Najbardziej dysfunkcyjne składy NBA wkraczające w sezon 2025/2026

Najbardziej dysfunkcyjne składy NBA wkraczające w sezon 2025/2026. Dysfunkcyjny, w najprostszych słowach, oznacza rozj%bany, czyli „nie działający prawidłowo”. W kontekście drużyn NBA mam na uwadze: brak zdrowej relacji między zawodnikami, tarcia o rolę czy hierarchię, niesprawną obronę albo atak, złe dopasowanie: elementów, talentu, charakterów, warunków. Rozumiemy się? To świetnie! Patronami odcinka są _____ ja nazywam się Bartek Gajewski, a to są GWBA, czyli gwiazdybasketu. Miło, że wpadłeś.
New Orleans Pelicans
Dejounte Murray i Jordan Poole żreć się będą tak bardzo, że ich nawet Jose Alvarado nie pogodzi. Pierwszy wraca po zerwanym ścięgnie Achillesa, chcąc udowodnić, że wciąż jest na topie, a Pels to „jego” zespół. Poole po transferze musi się zaznaczyć jako kozak, inaczej wieść po nim przepadnie, a razem z nim przyszłe, wielkie kontrakty. Obaj są niezwykle chaotyczni na piłce, a kreują przede wszystkim siebie samych. Ci dwaj to gwarancja koszykówki ulicznej, prędkiej, ale pozbawionej powtarzalności. Co gorsza, obaj „rozgrywający” są znacząco poniżej kreski w obronie. Kolejny obwodowy ananas, czyli Jordan Hawkins – rzuca wszystko, co mu się nawinie pod rękę. To już ich będzie dwóch z Poolem. Cienki jak tyczka, gość wnosi jeden element, niestety.
Zion Williamson w dominującej roli łowcy punktów pozostaje efektywny, ale wymaga ściśle określonych warunków pracy. Gość nie rzuca zza łuku, więc musi mieć strzelców wokół siebie i przestrzeń w polu trzech sekund. Z nim można najlepiej grać z kontry, pick and rolla przy dobrym spacingu albo dać piłkę i zejść z drogi. Koniec końców facet rozgrywa trzydzieści meczów, z czego zespół wygrywa dziesięć, bo Zion defensywnie oddaje tyle samo, co zdobywa. Każdy rywal o zdrowych fundamentach bije w jego wolne nogi, a od ciągłych zmian kierunków siadają mu ścięgna i wiązadła. Waga 130 kilogramów swoje robi.
Wyświetl ten post na Instagramie
Yves Missi jako środkowy – fajny, energiczny dzieciak o niezłej koordynacji, ale surowy, bez umiejętności, jakie winien posiadać nowoczesny center. Gdzie mu tam współpraca z Zionem, któremu wyłącznie zabiera przestrzeń. Oczywiście to nie koniec, Pelicans mogą pójść w świetnie rzucającego wysokiego Matkovica, ale wtedy już kompletnie nie ma komu zbierać. W tym celu przyciągnięto wychowanka Golden State Warriors Kevona Looneya, który zbiera świetnie i co nieco potrafi opuszczając pole trzech sekund, ale jakiż będzie szok, gdy po latach u boku Stepha Curry’ego, Looney pogra z Zionem…
Całości dopełniają Murphy i Jones, defensywnie ukierunkowani atleci o dalszym potencjale rozwojowym, których szkoda mi najbardziej. Osobiście uważam, że New Orleans stać maksymalnie na trzydzieści zwycięstw w nadchodzącym sezonie, zapewne wygrają mniej, ale to już będzie zależeć od zdrowia i dalszych ruchów kadrowych. Pierwszym krokiem do uzdrowienia będzie transfer Williamsona, ale nie widzę chętnego, który by się skusił. Zion jest jak żywcem wyjęty z NBA lat dziewięćdziesiątych, jeszcze przed wprowadzeniem obrony strefowej. Dziś skończyły się czasy na „wybryki natury”, liga poszła do przodu, a Williamson niestety nie spełnia podstawowych wymogów bycia zwycięzcą w tej grze.
Philadelphia 76ers
Szef kadr Daryl Morey zatrzymał się w poprzedniej dekadzie. W dalszym ciągu skupuje największe, dostępne talenty bez względu na ich dopasowanie, resztę uzupełnia na dziale promocji.
