Don MacLean: Bye, Mister American Pie

13

Jako fan dawnej “old-schoolowej” NBA lubię obejrzeć czasem jakiś archiwalny mecz. Nie chcę prowokować kolejnej dyskusji o intensywności obrony czy wyższości rzutu z dystansu nad pozostałymi zagraniami toteż abstrahując od poziomu sportowego, stylu gry czy otoczki marketingowej – pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że 25-30 lat temu Narodowe Stowarzyszenie Koszykówki było bardziej…narodowe.

Począwszy od Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie, poprzez eksplozję popularności basketu na świecie, upadek Żelaznej Kurtyny, globalizację, otwarcie granic, na rozwoju skautingu skończywszy – w najlepszej lidze świata coraz częściej pierwsze skrzypce grają już nie Amerykanie, ale Europejczycy, a nawet reprezentanci bardziej egzotycznych stron świata.

Kiedy bohater dzisiejszego artykułu miał zaledwie rok, wielkim przebojem, szturmującym kolejne listy hitów była piosenka jego imiennika o niemal identycznym nazwisku: Dona McLeana pod tytułem „American Pie”. I tak jak utwór ten, nawiązujący do katastrofy lotniczej z 1959 roku opisywał koniec pewnej epoki w historii muzyki popularnej, tak koszykarz, o którym mowa był w pewnym sensie jednym z ostatnich reprezentantów określonego typu graczy NBA, niegdyś całkiem często występującego – utalentowanego, białego Amerykanina, gwiazdy lokalnej szkoły średniej, potem uczelnianej, “złotego chłopca” amerykańskiej koszykówki.

Golden Boy

Można zaryzykować stwierdzenie, że od czasów Larry’ego Birda kibice za oceanem wciąż czekają na “wielką nadzieję białych”. Celowo pomijam tu oczywiście znakomitych zawodników na przestrzeni 20 ostatnich lat jak Dirk Nowitzki, bracia Gasol, Marcin Gortat (hehe) czy ostatnio Luka Doncic albo sobowtór Andrzeja Gołoty w Denver. Oni wszyscy to dobro z importu, które nie uosabia idei „American Dream” (przynajmniej nie w pełni), a redneckom z Indiany popijającym Budlighta przed telewizorem raczej trudno się z nimi utożsamić.

Nie chcę insynuować tu jakichkolwiek rasistowskich inklinacji, miejsc w NBA jest na tyle mało, że prawie zupełnie zajmują je gracze ciemnoskórzy, którzy choćby atletycznie potrafią dominować w niższych poziomach rozgrywek, resztę bierze zaś dla siebie zaciąg zagraniczny. Mimo wszystko jednak, w USA jakiś czas temu pojawiły się dyskusje na ten temat, czego dowodem jest choćby poniższy reportaż:

Wielka nadzieja białych

Począwszy od końca lat osiemdziesiątych przewinęło się przez amerykańskie parkiety całkiem sporo zawodników mających teoretycznie potencjał na stanie się kolejnym Larrym lub choćby Kevinem McHale. Pomijając Toma Chambersa (zaledwie 3 lata młodszego odgo All-Stara i finalistę z 1993 roku, byli to m.in. Tom Gugliotta (bardzo boli mnie fakt pominięcia tego znakomitego koszykarza w składzie All-Time Timberwolves w NBA2K), Christian Laettner (Dream Team 1992, gwiazda uniwerku Duke) czy właśnie nasz dzisiejszy bohater Don MacLean. Współczesnym zawodnikiem najbardziej pasującym do tej charakterystyki (ponownie – biorę pod uwagę jedynie graczy urodzonych w USA) jest chyba Kevin Love.

MacLean przyszedł na świat w 1970 roku w Palo Alto (po hiszpańsku „długi kij”) w Kaliforni – było to oczywiście przed eksplozją rozwoju branży IT i uczynieniu tej miejscowości stolicą Doliny Krzemowej. Z Kalifornią związał również swoją przyszłość – po udanych występach w szkole średniej (w ostatnim sezonie zaliczony do All-American) na miejsce dalszej edukacji oraz rozwoju sportowego wybrał słynną i utytułowaną uczelnię UCLA. Grając przez 4 sezony w składzie „Niedźwiadków” był niekwestionowaną gwiazdą, już po pierwszym sezonie mogąc cieszyć się tytułem Debiutanta Roku konferencji Pac-10 (obecnie Pac-12), a przez cały okres studiów zdobywał średnio 21 punktów, 8 zbiórek i 2 asysty na mecz.

Do dziś dzierży rekord zdobytych punktów dla UCLA (2608 – a przecież w trykocie tej uczelni swego czasu biegał sam Kareem Abdul-Jabbar czy choćby Reggie Miller) który jest również rekordem konferencji Pac-12. Mimo sukcesów indywidualnych MacLeana, szczytem możliwości drużyny prowadzonej przez trenera Jima Harricka było wejście do Elite Eight w 1992 roku.

#19

Po tak udanej karierze uniwersyteckiej, MacLean został wybrany z 19. numerem draftu 1992 roku. Detroit Pistons z miejsca oddali go Los Angeles Clippers, ostatecznie MacLean zlądował w Washington Bullets. Choć w przeliczeniu na 36 minut gry statystyki Dona w debiutanckim sezonie były naprawdę imponujące (22/6/2) to ograniczone zaufanie ze strony trenera Wesa Unselda pozwoliło MacLeanowi jedynie na zdobywanie przeciętnie 6 punktów przy 11 minutach spędzanych na boisku.

