NBA: Hali Magic w Indianie | biją się w Detroit!

12

Dziś bez wstępu, przemyślenia zawarłem w tekście, mecze były tylko cztery więc można wcześniej i nieco szerzej. Przyjemnej lektury! 

Bucks 114 Pacers 115

Nieprawdopodobny rzut Tyrese’a Haliburtona! Po trzech meczach pauzy wywołanej urazem biodra Hali wreszcie pojawił się na placu. Dodajmy, że Pacers przegrali wszystkie trzy, prezentując się przy tym nieprzekonywająco i niegramotnie.

Haliburton to nie jest może wielce dominująca postać, dziś także był niewiele widoczny, ale jego walory jako lidera, jako pewniaka w clutch time są niepodważalne. Moim zdaniem tu chodzi przede wszystkim o wpływ na zespół, na dynamikę parkietową.

Indiana to klub utalentowany, zatrudniający bardzo kompetentnych ludzi i rasowego trenera. Dowodem na to niech będzie choćby zeszłoroczny awans do finałów konferencji! Mało tego, ciągłość składu zachowali, młodsi zawodnicy zebrali potrzebne doświadczenie, celem powinna być więc co najmniej powtórka.  

Tyle, że Indiana ma dwie twarze, gra wyjątkowo nierówno, a Haliburton jest tu kluczem. 

Pamiętacie styczniowe NBA Paris Games i dwa pojedynki z San Antonio? Pierwszy mecz to była wymiana przyjacielskich ciosów bitych na czterdzieści procent mocy, sparing obfitujący w radosne rzuty. Celem było rozświetlić niebo, aby nowa twarz ligi Victor Wembanyama mogła błyszczeć na cały Paryż, na całą Europę, sławić NBA na Starym Kontynencie, nieść ligę w kolejne dziesięciolecia prosperity. Indiana pierwsze zawody, jak pamiętacie, przegrała trzydziestoma punktami.

W drugim pojedynku coś się jednak zmieniło, widzieliśmy krycie kozłującego na całym boisku, fizyczną presję na Wemby’ego, podwojenia. Oglądaliśmy zupełnie inną energię i tym razem to Pacers wygrali… 38 punktami. Zespołem są zdecydowanie mocniejszym niż SAS, doroślejszym i to właśnie potwierdzili. 

No i wyobraźcie sobie, że podobnie było tej nocy. Po trzech meczach radosnego figo fago, dziś widać było wiarę w sukces i idący za tym wysiłek. Nembhard i Sheppard naciskali kozłującego na całym boisku, do Giannisa często słali dwóch obrońców, zaliczyli jedenaście przechwytów i blisko dwadzieścia deflections, atak pozycyjny również nie polegał już na akcjach izolacjach. 

Co? Czym są deflections?

To jest parametr określający nazwijmy to zaangażowanie obrony. Deflection po polsku jednoznacznie przetłumaczyć się nie da. Wyobraźmy sobie dwóch wojowników toczących bój na miecze i buzdygany. Deflection to nie śmiertelny cios, ale wgniecenie w pancerzu przeciwnika, wyrwa w jego zbroi i idąca za tym przewaga mentalna. Deflection w NBA to przecięcie podania, zmiana toru lotu piłki, to wybicie piłki w koźle albo jego przerwanie (nie musi się skończyć przechwytem). Ilekroć w obronie kładziesz rękę na piłce i kończy się bez faulu, to jest deflection. 

Dobra, wracajmy do meczu. Nie róbmy z Haliburtona męża opatrznościowego, bo to nie jest dominator na poziomie wielkich mistrzów. Pasywny był raczej jeśli chodzi o rzuty, ale dziesięć asyst rozdał, a w czwartej kwarcie zdobył najwięcej, bo aż osiem punktów. 

Obie strony walczyły, miał być remis, ale Andrew Nembhard na linii rzutów wolnych zadrżał i zamiast remisu trzeba było faulować, grę przerywać. Lillard pewny na linii i minus trzy na budziku przy paru sekundach ledwie do końca.

