NBA: Chicago Stags, czyli jakby wyglądał Michael Jordan z rogami jelenia

25

Autorem tekstu jest Jędrzej, Czytelnik o którym nie wiem nic, poza tym, że ma smykałkę do pisania i zgodził się byśmy opublikowali jego artykuł. Prośba: dajcie chłopu znać jak mu poszło. 

Gdybyście wyszli dzisiaj na ulice Chicago z pytaniem o nazwę koszykarskiej drużyny z tego miasta, wielu przechodniów zapewne byłoby zdezorientowanych, myśląc, że to za jakiś żart. Chicago Bulls oczywiście! Heloł!? Michael Jordan, Scottie Pippen, Horace Grant, Dennis Rodman, Zach LaVine… Bulls grają już 53 sezony, ale to nie jedyna ekipa koszykarska w historii Wietrznego Miasta, które nie zawsze było kojarzone z tą dyscypliną.

Jelenie z Wietrznego Miasta

Chicago Stags to jedna z jedenastu drużyn, które w 1946 roku (21 lat przed powstaniem Bulls) stały się częścią nowo stworzonej BAA – Basketball Association of America, z której trzy lata później uformowała się NBA. Władze ligi upatrywały w Illinois dobrą inwestycję ponieważ całkiem nieźle prosperowały tam drużyny bejsbolowe, futbolowa oraz hokejowa. Czemu więc nie miałoby się udać z koszykówką? Ano temu, że ten sport dla mieszkańców Chicago był wówczas niewiele więcej niż ciekawostką. Istniejące wcześniej lokalne zespoły nie odnosiły żadnych sukcesów. A bez tego ciężko przekonać wyznawców Cubs, Bears czy Blackhawks, żeby zainteresowali się basketem, którego nie można było jeszcze oglądać w telewizji.

Teraz wszystko miało być inaczej. Już w pierwszym meczu przydzieleni do konferencji zachodniej (sic!) Stags odprawili New York Knicks 63:47, a główne role odegrali wysoki Chick Halbert (14 punktów) i zwinny obrońca Max Zaslofsky (18 punktów), który szybko stał się jedną z gwiazd ligi i został wybrany do All-BAA First Team.

Prowadzeni przez wieloletniego szkoleniowca Ohio State Harolda Olsena Stags, w których grali także m.in. Don Carlson, Mickey Rottner, Tony Jaros czy Jim Seminoff, stali się najlepszą ofensywą ligi, zdobywając średnio 77 punktów na mecz. Dzięki temu Chicago zakończyło sezon zasadniczy bilansem (38-22) identycznym jak St. Louis Bombers, przez co obie drużyny zajmowały ex aequo pierwsze miejsce w konferencji. Lider mógł być tylko jeden, więc konieczny okazał się dodatkowy mecz rozstrzygający. Wygrany miał zmierzyć się ze zwycięzcą konferencji wschodniej o bezpośredni awans do finałów.

Playoffs?! Eee, nuda…

Faworytem wydawali się Bombers, którzy wcześniej trzykrotnie pokonywali Stags, ulegając zespołowi z Chicago dwa razy. Ponadto drużyna z St. Louis w tygodniu poprzedzającym tiebreakera zagrała tylko dwa mecze, notując dwa zwycięstwa, a team z Illinois rozegrał w tym czasie cztery spotkania, wygrywając jedno. Motywacją dla Stags miał być fakt, że zaplanowany na 31 marca 1947 roku mecz miał się odbyć w Chicago Stadium.

Gra od początku była bardzo wyrównana. Dowodzeni przez Zaslofsky’ego Stags dwoili się i troili, ale nie byli w stanie zatrzymać wściekłych ataków Belusa Smawleya i Boba Dolla (odpowiednio 17 i 16 punktów). Po czterech kwartach na tablicy widniał wynik 66:66 i konieczna była dogrywka. W doliczonym czasie Chicago całkiem przejęło inicjatywę, wygrywając partię 10:3.

Mogłoby się wydawać, że rozstrzygający, derbowy mecz (między położonymi w sąsiednich stanach Chicago a St. Louis od dawna istnieje zacięta rywalizacja sportowa) zainteresuje mieszkańców Wietrznego Miasta. W końcu sezon futbolowy i hokejowy już się skończyły, a do startu rozgrywek bejsbolowych zostały jeszcze dwa tygodnie. Nic z tego. David George Surdam w książce The Rise of the National Basketball Association podaje, że zainteresowanie meczami Stags było tak niskie, że właściciele rozdawali więcej biletów w ramach promocji, niż ich sprzedawali. Nie zmieniło tego arcyciekawe spotkanie z Bombers ani nic, co nastąpiło potem.

