fbpx

NBA od kuchni: oczami dziennikarza z Polski cz.2

26

Jem hamburgera z Żabki, dwukrotnie mniejszego niż to co oferował McDonalds w Stanach i myślę, że coraz mniej śladów pozostało z mojej wycieczki. Kilka ćwierćdolarówek na parapecie. Zielona okładka książki o Billu Russellu i Redzie Auerbachu zdążyła wtopić się w inne książki. Przeceniona w dniu transferu koszulka Porzingisa leży gdzieś w szafie. Jednak to dzięki tym przedmiotom wiem już co Wam napisać.

Awers – Przynależność

Red i Bill

Siedzenie pod samą kopułą hali ma swoje oczywiste minusy, ale pozwala też przyjrzeć się dokładnie wiszącym na wyciągniecie ręki banerom wielkich mistrzów. Czternastka Boba Cousy’ego została powieszona w 1963 roku na oczach tysięcy wiwatujących kibiców. Ceremonię oglądali też Bill Russell i Red Auerbach ze swoich ulubionych miejsc na hali. Legendarny center Celtics miał powiedzieć wówczas:

Kiedy ogłoszę koniec kariery, nie życzę sobie czegoś takiego.

Numer sześć rzecz jasna został powieszony pod kopułą hali, ale jedynie w obecności kilku byłych graczy Celtics, Auerbacha i 13.909 pustych krzesełek. “Grałem dla naszej organizacji i moich kolegów, nigdy dla własnej chwały” – miał powiedzieć Russell, gdy proponowano mu bardziej spektakularną ceremonię zastrzeżenia numeru. Bill Russell nie tylko zapewnił Celtom liczne tytuły, ale na stałe zapisał w walce o równouprawnienie obywateli U.S.A., gdy wraz z czarnoskórą częścią drużyny odmówił występów na uznającym segregację Południu. Przed galą rozdania Oskarów warto zobaczyć film Green Book, w którym znajdziecie dialog nawiązujący do tej sytuacji.

Te, i wiele innych ciekawych historii, znalazłem w książce Red and Me, autorstwa Russella i dziennikarza Steinberga, którą kupiłem w jednym z antykwariatów Bostonu. Zabierałem ją na mecze by poczytać w przerwach pomiędzy konferencjami prasowymi. Obecnie wydaje mi się znacznie cenniejsza niż wydane na nią osiem dolarów (plus podatek!)

Autografy

NBA jasno określa zasady akredytacji, w tym zakaz proszenia o autografy i robienie prywatnych zdjęć z zawodnikami. Wszystko po to by nie zaprzątać głowy graczom przygotowującym się do spotkania. Szkoda jednak polecieć za ocean, kręcić się po zapleczu NBA i wrócić bez żadnej pamiątki potwierdzającej wspomnienia. Dlatego też po jednym ze zwycięskich meczów złapałem wychodzącego już do domu Smarta, który złożył w zielonej książce swój autograf. W Nowym Jorku, po zwycięstwie Celtów nad Knicks, poczekałem do końca czasu dla reporterów. Większość mediów oblegało szatnię Knicks by porozmawiać z nowymi zawodnikami: DeAndre Jordanem i Dennisem Smithem Jr.

W szatni gości zostałem tylko ja, Horford i Rozier. Obaj bez problemu podpisali się obok Smarta. Ostatnie nazwisko, jakie znalazło się w książce należy do Rajona Rondo. Wpadłem na niego w tunelu, gdy schodził do szatni po rozgrzewce. Niezbyt wysoki, żylasty, uśmiechnięty facet, zupełnie różny od wizerunku, który zbudowałem sobie w głowie przez lata oglądania jego gry.

Być Celtem

Parę godzin później Rondo wygrał mecz dla Lakers w T.D. Garden. Następnego dnia Boston Globe na pierwszej stronie dodatku sportowego określiło tego game winnera mianem rzutu z przeszłości. Tuż po końcowym gwizdku pobiegłem za tłumem dziennikarzy by zmieścić się w windzie jadącej na konferencję prasową, a że klasyk Lakers vs Celtics przyciągnął tłumy korespondentów z całego świata, musiałem się spieszyć.

Na małej przestrzeni każdy patrzył w czubki swoich butów, udawał, że coś tam pisze na telefonie, tylko człowiek obsługujący windę narzekał głośno, zwracając się wprost do przedstawicieli mediów:

To nie jest ta sama drużyna co w zeszłe playoffs, coś tu poszło nie tak i szybko trzeba naprawić. To nie są prawdziwi Celtics do cholery, gdzie się podziała obrona, to właśnie powinniście napisać w swoich gazetach.