Hali magic 

Najważniejsza akcja rozegrała się właśnie wtedy. Brook Lopez nie ogarnął broniąc wyrzutu piłki z autu, zabrakło mobilności. Giannis na żywioł poszedł, podpalił się i za blisko podszedł z łapą. Nie o łapę tu chodzi bynajmniej, faul polega na tym, że nie pozostawił rzucającemu przestrzeni na bezpieczne lądowanie. Haliburton bowiem z rozpędu wbiegł z piłką do rogu… i idąc w lewo oddał trójkę przez ręce prawą ręką… poziom trudności „level expert” ale wiadomo, że te chłopaki to są zręczne czasem jak cyrkowcy kuglarze. 

Co za rzut! Arbitrzy długo studiowali taśmy, patrzyli czy stopy zmieścił w boisku, czy na linię jedną lub drugą nie nadepnął, czy faul był istotnie i ile czasu pozostało. Ostatecznie wszystko zielone, ekstra rzut wolny przyznany i tak oto Haliburton wygrał dla Pacers kolejny mecz. Rzut wolny celny, Milwaukee wyprztykane z przerw, desperacka próba Giannisa na koniec, nic z tego, it’s over! 

To tak z perspektywy powiedzmy sobie fabularnej. Skuteczny Siakam (25/12/5) produktywny mecz Bena Mathurina (17 punktów) któremu zdecydowanie najlepiej pasuje rola „szóstego”. 

Doc Rivers także wykonał kawał dobrej roboty z Milwaukee w drugiej części sezonu. Wyraźnie ułożone akcje, bardzo pilnują spacingu, dużo ważniejszą rolę odgrywa w ataku pozycyjnym kolega Brook Lopez (23 punkty 7 zbiórek 1 asysta). Wychodzi do podania w środek, ulgę przynosi podwajanym kolegom, a jego krótkie półhaki i trójka w czwartej kwarcie to było najlepsze, co Milwaukee miało do zaoferowania. 

Po późnym trafieniu Gary’ego Trenta wydawało się, że Bucks to wezmą, mieli wszystko, co potrzeba… no cóż. Tylko cholera jasna, jak to możliwe, że Lopez zaliczył tylko jedną asystę?!

-> dwie niezaliczone asysty po dribble handoffs z Lillardem, bo ten jak jest wewnątrz łuku, to nawet jak nie ma obrońcy przed sobą nie robi zwykłego pull-upa (rzutu po koźle z naskoku), ale musi zrobić step-back, a to jest definicyjnie przerwanie ciągu, po którym asystę się zalicza (!) oczywiście możliwości było więcej, zaciskałem kciuki, bo potrzebowaliśmy asyst w liczbie dwóch. Co się działo? Możliwości było wiele:

-> Taurean Prince pudłujący otwartą tróję
-> Taurean Prince pudłujący kolejną otwartą trójkę po podaniu Lopeza z „elbow”
-> Damian Lillard pudłujący trojkę
-> Lillard pudłujący layup sam na sam z koszem (!!!) ta akcja bolała najbardziej (zobacz poniżej)
-> Gary Trent Jr pudłujący trójkę 

Koszykówka to gra błędów i niedokładności. Gdyby trafił ten layup…

Nie udało się, ale poza tam tak, meczyk fajny 😉 Polecam obejrzeć choć migawki.

A jeśli cieszysz się, że się nie udało, że zakład nie wszedł, jeśli pomyślałeś: „dobrze mu tak” to zastanów się nad sobą, bo toksyną ziejesz, smutnyś chłop i długofalowo szkoda mi Twoich bliskich. Do zastanowienia samemu przed sobą! 

Nets 104 Cavaliers 109 

Cavs nie wystawili do gry Dona Mitchella, DeAndre Huntera oraz Ty Jerome’a. Podobnie jak Boston, mają niebagatelną przewagę w tabeli, więc rozkładają siły, oszczędzają na playoffs. W efekcie znów dostaliśmy to samo, szarżę rywala, dla którego zwycięstwo nad najlepszą ekipą ligi jest jak papierek lakmusowy, miernik sukcesu, siły nabywczej, sukces sam w sobie, specjalna odznaka na klapie. Nets, jak wiele innych zespołów na przestrzeni ostatnich tygodni, w połowie meczu prowadzili z Cleveland kilkunastoma punktami! 

Challenge accepted. Szukanie odpowiedzi i spowolnienie szarży, studzenie nadgarstków rywala (Cam Thomas 27 punktów) trwało do ostatnich minut, sekund prawie. Allen (23/13) i Mobley (21/9/6) za mocni fizycznie, odpalony Darius Garland, coby o nim nie mówić, najszybszy na placu i gdy mu idzie, nieco szalony, seryjny strzelec. Osiemnaście punktów przy 7/10 z gry w czwartej kwarcie (!!) 

