NBA: Nikola Jokic kontuzjowany | 69 punktów w pojedynku kuzynów

Witam ponownie, dziś dla mnie ważna data (kto czytał książkę, ten wie) i proszę nie łączyć jej z urodzinami LeBrona Jamesa, wszystkiego najlepszego dla najstarszego gracza NBA. Przychodzę do Was, bo pisanie artykułów od prawie piętnastu lat sprawia mi zwykłą radość i zapewnia pewien wewnętrzny spokój. Na przełomie kolejnego roku kalendarzowego życzę Wam zadowolenia ze swych wyborów życiowych. Patronami odcinka są Mikołaj Klepacz i MPlewako, dziękuję – dzięki Wam ta stara łajba GWBA jeszcze się kołysze, jeszcze nie zatonęła.
Minionej nocy mogliśmy oglądać aż jedenaście meczów NBA. Najsmutniejsza informacja jest taka, że w jedenastym sezonie pracy kończy się powoli nieśmiertelność Nikoli Jokica. Denver grali z Miami, tuż przed przerwą, to jest na zakończenie drugiej kwarty, pod kosz wbijał twardo jak zawsze Jaime Jaquez. Gość się nie certoli, od paru spotkań to jeden z najbardziej agresywnych strzelców ligi. No więc tak wbił się barkiem w Spencera Jonesa, że ten odbił do tyłu. Stopą trafił w okolice stawu skokowego Jokera i przeprostował mu kolano.
Jokić waży w okolicach 130 kilogramów, gdy jemu się kolano wygina na odwrót to nie ma żartów. Widać było, że cierpi, do szatni zszedł w asyście kolegów, a na hali zapanowała względna cisza. Bez serbskiego środkowego, w obecnym składzie (kontuzjowani Gordon, Johnson, Braun) Denver nie są nawet ekipą na play-in. Pozostaje pytanie, czy doszło do zerwania ACL, czy tylko nadwyrężenie stawu kolanowego, czyli klasyczny przeprost, z którym w wieku Jokica (haha) sam się borykałem:
Jak możecie przypuszczać, Miami nawtykało rywalom dwie europalety punktów w drugiej połowie, wygrali 147:123 i znów się czują mocni. Ośmiu ludzi zaliczyło dwucyfrową liczbę punktów, w tym dwóch rezerwowych (Jaquez i Jovic) osiągnęło 22 i 20 oczek, co się nieczęsto przyznacie wydarza. Mówiłem, że zdolne chłopaki. Kibicujmy Miami, bo walczą bez gwiazdorskiego nadęcia i kaprysów. Update: Joker ma opuścić 4 tygodnie sezonu, a więc ACL jest całe!!!
Warriors pokonali Brooklyn obśmiewając nieco ich (świetną ostatnimi czasy) obronę. Stephen Curry się żadnej obronie nie kłania, zwłaszcza w klasycznym ujęciu, wie że będzie przejęcie krycia albo podwojenie, więc się składa do rzutu w pół sekundy albo rzuca przez ręce. Gość ma tak niesamowity warsztat techniczny, że jeden na jeden nie można go zatrzymać. Zwłaszcza, że Brooklyn kazał krycie przejmować wysokim. Wpadło 27 punktów 5 asyst przy 5/12 zza łuku. Tym samym, Curry wyprzedził Kevina Garnetta i jest obecnie 21. na liście najlepszych strzelców wszech czasów. Spieszmy się doceniać Stepha, bo nie wiadomo jak długo jeszcze utrzyma tak genialny poziom.
Mecz podobał mi się z innych względów, jeśli jesteś trenerem koszykówki i chciałbyś podpatrzeć jak się gra w ataku przeciwko zespołowi, który przejmuje wszystkie zasłony (1-5) to rozwiązań taktycznych mógłbyś u Golden State podpatrzeć całkiem sporo. Poniżej jedna z ciekawszych sekwencji. Wysoki na czterdziestu pięciu stopniach, najlepszy strzelec (Steph) klasycznie w roli stawiającego zasłonę bez piłki, czyli tzw. split action. Celem jest doprowadzenie do sytuacji, w której zidentyfikowany najsłabszy obrońca (Cam Thomas) przejmuje krycie Stepha, co zresztą się dzieje. Przejęcie nastąpiło sprawnie, więc punktów ścinającego w dół Richardsa nie było, nie miało być, Warriors od początku chcieli piłkę dograć na low post, stamtąd dopiero rozpocznie się zabawa:

Curry stawia kolejną zasłonę, dla równie zdolnego strzelecko wobec którego obrona „under” nie pójdzie (Buddy’ego Hielda), zaraz za nim jest Draymond, gotowy na kolejną zasłonę, ale Thomas w tym całym zamieszaniu się zgubił, Buddy ścina i jest sam na sam z obręczą. Notabene, gdyby jego także odcięli, Steph już wychodził do piłki… piękny flow ofensywny, nieprawdaż?