Przedwczesne starcie na szczycie

W drugiej rundzie playoffs (wówczas był to odpowiednik półfinałów konferencji) na Chicago czekała najlepsza drużyna wschodniej części – Washington Capitols, zbudowana w dużej mierze z twardych, służących wcześniej w marynarce facetów. Trochę to dziwne, że tylko jeden z dwóch najlepszych zespołów w lidze miał możliwość gry w finale i to dopiero po wygraniu serii best-of-seven. Pozostałe (a więc teoretycznie słabsze) zespoły grały o jedną rundę więcej, jednak w ich przypadku do awansu dalej wystarczyły dwa zwycięstwa w serii. Ciekawy system…

Stags i tym razem stawiani byli na przegranej pozycji; wcześniej odnieśli tylko jedno zwycięstwo w sześciu konfrontacjach ze stołecznym klubem. Dowodzony przez legendarnego Reda Auerbacha zespół mógł pochwalić się najlepszą defensywą w lidze (średnio 63.9 straconych punktów na mecz) i miał bilans 49-11, w tym siedemnaście zwycięstw z rzędu. Ponadto Horace “Bones” McKinney i Bob Feerick zostali wybrani do najlepszej piątki sezonu. Do tego dwa pierwsze mecze miały odbyć się w Waszyngtonie.

Równe chłopy

Stags byli jednak najlepszą ofensywnie drużyną ligi, a playoffs od zawsze rządziły się swoimi prawami. Chicago rozbiło rywali 81:65, a głównym bohaterem meczu został Tony Jaros, zdobywca 29 punktów. Nadspodziewanie dobrze spisał się też notujący średnio 3.5 punkta Chuck Gilmur, który zapisał na swoim koncie 15 oczek. Ponadto Stags dominowali też w obronie, ograniczając McKinneya do zaledwie jednego celnego rzutu. Wygrana ewidentnie podziała na zespół motywująco, bo wygrali także dwa kolejne spotkania, ponownie odcinając od gry skrzydłowego Capitols.

Zespół z Kolumbii znalazł się na ostrzu noża, porażka do zera byłaby zwyczajną katastrofą. W meczu czwartym Bones wreszcie się przebudził, razem z Johnem Mahnkenem (18 punktów) i Feerickiem (16 punktów) prowadząc Capitols do zwycięstwa 76-69. Piąte spotkanie było najbardziej wyrównanym w tej serii. Przez trzy kwarty obie drużyny szły łeb w łeb, mimo że Halbert, Carlson i Rottner zdobyli w meczu zaledwie 16 punktów. Ostatecznie Washington wygrał 67-55.

Capitols odzyskali pewność siebie i mecz szósty musiał zapowiadać się szalenie ciekawie. Jednak oprócz wyraźnej porażki w drugiej kwarcie to Stags dyktowali warunki. „Jelenie” wymusiły limit przewinień aż czterech zawodników ze stolicy, których dodatkowo rzutowo zawiódł Feerick. Wygrana 66-61 oznaczała awans Chicago do finałów, w których dzień później, 14 kwietnia 1947 roku, zameldowali się Philadelphia Warriors.

Jeleń wzięty za rogi

O ile w konfrontacjach z Bombers i Capitols drużynę z Illinois stawiano na przegranej pozycji, tak w serii z reprezentantami Philly wreszcie postrzegano ich jako faworytów. W sezonie zasadniczym Stags wygrali pięć z sześciu spotkań. Wojownicy mieli jednak za sobą mniej spotkań w playoffs (pozostałe serie rozgrywano do dwóch zwycięstw) a więc teoretycznie więcej sił. To miało okazać się kluczowe, zwłaszcza, że spotkania finałowe rozgrywano w bardzo krótkich odstępach, często dzień po dniu.

Można powiedzieć, że w pierwszym – rozgrywanym w Filadelfii – meczu Stags nie sprostali Joe Fulksowi, liderowi strzelców sezonu zasadniczego (23.2 punktów na mecz). Silny skrzydłowy Warriors zdobył 37 punktów, z czego 21 (!) w ostatniej kwarcie. Prawdziwsze jednak będzie stwierdzenie, że podopieczni Harolda Olsena padli ofiarą własnej nieskuteczności. Wymęczeni serią z Capitols oddali 129 rzutów z gry, trafiając tylko 26 i ostatecznie schodząc z parkietu pokonani 71-84. Dzień później osiągnęli skuteczność 30/150, podczas gdy pięciu zawodników Filadelfii mogło pochwalić się dwucyfrową zdobyczą punktową. Wynik końcowy: 85-74 dla Warriors.

Na trzeci mecz seria przeniosła się do Chicago. Tym razem Zaslofsky i spółka nawiązali równorzędną walkę, starając się niwelować szkody czynione im przez Fulksa (26 oczek). Mimo to Warriors po raz kolejny okazali się lepsi, wygrywając 75-72. Przyparci do muru Stags musieli wspiąć się na swoje wyżyny, by nie zakończyć debiutanckiego sezonu do zera, w dodatku we własnej hali. W czwartym spotkaniu udało im się narzucić swoje tempo, głównie za sprawą zdobyczy punktowych Zaslofsky’ego (20) i Carlsona (18).