Nets najlepiej, najbardziej skrupulatnie w kleszcze łapią ludzi z piłką na pick and rollu, więc grał więcej sam, bez zasłon latał. Trochę podwórkowo, trochę chaotycznie, ale dowiózł. Cavs zdominowali tablice w IV kwarcie, przycisnęli i mimo 1/7 zza łuku zaledwie, wygrali tę część 31:18. 

Bilans 55-10, piętnaste zwycięstwo z rzędu, jest charakter, to mi się podoba. Trzymam kciuki za Cavs, bo jeśli nie ograją Bostonu, albo chociaż nie wymęczą odpowiednio, to może być powtórka C’s.

Wizards 103 Pistons 123 

Detroit byli u siebie i czuli się pewnie. Tradycyjnie rozbijali się łokciami, miny mieli bezczelne i grali twardo. Pomiędzy zespołami czuć złą krew, bo jeszcze do niedawna podobnej maści tankowce, a dziś to przepaść, Pistons są zespołem o dwie klasy lepszym, a dokładnie o 24 zwycięstwa lepszym.

Wizards bardzo chcą odwrócić losy organizacji i choć talentu na miarę All-Star tam nie widzę i pewnie nie zobaczę, to jednak odbicie zaczyna się od zmiany nawyków. W tym celu przyciągnięto do składu, zatrudniono weteranów Khrisa Middletona i Marcusa Smarta. Ci dwaj doświadczeni panowie, mają świadomość roli, pokazują młodym czym jest walka. Do tego dochodzi mała frustracja wywołana zsyłką na peryferie (w ujęciu sportowym) NBA, odstawienie na boczny tor, brak perspektyw na zespołowe sukcesy, przynajmniej do czasu wypełnienia kontraktu, który równie dobrze może być tym ostatnim. Khris już wyraźnie mówi, że w swej karierze miał czas na wielką koszykówkę, ale jego czas upłynął, coś w tym stylu. 

Smart wygląda jak w depresji, zarośnięty jakoś niechlujnie, ale charakter pozostał. Wystarczyły dwa kuksańce i się zaczęło. Nieodgwizdany faul, jakieś podepchnięcie przy zbiórce itd. Dla Detroit było to jak woda na młyn, Isaiah Stewart i Ronald Holland co chwilę znajdowali się w centrum przepychanek i wyzwisk. Dawno nie widziałem tylu spięć i pyskówek, aż się przypomniały stare czasy. 

Pod koniec center gości Richaun Holmes po zbórce nie mogąc się opędzić od obrony, łokciem trafił napastliwego Ausara Thompsona i wydawało się, że będzie dym. Tim Hardaway Junior głośno krzyknął „f%ck all y’all” na co bił mu brawo tata siedzący na trybunach. Aż zacieram ręce na kolejny pojedynek obu ekip, ten już jutro! 

Do zwycięstwa miejscowych poprowadził Cade Cunnigham (27 punktów 8 zbiórek 10 asyst) który od wejścia wyraźnie chciał pokazać rywalom gdzie ich miejsce. Broda przykrywa jego młodziutką jeszcze buzię, ale mentalnie to się zrobił niezły sk%rwiel, pewny siebie jest i tego właśnie oczekujemy od lidera, to są walory potencjalnie mistrzowskie. Z tymi zbiórkami tylko przegięcie, hehe. Cade był wczoraj tak pewny siebie, że piłka sama wpadała mu w ręce. Jak przykładowo można zebrać piłkę po spudłowanym rzucie wolnym rywala, stojąc z dala od trumny? No właśnie… 

Duren 15 punktów 13 zbiórek zalicza w dwie kwarty na placu, co się chłop naskakał do lobów, słanych niekiedy bez patrzenia, to jego. W sumie sześciu Tłoków z dwucyfrowym dorobkiem. Bardzo skuteczna zmiana Malika Beasleya w pierwszej połowie, wysforowała Pistons na pewne prowadzenie, którego już nie oddali do końca. Szarża stolicy na początku czwartej kwarcie została stłumiona przez Cade’a wracającego na plac. No mówię, zespół potrzebuje trafienia, ten trafia.