Ochroniarz w hostelu co rano zagadywał mnie o mecze i sam dzielił się swoimi obserwacjami, co często okazywało się ciekawsze od pomeczowych gładkich formułek trenerów i zawodników. Po meczu z Lakers powiedział tylko:

Słuchaj, całe szczęście, że rzucał Rondo, to jest prawdziwy Celt, tylko on mógł wygrać ten mecz. Nawet w koszulce z LA.

Lider?

W szatni Celtics zapisanych jest kilka reguł, według których powinni grać zawodnicy reprezentujący tę organizację. Wszystkie oprócz jednej odnoszą się do defensywy. Garnett podkreślał w swoim programie, że zakładając koszulkę Celtów czujesz specjalną energię i odpowiedzialność związaną z historią klubu. Dlatego tak bardzo drażni mnie postawa Kyrie Irvinga w pomeczowych wywiadach. Nie wiem, czy to niefrasobliwość, czy po prostu głupota, ale człowiek stawiany w pozycji lidera tego zespołu nie powinien nawet pomyśleć takich słów. Przypomnijmy:

Młodzi gracze nie wiedzą jakich poświęceń każdego dnia wymaga bycie zespołem walczącym o mistrzostwo. Jeśli wydaje im się, że teraz jest ciężko, co pomyślą, gdy będziemy starali się awansować do Finałów? W zeszłym roku nie było wielkich oczekiwań, nie było presji wyniku, wszyscy grali luźno i swobodnie [Kyrie]

W tym roku wszyscy mamy ambitne plany. Zawodnicy, trenerzy, wszyscy. To dobrze, ale jeszcze nam brakuje. Możemy je zrealizować, ale wszyscy muszą dawać z siebie 100%. Musimy wygrywać na wyjeździe. To moja rola jako lidera. Muszę być lepszym liderem, żebyśmy wykonali zadanie [Irving]

Wokół Celtics spędziłem najwięcej czasu podczas swojej wizyty i powiem Wam tyle: w szatni Irving nigdy nie wydawał mi się przywódcą. Horford, Smart czy Rozier, to przed nimi od razu rozstępował się tłum, to ich słuchano. Po trudnym meczu przeciw Lakers wywiadów udzielili tylko Scary Terry i Jaylen Brown. Irving ubrał się żartując i poszedł do domu.

W budowie

Knicks i Celtics to kluby z długim stażem i bujną historią, można napisać o nich całe tomy książek. W przypadku Brooklyn Nets jest nieco inaczej, oni wciąż starają się odnaleźć charakter swojej organizacji. Pod kopułą hali wiszą wprawdzie zastrzeżone numery Juliusa Ervinga czy Jasona Kidda, ale w mojej opinii niekoniecznie pasują do Brooklynu. Już bardziej na miejscu jest jersey upamiętniający rapera Notoriousa B.I.G. urodzonego w tej dzielnicy.

Trener Atkinson podczas konferencji prasowych wciąż odmienia przez przypadki dwa słowa: tożsamość i kultura organizacji. Jak mówił, ciężko było przekonać do niej graczy, gdy wciąż odnosili porażki, w tym jednak sezonie zdecydowanie uwierzyli w system sztabu szkoleniowego. Brak wielkich nazwisk, współpraca, dzielenie się piłką, zaangażowanie – w skrócie – We go hard. Trzymam kciuki za tegorocznych Nets, jedyną pamiątką kupioną przeze mnie w NBA Store jest zimowa czapka Brooklynu (przyczyną tego wydatku było też zgubienie własnej czapy w metrze).

P.S. W ramach NBA od kuchni, konferencje z trenerami do dość nudna sprawa. Nieważne kto zadaje pytanie i tak wszyscy rejestrują to samo. Pamiętajmy, że relacje dziennikarzy i trenerów to stała symbioza, nie warto zadawać kłopotliwych pytań i skonfliktować się z facetem, z którym za tydzień znów musisz porozmawiać, bo taką przecież masz pracę. Trenerzy z kolei muszą uważać na każde zdanie, nieopatrznie powiedziane słowo i sensacja gotowa, twitter płonie. Nie każdy jest Popovichem, nie każdy chce nim być. Większość wywiadów i tak zaskakiwała mnie błyskotliwością i opanowaniem szkoleniowców.