Zaslofsky & Halbert

Mogło się wydawać, że w gospodarzy wstąpią nowe siły i jeszcze pokażą w tej serii, na co ich stać. Za sprawą George’a Senesky’ego, który w meczu zdobył 24 punkty, Filadelfia omal nie dogoniła rywali w ostatniej kwarcie, kiedy to zmniejszyli stratę z 13 do zaledwie 1 punktu. Ostatecznie przegrali 73-74, a seria powróciła do Pensylwanii.

To, co nie udało się Warriors dwa dni wcześniej, dokonało się 22 kwietnia 1947 roku. Mimo niemrawego początku i fatalnej skuteczności duetu Zaslofsky & Halbert Stags wyszli w III kwarcie na prowadzenie. Filadelfijczycy widzieli, co się święci, dlatego dokręcili śrubę i na minutę przed końcem za sprawą Howiego Dallmara udało im się wyjść na prowadzenie. Wynik 83-80 przekreślał coś więcej, niż tylko marzenia Stags o tytule mistrzowskim. Pomimo udanego i emocjonującego sezonu organizacja mogła powoli zwijać manatki.

Początek końca

Faktem jest, że Jelenie w Chicago od początku byli skazani na porażkę. Nawet podczas meczów finałowych na mogących pomieścić 17 tysięcy widzów trybunach Chicago Stadium zasiadało tylko około dwa tysiące ludzi. By zapełnić obiekt, w następnym sezonie organizowano tam dwa mecze jednego wieczoru, sprowadzając do Illinois inne drużyny. Trzeba przyznać, że to bardzo smutne, gdy wicemistrzowie ligi muszą robić takie cuda, by się utrzymać…

Zwłaszcza, że konkurencyjną National Basketball League wygrała inna drużyna z Chicago (American Gears) prowadzona przez środkowego George’a Mikana (późniejszy pięciokrotny mistrz NBA z Lakers) która nie borykała się z takim brakiem zainteresowania.

Stags rozwiązano po czterech sezonach istnienia. Nigdy nie udało im się już zbliżyć do osiągnięć z debiutanckich rozgrywek. Co prawda Jelenie zawsze uzyskiwały awans do playoffs, ale wygrali tylko jedną serię przeciw Boston Celtics. Małym pocieszeniem był fakt, że zawsze ulegali późniejszym triumfatorom rozgrywek – Baltimore Bullets i Minneapolis Lakers.

Na początku lat 60. NBA powróciła do Chicago w postaci drużyny Packers/Zephyrs, która jednak po dwóch latach przeniosła się do Baltimore, a dziś znana jest jako Washington Wizards. W 1966 roku władze ligi podjęły kolejną – tym razem udaną – próbę otworzenia rynku Wietrznego Miasta na koszykówkę, instalując nad Jeziorem Michigan organizację o nazwie Bulls. Resztę znacie…

[Jędrzej R]


admin: pamiętam że w okolicach 2006 roku Bulls dla upamiętnienia ekipy grali w trykotach Stags.

Pamiętam też (czytałem lata wstecz) jak wyglądała walka z brakiem frekwencji. Szefowie Chicago Stadium zatrudniali de facto “support” dla ekipy Jeleni, oprócz występów maskotek i cheerleaderek, bezpośrednio przed meczami Stags rozgrywano mecze lokalnych drużyn szkolnych i uczelnianych.

Ostatnie Wpisy

25 comments

  1. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe ja24
    Odpowiedz

    fajnie pisany, ciekawy artykuł. niestety dla mnie zbyt odległe i mało interesujące czasy. dopiero przy Mikanie czytałem o kimś kogo znam. nie mniej propsy dla autora i zachęcam do kolejnych artykułów. sam temat problemu zainteresowania koszykówką jest ciekawy, w latach 50-70 był to problem wielu drużyn, zawodnicy po uczelniach woleli karierę aniżeli grę ($) i w grze kończyło wielu patusów i hlejusów, hehe. dopiero rywalizacja Magic vs Bird odmieniła ligę. temat myślę ciekawy do rozwinięcia, niestety osobiście brakuje mi talentu do pisania, dla tego trochę więcej propsów dla pana Jędrzeja, nie każdy potrafi napisać taki artykuł

    (14)
    • Array ( )

      ja bym powiedział, że połączenie ABA z NBA odmieniło grę bardziej… i choćby Dr J jako showman, choć dla wielu pewnie rywalizacja Wilts vs Bill.