Szacunek dla klasy młodego zawodnika. Podobał mi się od samego wejścia do NBA (nie ma słabych punktów) ale przyznam, że w zeszłym sezonie zaczynałem w niego wątpić. Zwłaszcza po tym jaką „mowę ciała” prezentował oraz jak wyraźnie „tępił” w zespole Bojana Bogdanovica, z którym nie mogli się dogadać. 

No widzicie zmiana trenera (Monty Williams przyszedł do Detroit wyłącznie dla pieniędzy) niewielkie, acz precyzyjne roszady kadrowe, ściślejsze nakreślenie roli, wymagań i oto mamy młody zespół, który w tym sezonie po raz pierwszy posmakuje playoffs. The best is yet to come!

Pelicans 127 Clippers 120

Gdy widzisz Ziona Williamsona latającego od kosza do kosza, zaliczającego drugie w karierze triple-double (22 punkty 12 zbiórek 10 asyst) to wiesz, że w ekipie przeciwnej coś mocno nie gra. Albo energii nie ma, albo coś się wysypało…

Spudłowane trzy rzuty wolne w końcówce, przegrana tablica, ponowienia akcji rywala i jakieś voodoo z Nowego Orleanu. Pels trafili 54% zza łuku, CJ McCollum, Jose Alvarado i Trey Murphy wyglądali bardzo pewnie na dystansie. Tymczasem Bogi od momentu zatrudnienia w LA, w niczym nie przypomina rasowego strzelca, którym przecież jest. Norman Powell, where are you? 

Dobrego dnia everybody. Patronami dzisiejszego odcinka zostali: P Kaleta oraz Woyteck, dziękuję za kawę Panowie, a Wam za odwiedziny, do jutra! b

1 komentarz

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Czyli gdyby Dame trafił layup po 3 kozłach i przebiegnięciu 1/3 boiska to była by asysta Lopeza ?

    „A jeśli cieszysz się, że się nie udało, że zakład nie wszedł, jeśli pomyślałeś: „dobrze mu tak” to zastanów się nad sobą, bo toksyną ziejesz, smutnyś chłop i długofalowo szkoda mi Twoich bliskich. Do zastanowienia samemu przed sobą! ” a to po co ??

    (22)
    • Array ( )
      Odpowiedz

      jeśli takie asysty teraz liczą to niedościgniony rekord Stocktona zrobiony na „ortodoksyjnych” asystach nabiera absurdalnej wielkości

      (10)
    • Array ( )
      Odpowiedz

      Uspokój się pajacu. Ale co do asysty trzeba się zgodzić. Lopez w żaden sposób nie asystowałby Lillardowi w tej sytuacji, Lillard sam sobie tę sytuację wykreował.

      (0)
      • Array ( )
        Odpowiedz

        kto się przezywa sam się tak nazywa – riposta z przedszkola ale wciąż trafna
        Nie wiem o co dobrodziejowi chodzi ale winszuję kultury

        (2)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Jestem kibicem Pistons i muszę przyznać ,że pięknie się ogląda Detroit w tym sezonie. Najlepsza chemia jeśli chodzi o atmosferę ze wszystkich drużyn Nba… Poza tym waleczność ,zaangażowanie i najwięcej dunków ze wszystkich drużyn. Szkoda kontuzji Iveya , przydałby się na playoffy. Jedyne co martwi to możliwość kontuzji któregoś z wysokich ,brak alternatywy dla Beef Stew i Durena oraz 1-roczny kontrakt dla Beasleya. Będzie łakomym kąskiem po sezonie ,dla niewtajemniczonych najwięcej trójek w Nba na ponad 40-tu procentach skuteczności.No i ten Ausar Thompson ,co gościu skacze z miejsca to jest niesamowite, nie wspominając o defensie… pozdro Familia

    (12)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Naprawdę chciałbym widzieć Cavs w finałach, ale jakoś nie mogę sobie wyobrazić Garlanda broniącego Tatuma/Browna przejęciu krycia, to jednak nie Curry ;). Chyba że ich obrona strefowa zda egzamin. Dzięki Bartek za kolejny wpis, widać wlozoną pracę i trzeba to docenić.

    (19)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Gdyby Lilard trafił to wejście z filmu, wtedy Brook miałby asystę?????? Przecież on podał do tyłu a Lilard przekozłował 1/3 boiska i wszedł pod kosz. Chyba się nie znam nic a nic…..

    (12)

Komentuj

Gwiazdy Basketu