Na piłce zagrają ultra atletyczni Maxey oraz rookie Edgecombe. To zapewne najszybszy obwodowy duet w całej lidze. Jak będzie z czego biegać, to będzie dobrze, jak będzie gra pozycyjna to Edgecombe będzie chłopakom jedynie przeszkadzał. No i właśnie nie wiem, kogo bym wolał na dwójkę, a kogo jako „szóstego”. Chyba jednak wracający po kontuzji Jared McCain będzie grał z ławki, bo więcej umie z piłką i warto mu ją dać do rąk, o co w wyjściowym składzie będzie trudno, wręcz niemożliwe.
No bo właśnie, obok nich występować będą dwa parowozy czekające na suwnicowego: Paul George i Joel Embiid. Ci dwaj w ogóle nie powinni biegać, są najlepsi w grze pozycyjnej, a jeszcze lepiej bez liczenia punktów. To znaczy liczmy ich indywidualne zdobycze, ale wynik meczu, po co? Może im się chce momentami, ale cały mecz trzymać skupienie i rozkładać siły, aby starczyło na czwartą kwartę? Eee…

Rozumiecie jaki tu jest groch z kapustą? Bambaryła Embiid, torpeda Maxey, mentor George, pogodzony z losem Oubre, surowy Edgecombe, nienasycony McCain, pozbawiony przestrzeni Justin Edwards, podstarzały Gordon, letargiczny Watford, chaotyczny Drummond, atletyczny Bona – każdy ciągnie w swoją stronę, żaden nie ma walorów łączących, stanowiących spoiwo tych niewątpliwie utalentowanych ludzi. Grają na różnych prędkościach, na różnych rejestrach i ja tego nie kupuję za grosz, bo prędzej czy później komuś zabraknie zdrowia albo motywacji. Brakuje jeszcze Quentina Grimesa na dokładkę. Jego losy wciąż się ważą. Podsumowując, jak oni wygrają połowę meczów na słabym Wschodzie w kolejnym sezonie, to będzie sukces.
Sacramento Kings
Mydlili nam oczy przez chwilę, po latach awansowali do playoffs i palili w niebo jakieś lasery, ale powróciły stare nawyki-praktyki, a Kings ponownie znikają z listy poważnych zespołów NBA. Dennis Schroder i Malik Monk, Zach LaVine i DeMar DeRozan – wszyscy czterej potrafią grać wyłącznie z piłką w rękach. Bez piłki stanowią o słabości zespołu. Dodaj do listy jeszcze środkowego, haha. Jak długo jeszcze Domantas Sabonis będzie występował jako centralny port komunikacyjny dotykający gały w każdej możliwej akcji, skoro nie przynosi to efektów w postaci zwycięstw?
Grali szybko z Foxem to im władowali DeRozana do „pomocy”. Chwała gościowi, bo jest profesjonalistą o dobrym zdrowiu, potrafi wymuszać faule i brać na siebie końcówki, ale ludzie, gdzie on do Sabonisa? Żadnej chemii między nimi nie ma, albo jeden albo drugi. Obaj ustawiają się na tych samych centralnych klepkach. Co więcej, ani Monk, ani Schroder to nie jest materiał na wyjściową „jedynkę” NBA, co dobitnie pokazało pięć, sześć, siedem ostatnich sezonów. Co to w ogóle jest za pomysł?

Jak ma się Keegan Murray rozwinąć jak on piłki prawie nie ma, bo jeszcze latawiec LaVine pobiera przecież swoje pobory, przybory do pisania, zdobywania punktów? Sabonis nie ma zmiennika i to też są jaja, bo ani Eubanks ani tym bardziej Saric, tak czy nie? Ja tu widzę spadek w rankingach jedynie, było czterdzieści, będzie trzydzieści parę zwycięstw.
Toronto Raptors
Quickley – to się nadaje do gry w parku, jak się wyśpi i ma flow to trafia seriami i asystuje zza pleców. Innym razem jest nieprzydatny, poniżej normy fizycznie, w obronie cieniutki. Barrett – jego największym walorem jest penetracja i gra na kontakcie. Niestety nie zrobił postępów, gdyby było inaczej, wciąż oglądalibyśmy go w Madison Square Garden. To jest świetny facet, ale musi mieć przewagę fizyczną oraz przestrzeń, o co trudno. Raptors wciskają go w rolę 3 +D, która mu nie leży. Ingram – gość z warunkami na pierwszą opcję, ale bez charakteru. Szatnia będzie walić ziołem. Chill i zaniedbanie zaklęte w starzejącym się ciele. 27 lat na karku, a on wciąż niczego w lidze nie osiągnął.