Takie zabawy w ataku chce się oglądać, w odróżnieniu od meczów, w których gość, który akurat przekozłuje piłkę przez połowę boiska w 80% kończy akcję. Stworzenie tego rodzaju synergii wymaga inteligencji, warsztatu i czasu poświęconego. Czy warto? Dlaczego najlepsi gracze jeden na jeden nie mogą po prostu trzepać izolacji? Oczywiście, że mogą, ale w playoffs, w najcięższych bojach, gdy rywal zamyka ci pierwszą i drugą opcję ofensywną, bez owego efektu synergii, nie da się wygrywać, takie moje zdanie, joł.
Raptors cudem pokonali u siebie Orlando (107:106) choć lecieli dzień po dniu, choć nie mieli środkowego, choć przegrywali już 21 punktami! Dla mnie to niepojęte, sądziłem że taki np. Brandon Ingram, który poprzedniej nocy dosłownie słaniał się na nogach, nie miał siły przekraczać połowy, tej nocy zebrał DZIEWIĘĆ mocnych piłek, rozdał cztery asysty i choć mu nie siedziało, pokazywał się do podania i robił zamieszanie.
Gospodarzy za uszy wyciągnął energetyczny playmaker Jamal Shead, autor 19 punktów i 5 asyst. Dla kontrastu, jestem kolejny raz zawiedziony postawą Paolo Banchero (0/4 z gry oraz 1 zbiórka w czwartej kwarcie). Przystawał na to, co mu obrona dała. Gość nie ma w sobie killera. Nie potrafił się pobudzić na tyle, aby wymusić faul, dziurawą strefę Raptors przebić. Przecież w porównaniu do takiego Luki, to Paolo nic nie umie w ataku, a przecież obaj są na maksymalnych kontraktach, nie? Ta ostatnia próba na zwycięstwo, step back trójka po piwocie, przecież to nie jego rzut, przecież on sam w niego nie wierzy…
Najgorsze, że to nie był jeden słaby mecz. Banchero zalicza 23% zza łuku w tym sezonie oraz 27% z okolic 3-5 metra od obręczy. Aż sprawdzę, bo wydaje mi się, że spośród wszyskich „volume scorers” czyli takich, którzy oddają przynajmniej 15 rzutów w meczu, jego skuteczność z gry to będzie końcówka stawki, momencik…
W lidze jest dokładnie 25 graczy, którzy mierzą ponad dwa metry i oddają minimum 15 rzutów z gry. Wśród nich najwyższą skuteczność notują Giannis, Jokic, Durant oraz Jalen Johnson z Atlanty (doceńmy genialny sezon gościa). Najgorzej rzucający w tej grupie to: Brandon Miller, LaMelo Ball, Miles Bridges (trzej „kozacy” z Charlotte, czemu mnie to nie dziwi) a także nasz kolega Banchero. Efektywniejszy od niego, a zarazem bardziej produktywny, jest nawet Dillon Brooks!
Nie no ludzie, mowa o NBA, budżetach płacowych przekraczających pół miliarda złotych rocznie, a oni nie potrafią grać przeciwko obronie strefowej?! Kolejny zespół się wykłada gdy trójki nie chcą siedzieć… Magicy zdobyli łącznie dwanaście punktów w czwartej kwarcie (!) a idź pan z tym dziadostwem.
Co tam jeszcze „ciekawego” działo się w nocy? Atlanta bez Trae’a Younga to naprawdę mało wygodny dla kogokolwiek zespół. Postawili się mistrzom NBA, w ofensywnym spotkaniu przegrali (129:140) ale w pierwszej połowie dyktowali warunki, a na cztery minuty przed końcem widzieliśmy dwa posiadania różnicy. Grupa rozstrzelanych atletów grających bezkompromisowo do przodu, przywykła do prędkiego tempa, z dobrą motoryką i płucami.
To raczej obrońcy tytułu zeszli ze standardu, Spurs pokazali, że można ich ograć i teraz każdy po kolei próbuje, haha. Zwycięstwa przypilnował MVP Shai Gilgeous Alexander, autor 39 punktów 6 zbiórek i 6 asyst. Jego pojedynek z kuzynem (Nickeil Alexander Walker 30 punktów) to była ozdoba zawodów. Tego ostatniego trzeba raz na zawsze namaścić liderem na piłce. Nie stanowi dziury w obronie, a przede wszystkim mają dobry flow z Jalenem Johnsonem, którego w tym spotkaniu także nie oglądaliśmy.