Dosłownie dziesięć minut temu zakończyli ciężki mecz, ich drużyna znów przegrała, bo opcja tankowania to priorytet szefostwa, a tu wesoły pan z New York Times pyta jak oceniają rozwój młodych graczy. Nóż w kieszeni się otwiera, a na ustach uśmiech i formułka o kształtowaniu nawyków defensywnych pod okiem DeAndre Jordana wpada do dyktafonów dziennikarzy. I to jest profesjonalizm.

Rewers – Biznes

Przecenieni zdrajcy

Okolice Madison Square Garden potrafią zmęczyć człowieka w pięć minut. Światła, tłum, hałas, gdy raz przyjechałem za szybko na mecz wolałem ewakuować się metrem kilka przecznic dalej i tam poczekać spokojnie przy kawie. W dniu transferu Porzingisa schowałem się w pobliskim sklepie sportowym, w dziale z tenisem można było złapać oddech, ale już przy koszykówce znów napotykało się szaleństwo w czystej postaci. Kibice z zapałem przeszukiwali koszulki Jednorożca by wśród XXL i S znaleźć upragnione, bardziej regularne rozmiary. Promocja! 20 dolarów, przebitka o ponad stówę, skusiła wielu, w tym mnie.

Tylko bezdomny raz zarazem wtykający głowę przez ruchome drzwi krzyczał: Zdrajca!

Cieszę się z możliwości zostania liderem tej drużyny. Podchodzą do tego sezonu ze świeżym nastawieniem, zostawmy przeszłość za sobą. – takimi słowy rozpoczynał ten rok Porzingis.

Na rogu tej samej ulicy, w supermarkecie, obok dziecięcych ubranek można było zakupić z kolei koszulki Joakima Noah we wszystkich kolorystykach i wielkościach za jedyne 30 dolarów. Patrząc na obecny renesans formy Jo po odejściu Gasola, trzeba było nie jeść obiadów przez dwa dni i brać. Nowy Jork nie będzie już jednak dla Noah szczęśliwym miastem, choć nie tak dawno temu na powitalnej konferencji prasowej mówił:

Nowy Jork to dla mnie ważne miejsce, dorastałem jako fan Knicks, noszenie tej koszulki to dla mnie zaszczyt.

Teraz nikt nie chce nosić jej nawet za 30 dolarów.

New York Forever

Tydzień po przeprowadzce PorzinGoda do Dallas, prowadzący do Madison Square Garden hol wciąż zdobił ogromny plakat z podpisem New York Forever. W centralnym punkcie kompozycji umieszczono wpatrzonego ponuro w przestrzeń Łotysza.

Na konferencji prasowej po transferze trener Fizdale rekomendował dziennikarzom sprowadzoną trójkę ex-Mavericks. Od komplementów zaczerwienić się mógł Wesley Matthews, który usłyszał jak
znakomitym jest defensorem i ile wiedzy może przekazać młodym zawodnikom Knicks. Niedługo później Matthews rzuca już punkty w barwach Indiany, starając się wypełnić lukę po kontuzjowanym Oladipo.

Panta Rhei

Król James wraz ze swoją świtą zawitał do Bostonu tuż po nieszczęsnych pogłoskach o transferze Davisa za pół królestwa Lakers. Gracze z LA. zgromadzeni w szatni przed meczem, pomimo rozgardiaszu i muzyki nie wyglądali na grupę ludzi mających ochotę ze sobą rozmawiać. Szczególnie na oczach kilkudziesięciu dziennikarzy wpatrzonych w rozciągającego się na piłce LeBrona udającego pietę Michała Anioła.

Walczyłem z chińskim dyktafonem, gdy Gasol żartował, że po zgubieniu telefonu mógłby nawet nie dowiedzieć się o swoim własnym transferze. Dzisiaj jest w Toronto. Rozmawiałem z Garrettem Temple, który zamiast zimnego Memphis wiosnę spędzi w LA.

Możesz więc być najwierniejszym żołnierzem swojej organizacji, by z dnia na dzień pakować walizki, gdy okaże się, że nie pasujesz do biznesowej machiny właścicieli. Wyobraź sobie, że nagle musisz zmienić miasto, klimat, porzucić znajomych, ulubioną knajpę i kolegów z pracy, by znów dawać z siebie sto procent w nowym otoczeniu. Zapisać dzieciaki do nowej szkoły, znaleźć odpowiedni dom dla rodziny. Udobruchać żonę. Pomimo licznych pocieszycieli na koncie bankowym, wciąż nie wydaje mi się to łatwe [Temple]

Show

NBA to widowisko. 20 tysięcy osób wypełnia hale w dni powszednie, czy to Brooklyn, Boston czy Manhattan. Rekordy, akcje, rozrywka w przerwie, to przyciąga kibiców. I pieniądze. Obrońcy tradycji, przeciwnicy błędów kroków, puryści obrony, nadchodzą dla nas ciężkie czasy. Chleb i igrzyska to już za mało. Karmelowy popcorn i 400 punktów co mecz –> to najbliższa przyszłość Ligi.