Barnes – malują go nam od lat jako franchise-playera, którym ten po prostu nie jest. Podejrzewam go o problemy natury przewodnictwa nerwowego. Gość jest skończenie nierówny zarówno jako ball-handler, obrońca oraz shooter. Każde wejście pod kosz to krzyki zarzynanej świni, to nie licuje z charyzmą, jaką powinien posiadać lider składu. Poeltl – solidny, ciężko pracujący center, który braku umiejętności nie przeskoczy. Stawia zasłony, roluje, podaje, zbiera, ale nie zbudujesz na tym ekipy. Wyrobnik.
To pierwsza piątka zespołu. Każdy z innej bajki, nie do poskładania. Nie dziwię się, że Masai Ujiri odszedł. Zbyt wiele kompromisów kadrowych oznacza brak przyszłości w klubie kanadyjskim. Raptors najciekawszych to mają role-players: Ja’Kobe Walter – Jamal Shead – Gradey Dick – Ochai Agbaji – rookie Collin Murray-Boyles – Jonathan Mogbo. Wszyscy z energią, entuzjastyczni, skorzy do pracy.
Pierwsi dwaj grają w obronie na piłce, Dick to strzelec na wszystkich trzech poziomach, ale najciekawszy z nich jest pierwszoroczniak CMB, o którym będzie głośno w nadchodzącym sezonie, zobaczycie. Waleczny, zadziorny, werbalny, od razu będzie clash charakterów z Ingramem, także siedzimy na tykającej bombie. Ile wygrają w przyszłym sezonie? 35 zwycięstw maks!
Honorable mention
Skończone tankowce jak Utah czy Washington zostawiam w spokoju, bo tam już trochę zdrowego rozsądku wchodzi. Jazz odchudzili roster, oddali Sexton i Clarksona, którzy nijak im się przydawali, wręcz ograniczając potencjał rozwojowy dzieciaków. Wizards wytransferowali Poole’a (duży plus) oraz litościwie zwolnili Smarta, ale wciąż przeginają wrzucając zbyt wielu utalentowanych ludzi do jednego, podgrzewanego kotła. Tam na pozycjach 1-3 grać może dziesięciu niemal równorzędnych typów. Zobaczymy.
A tak przy okazji, jutro wrzucam artykuł z typami długookresowymi NBA, dotyczącymi liczby zwycięstw. Ostanie cztery sezony przyniosły w tym zakresie wynik 13-1. Jedyna pomyłka to zeszłoroczni Hawks. Myślałem, że wyprzedadzą skład (i owszem, Hunter i Bogi poszli w transferze), ale nie przewidziałem jak słaby ostatecznie będzie EAST. Dlatego, kto chce być gotowy jutro, zanim zdejmą ofertę albo kursy staną się nieopłacalne, zapraszam do rejestracji tutaj:











Świetna analiza. GWBA umie jak nikt wyjaśnić frajerów i miekiszonow, niczym osiedlowy prawilniak,, którego każdy slucha. Propsy.
Może artykuł o trenerach jak zmieniali oblicze ligi w ostatnich latach ? Mieliśmy erica spolesrte, który ’ odkrył Lebrona na 4 ce gdzie grałem tyłem do kosza, otoczony strzelcami, bez rasowego centra. Wszyscy chcieli grac small ball . Potem mieliśmy Kerra i ” grupę gości rzucających za 3. Wszyscy chcieli rzucać trójki. A teraz mamy młode dynamiczne ekipy. Na wzmiankę zasługuje Ric Carls, jeszcze nie dawno dziadka Dirka otaczał obojętnie kim i klepali przez lata po 50 zwyciestw na mocnym zachodzie. A teraz odpowiada za topowa IND grająca zupełnie innym stylem.
Pozdro .
Genialna definicja dysfunkcyjnksci zrobiła mi dzień! ;))
Czy można powiedzieć, że Shaqa w dzisiejszej koszykówce czekałby podobny los jak Ziona? Czy jednak był on jeszcze większym frikiem i to, że koszykówka poszła do przodu nie miałoby znaczenia przy jego warunkach i talencie?
Ani Jordan ani Shaq nie byliby dziś tak dominującymi graczami.