Znaczna zwyżka formy oraz zdecydowane zaznaczenie obecności na parkietach NBA nastąpiły w kolejnym sezonie. Jego zwieńczeniem było uzyskanie przez mierzącego 208 cm wzrostu i dysponującego miękkim nadgarstkiem skrzydłowego nagrody “Most Improved Player”. Choć wydawało się, że od tej pory może być tylko lepiej, to niestety kłopoty zdrowotne (jedynie 39 występów w sezonie 1994/95) pogarszająca się efektywność na boisku, zmiana trenera (Unselda zastąpił Jim Lynam) a przede wszystkim konkurencja na pozycji power forward ze strony Toma Gugliotty, Juwana Howarda oraz Chrisa Webbera doprowadziły do transferu “złotego chłopca” do drużyny Denver Nuggets.

Bar kanapkowy

Tym samym Don MacLean rozpoczął nowy rozdział kariery stając się typowym “journey manem”. W ciągu kolejnych 6 sezonów zaliczając 6 klubów. Po kolei: Nuggets, 76ers, Nets, Supersonics… W Seattle otworzył bar kanapkowy, gdzie osobiście stawał za kontuarem. W końcu występując w zaledwie 17 spotkaniach miał na to czas. Dalej byli Phoenix Suns – tu połączył siły z dawnymi kolegami z Waszyngtonu: Rexem Chapmanem i Tomem Gugliottą, a także Scottem Skilesem, który został szkoleniowcem. Ostatecznie przygodę z zawodowym graniem w kosza zakończył w Miami Heat.

W swoim ostatnim sezonie, pod wodzą Pata Rileya zasłynął niestety jedynie incydentem. W listopadzie 2000 roku jako pierwszy koszykarz najlepszej ligi świata został zawieszony na 5 meczów za używanie sterydów. Cóż, być może w ten sposób próbował ratować karierę, wszak koledzy określali go jako “gym rat”… Koniec końców, wystąpił w zaledwie 8 spotkaniach i tak pożegnał się z NBA. Bye, Mr American Pie…

Basketball Life

W 2002 został powołany do UCLA Athletics Hall of Fame. Po zakończeniu kariery zawodniczej związał się ponownie ze swoją “alma mater” jako analityk koszykarski. Będąc cenionym w tej branży, do dziś współpracuje także z Fox Sports czy LA Clippers Tv. Zawodowo przygotowuje również potencjalne przyszłe gwiazdy NBA przed draftem prowadząc treningi indywidualne. Jest także dyrektorem dziecięcej ligi koszykówki, Conejo Valley Basketball Club.

Jego najstarszy syn (ma trzech) Kyle jest obecnie liderem drużyny liceum Westlake i być może będzie mu dane pójść w ślady ojca. Czyżby jednak kolejna szansa na obiecującego białego Amerykanina w NBA? Zobaczymy…

Don MacLean: 9 lat kariery w lidze przyniosło średnio: 10.9 punktów 3.8 zbiórek i 7.0 klubów.

[autorem wpisu jest Julius Tkacz]

Ostatnie Wpisy

13 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Niestety w tym roku jeszcze więcej osób będzie miało okazję słuchać tego pana jako komentatora LA Clippers.
    Gość ma tak nużący głos, tak strasznie nudzi tym co ma do przekazania, że tylko spać się chce oglądając mecz.

    (-2)
    • Array ( )

      Stockton i atletyzm? Poza tym słyszałeś buczenie fanów Utah na jego wybór? Tak się wita wielką nadzieję?

      (1)
    • Array ( )

      W sumie racja. Częstym gościem w domu Stocktonów był nasz rodak Przemek Karnowski. Kumplował się z synem Johna, przez co dobrze poznał Johna i mówił, że to swój chłop.

      (6)
  2. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe Wilcu
    Odpowiedz

    Ciekawe, ciekawe :p ten reportaż też daje do myślenia, może dlatego tak kibicuje Donte DiVincenzo oraz Graysonowi Allenowi 😛

    (4)
    • Array ( )

      Akurat atletą Stockton był niesamowitym. Wystarczy spojrzeć ile rozegrał sezonów i minut oraz ile spotkań opuścił przez kontuzje (w ciągu 19 sezonów jedynie 31 spotkań!). Przy okazji fajna historyjka od Chrisa Webbera:
      Webber on the Dan Patrick show:
      He said the Kings were playing the Jazz in the playoffs. It was the first game and Webber tells his coach right before tip off “I am going lay out Stockton and put him on the ground on the first play.” Webber said how he thought this would set the tone for the series and intimidate Stockton.

      First play Webber says he sets the hardest screen he ever set in his life and nailed Stockton. Stockton went flying and hit the ground hard. Stockton got up and patted Webber on the behind and said “Nice screen”. Webber said that was so demoralizing and completely through him off.

      Another time the Kings were on the bus after pulling up to the arena to play the Jazz. Webber told everyone on the bus to sit, look out the window and watch the baddest man in the NBA pull up. A mini van then pulled up and out came Stockton wearing jeans and some plain shirt. Webber said “There he is… A bad man.”

      (12)

Gwiazdy Basketu