Knicks 130 Pelicans 125 – brawa za walkę dla Pels! Murphy, Bey, Poole nawtykali trójek, a Zion Williamson gryzł obręcz (32 punkty) pod nieobecność Mitchella Robinsona. A potem klasycznie Jalen Brunson (28 punktów 10 asyst) zrobił swoje w końcówce. Spokojnie wyczekał, zobaczył co mu obrona daje i wrzucał piłkę przez obręcz. Dawno nie było takiego pewniaka w NBA, który mierzyłby poniżej 190 cm!
Dla kontrastu, Jordan Poole co zagrał w ostatniej akcji…
Cavaliers 113 Spurs 101 – okej, pochwalmy Cleveland, bo im się należy. Jaylon Tyson 3/3 zza łuku w czwartej kwarcie to było coś imponującego. Jarrett Allen świetny, trafiał rzuty, które nie powinny mieć miejsca. Dobrze mu zrobił powrót Mobleya do pierwszej piątki. Z drugiej strony: Wembanyama śpiący, pozwalający rywalom przemykać za plecami, bez refleksu. Do tego 7/31 zza łuku gospodarzy, w tym co najmniej połowa pudeł z otwartych pozycji, przestrzelone layupy, brak skupienia, 11 strat popełnionych przez trzech klepaczy, a wszystko to spowodowało, że gra się nie kleiła i piłka nie chodziła jak zwykle. Powiedziałbym raczej, słaby mecz w wykonaniu San Antonio.
Mnie zastanawia flow zespołu, rotacje i energia wyglądały lepiej gdy Wemby ostatnio wchodził z ławki, co przecież wcale nie musi oznaczać mniejszej liczby minut niż u klasycznego startera. Dużo by pisać… fakty: VW z ławki 4 wygrane w 5 meczach. Wemby startujący cztery przegrane z rzędu.
To wszystko na tę chwilę, trzymajcie się. Dziękuję tym, którzy wciąż zamawiają mą książkę! B
https://sklep.gwiazdybasketu.pl/













spurs grali 10 zawodnikami, Jeremi nie grał (także nie Olynyk, Wyers iii, Biyombo, McLaughin)… czy będzie wymiana przed allstarem?
Nie przestawaj pisać. Uwielbiam Twoje pióro i sposób opisywania meczów, dostrzeganie smaczków jak ten z VW gdy lepiej grają jak wychodzi z ławki. Czytam kiedy mogę. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku
Dzięki. Mega ulga z tym Jokerem…
Krytyka gry Ingrama w meczu z GSW była przesadzona. Spudłował wprawdzie wszystkie swoje 8 trójek, ale pull-upy z mid-range ciupał jeden za drugim (łącznie 9 rzutów celnych, większość izolacyjna). A to jest jednak niebagatelny wkład w zwycięstwo – w koszykówce najważniejsze jest skutecznie trafiać w to posiatkowane najmniejszym nakładem sił. Przy takiej produkcji jednego gościa reszta drużyny odpoczywa, nie muszą młynkować kolejnej wygiętej zagrywki z playbooka, ani siłować się z Draymondem na low post. I właśnie rezerwa energii (oczywiście Ingram jakąś cegłę do tego dołożył, bo nie cały mur) umożliwiła Toronto pogoń w ostatniej kwarcie, a następnie wyraźnie wygraną dogrywkę. Ja wiem, że Ingram pod względem aparycji wygląda i spogląda niefajnie, ale oddajmy koszykarzowi co koszykarskie.
Steph to największy fenomen w historii. Jak się prześledzę jego pierwsze kąta kariery przepełnione kontuzjami i wątpliwościami „czy da rade” oraz dziesiątkami strzelcow z jego pokolenia których już nie ma w lidze albo graja ogony on wciąż decyduje o być albo nie być GSW i moim zdaniem wciąż jest w Top 10 NBA. Niesamowite!
Zdaje się, że Orlando postawiło na złego konia i musi jak najszybciej się z tego wycofać. Trzeba wierzyć we Franza i załatwić mu kogoś wysokiego o lepszej skuteczności np AD
AD to już w tej lidze wiele nie osiągnie, człowiek szklanka, najlepsze co mu będzie wychodzić to odcinanie kuponów.
Pozdrawiam
Anthony Davis to niestety notorycznie kontuzjowany zawodnik. Wymiana między Lakers, a Mavericks przejdzie do historii. Jedna z najlepszych w historii LA i jedna z najgorszych w historii Dallas. Szkoda, że Banchero zawodzi, bo zapowiadał się jako gwiazda ligi i wybawiciel Magic.