Tak jakby Jordan nie mógł robić tego wszystkiego co SGA przy o wiele lepszych warunkach i wyższej efektywności w porównaniu do jemu współczesnych zawodników. Ciężej byłoby dziś zbudować taki skład jaki był w Chicago, ale przy takiej ochronie zawodników ofensywy jak jest teraz indywidualnie Jordan wciągałby dzisiejszą ligę nosem…
No właśnie jak oglądam na yt wypowiedzi byłych graczy NBA (w tym też O’neila) oraz obecnych dziennikarzy to na hasło Shaq w dzisiejszej NBA słychac tylko jak by niszczył wszystkich pod koszem i nikt by go nie zatrzymał. Przyjmuje taką argumentację, ale zastanawiam się czy on by nadążył z szybkością gry (w tym też jego ciało czyli uniknięcie kontuzji) oraz z wyciąganiem spod kosza bo teraz 4 i 5 potrafią rozciągać grę , a on nawet osobistych nie umiał rzucać. Czy nie byłby on takim drugim Zionem?
> Ani Jordan ani Shaq nie byliby dziś tak dominującymi graczami.
Chyba zapomniałeś dziś o snickersie.
Snickers 🙂 ale to fajnie wymyśliłeś 🙂
Wiele mógłbym pisać na ten temat, częściowo o ewolucji NBA napisałem w książce. 📕
Bartek, nie tylko ty mógłbyś wiele o tym pisać. Po prostu takie autorytarne stwierdzenia nie mają sensu. Może by dominowali może nie. Żadną swoją „analizą” nie jesteś w stanie tego stwierdzić i udowodnić.
Chyba się zagalopowałeś. Nie lubię tego co piszesz, całego stanowiska oraz tego, skąd zapewne się bierze. Nosi w sobie niezgodę, niespełnienie, w każdym razie elementy ograniczające.
Mówić ludziom co mają robić, na dodatek w ich własnym domu, może tylko ktoś niewarty zapraszania.
Chcesz pogadać to pogadajmy, jak nie chcesz to nie zawracaj głowy. 🫡
„Mówić ludziom co mają robić, na dodatek w ich własnym domu, może tylko ktoś niewarty zapraszania.”
faktycznie ta książka Ci poprawiła formę, fajnee, pozdr!
No to jest mega ciekawe pytanie. Jakby dołożył trójkę to pies srał jego mobilność w obronie, a jak nie to nie wiem. Może tak, może nie.
Shaq przez całą karierę nie nauczył się rzucać wolnych to gdzie on do trójek, ale Giannis też rzucać nie potrafi, a jakoś tam sobie radzi, więc i Shaq by się odnalazł, a w defensywie przy sensownej taktyce i jakimś tam minimalnym zaangażowaniu też na tle ligi by na pewno nie odstawał.
Uważam, że Raptors więcej wygrają. Wschód jest niesamowicie słaby, a jak Bartek wspomniał, posiadają zadziornych rezerwowych, którzy muszą się wypromować. Stawiam, że będą mieli przynajmniej 38 zwycięstw i miejsce w play-in.
A Chicago? To ten sam kaliber co Sacramento. Chicago to można powiedzieć definicja bylejakosci. Za mocno grają żeby być w topce draftu i za słabi żeby pójść wyżej. Nie oszukujmy się tam może dwóch zawodników by się nadawało do drużyny grającej o mistrzostwo. Reszta na czele z władzami to dno. Fantastyczne wymiany okraszone brakiem pickow. Jakby OKC takie wymiany robiła to dalej w playinach by grali
Śmieszne że u Murraya taki zjazd, w Spurs 2 skład defensorów ligi, teraz pod kreską i szuka swojego miejsca i tożsamości. Myślę, że czystymi umiejętnościami zawodnicy z obecnej NBA stoją wyżej, ale zamiast charakteru jest ego. Jakby postawić Townsa przeciwko prime Shaqowi, to co z tego, że Towns wali trójki jak poj…. jak Shaq by go mentalnie pozamiatał i KAT by skończył mecz na 2-12 z gry i poszedł z płaczem do szatni. SGA jest mocny bo ma mental i idzie po swoje. Dla porównania Poole czy inny Ingram mają niesamowite skille i potencjał, ale co z tego, jak im się nie chce pomęczyć. Bo i po co jak kontrakt podpisany.
Where Phoenix Suns 😀
Bartek wstydź się za to, że na twojej stronie pokazują się reklamy pro izraelskie. To tak jak być wspierał ludobójstwo. Może o tym nie wiesz, jeśli tak to weź to ogarnij chłopie.