      (2)
    • Array ( )

      Z tego co wyczytałem to połączenie lig uchroniło je tylko od upadku, wciąż niewielkie zainteresowanie było. Dopiero końcówka lat 70 to znaczny wzrost oglądalności i sprzedaży biletów, potem się pojawił Magic i Bird, Conversy, następnie Michael z Nike’ami i teraz mamy zawodników zarabiających 30-40mln i samą ligę nastawioną przede wszystkim na zysk

      (0)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    dajesz Jedrzej!!!
    troche tak jak kolega wyzej ja24, dla wiekszosci to czasy antyczne 🙂
    ale widac ze wiesz o czym piszesz i umiesz to robic
    wiec czekamy na wiecej

    (16)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Super, chętnie poczytam dla odmiany o prehistorii.
    O czasach obecnych powiedziano i napisano już wszystko, więc liczę na więcej 🙂

    (3)
  4. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe Sir Nick
    Odpowiedz

    Dobry art, dobry research! Brawo!
    Oczywiście czasy prehistoryczne, gdy tylko biali potrafili skakać 😉

    Natomiast trzeba też pokusić się o refleksję jak na przestrzeni ponad pół wieku rozkręcono NBA do tak doskonałej maszynki do robienia pieniędzy 🙂
    No i ile z tego stało się dzięki MJ, ile dzięki dobrym decyzjom biznesowym Nike, ile dzięki panu Gwieździe? itd.
    No i ile hajsu pogrzebano zgadzając się na “królowanie” uzurpatora LBJ 😉

    (2)
    • Array ( )

      Nowożytny sport, to zawsze był biznes i rozrywka, tylko niektórym ligom dłużej trwało dojście do tego statusu… nba udało się przekuć ten sport, by nie został lokalnym jak futball amerykański, baseball, które kiedyś finansowo królowały w Stanach.
      Fakt, prawdopodobnie na dobre rozkręcenie ery dużej kasy to Stern, Jordan, Nike, tv satelitarna, która dała zasięgi krajowe i światowe, sponsorzy, którzy podążali za nike, bo stare sponsorowanie nie wyszło aż tak dobrze (Dr J – puma, Wilt Frazier – Converse).
      Czy na prawdę myślisz lub masz cyfry na potweirdzenie tezy “o pogrzebanych pieniądzach przez LBJ” – czy raczej niesmaczny i bezpodstawny prztyczek?
      Jeśli na poważnie jakieś cyfry byś z nim łączył, to trzeba brać pod uwagę makroekonomię, Lebron, Duncan (niemedialny) i koniec kariery Kobe to dwa kryzysy finansowe, które były bardzo mocne i rozpoczynały się właśnie w Stanach a Jordan, grał w okresie dużego wzrostu ekonomii za oceanem.

      (0)
    • Array ( [0] => subscriber )
      Zdjęcie profilowe Sir Nick

      @pops – no oczywiście że z LBJ to taki smaczny pstryczek żeby rozruszać trochę jego wyznawców-sztywniaków 😉

      Aczkolwiek pytanie o tzw. koszt alternatywny jest dość ważnym z punktu widzenia poważnej ekonomii więc nawet jako typowo hipotetyczne powinno zostać postawione.

      Masz rację, że udało się im wyjść globalnie czyli poza USA. Dziś jest to szczególnie ważne w kontekście takich np. Chin które NBA generują kokosy.

      @Anonim – masz rację z pierwszym Dream Teamem i nakręconą wokół niego PR’ową otoczką.

      (1)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Miło się czytało. Niezła wiedza, niestety temat tak archaiczny, że aż szkoda głowę zaśmiecać takimi informacjami. Autor mógł nawet pozmyslać te nazwiska i wyniki i 95% osób by się nie zorientowało.

    (-3)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Fajny artykuł, co prawda ciężko się wciągnąć w tekst, gdzie zna sie może z 2 nazwiska. Trochę niejasno moim zdaniem był przedstawiony schemat działania drabinki playoffs, ale po za tym bardzo fajny artykuł

    (-1)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    pamiętam ich pierwszy macz jakby to było wczoraj…
    a na poważnie fajnie, że przybliżasz starą, mniej znaną historię.
    bankowo masz sporo takich perełek

    (1)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    Kompletnie nie rozumiem tych zachwytów nad tekstem. Nie dałem rady zmusić się, by przeczytać całość. Ale widząc tylu zachwyconych komentatorów pokornie postanowiłem jeszcze raz rzucić okiem, ale i tym razem nie dałem rady całego… To chyba blog dla polonistów, a nie kibiców… Ewentualnie dla kombatantów ;P

    (-2)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    Super artykuł. Każdy lubi co innego. Ja lubię historię. Podobne artykuły bywałych kiedyś w starym ,,Magic basketballu”. Proszę o jeszcze. Pozdrawiam

    (-1)

Gwiazdy Basketu