimum 10 pkt bylo nieco zenujace. On nic nie madrzeje. Serio z nim na boisku gorzej oglada sie ten zespol. Wiem, ze to pierwszy mecz po powrocie, ale on dla statystyk zrobi wiecej niz dla dobra druzyny.
Luka i Reaves gdyby dostali za ten hajs co bierze Lebron jednego lub dwoch graczy 3&D mogliby powalczyc z Denver i OKC. Z LBJ’em tego nie widze a wiemy, ze on w PO’s z takimi Denver lub OKC w 4 kwartach bedzie wypompowany w ataku nie mowiac juz o obronie co pokazywaly poprzednie sezony
Jezu to Detroit az chce sie ogladac i kibicowac. Zycze im finalow NBA choc to troche na wyrost, ale pomarzyc mozna 🙂
Czapki z glow dla Spoelstry i Miami. Znowu moga byc czarnym koniem na wschodzie i nikt z nmi nie bedzie chcial grac 😉
Fajny komenarz o Luce. Tak, raczej nie wygra mistrzostwa… ale do finałów może dojść. Dominuje nad piłką, ale też nad rywalami. Zawsze potrzebuje 2 gościa do pracy z piłką Brunson, Irving teraz Reaves. Daje z siebie 100% i zapełnia halę i ma coś jeszcze.. jak dziecko cieszy się grą.
Czy jest w 5 nie wiem, ale playoffy z nim są zawsze w roli głównej 😁.Dla odmiany od Morantów, KATów i Leonardów budzi sympatię.
A i ja go widzę wyżej widzę od Senguna, bo bardziej czyta grę { może Turkowi za bardzo zależy, za bardzo się podpala}