[Grzegorz Szklarczuk]

Jeśli jakimś trafem nie czytaliście pierwszej części relacji, zapraszam:

/i-love-this-game-nba-oczami-akredytowanego-dziennikarza/

Ostatnie Wpisy

26 comments

    • Array ( )
      TajomaruRashōmon 25 Luty, 2019 at 17:18

      Jeden z lepszych, o ile nie najlepszy artykuł na tym portalu. Szacunek!

      (19)
  1. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe Shey
    Odpowiedz

    Doskonały artykuł, postaci graczy pokazane jakoś tak bardziej ludzko i aż czuć atmosferę z szatni. Brawo!

    (60)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Dlaczego tak mało ludzi robi coś z pasji dla siebie i bliskich jak Russell? Wszystko tylko na pokaz i jakieś takie plastikowe…

    (29)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Grzegorz, dobry artykuł! Fajnie się czytało. Mam nadzieję, że to nie ostatnie twoje działania na stronie.

    (12)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Mnie z kolei ciekawi, czy nie będąc akredytowanym dziennikarzem a jedynie zwykłym fanem, jest szansa dostać autograf?

    (0)
    • Array ( )

      Da się, trzeba mieć bilety na niskie sektory, najlepiej przy zejściach do szatni. Lub za koszami. Przyjechać sporo przed meczem, zawodnicy wychodzą na rozgrzewkę o różnych porach. Mieć przygotowany marker i plakat do podpisu. Część fanów przychodzi z flagami swojego kraju by przyciągnąć uwagę chociażby takiego Gasola. Myślę, że przed meczem najłatwiej złapać zawodnika, druga szansa jest na przerwie a trzecia po spotkaniu. Wielu zawodników przystaje przy kibicach chociaż na chwilę.

      (6)
    • Array ( )

      Dzięki za odpowiedź, niestety nie zapowiada się żebym za szybko mógł sam zdobyć autograf, ale mam siostrę w Bostonie, to teraz już będę wiedział jak ją poinstruować 🙂

      (3)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Fajnie się czyta i chociaż przez chwilę można się poczuć jakby się było obok tego wszystkiego 😉

    (1)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Kiedy zrobicie mozliwosc udostepnienia art na fb albo w msg . Moi znajomi nue wszyscy znaja GB a tak byloby wiecej o Was sluchu , a nie mi tu probasket podsuwaja😊😊😊

    (-2)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Pytanie niekoniecznie do autora, bo zapewne w przypadku bycia dziennikarzem może wyglądać to nieco inaczej. Leciał ktoś z Was z PL na mecz NBA jako zwykły kibic? Albo i nawet kilka meczów. Zastanawiają mnie koszty jakie musiałbym ponieść, a nie ukrywam, lata lecą i ten cały show choć raz chciałoby się zobaczyć na żywo. Artykuł bardzo fajny, można tylko pozazdrościć. 😉

    (9)
    • Array ( )

      Koszt, lot przy promocji i przesiadkach, około 1000 zł, mecz zależy od miejsca, w którym siedzisz i drużyny, którą jedziesz oglądać. Słabsze sektory to około 40 dolarów plus podatek. Jednak lepsze spotkania, na przykład L.A. Boston kosztowały prawie 160 dolarów za marne miejsca. Hostel w dobrej lokalizacji (liczy się dzielnica i bliskość metra), 200 dolarów za tydzień. Obiad około 10-15 dolarów. Kawa 1,5. Tygodniowa karta metra w NY niezbędna, 30 dolarów. I tak dalej.

      (8)
    • Array ( )

      Dziękuję za odpowiedź! Pozostaje tylko zbierać kasę i spełniać marzenia, pozdrawiam. 😉

      (4)
    • Array ( )

      1000 zł za bilet to chyba jak 3 przesiadki, 50 godzin w trasie i brak pracy (bo termin to wielka loteria) 😉

      Jak się chce na konkretny mecz polecieć bez przesiadki (NY, LA) lub z jedną (13-14h) to trzeba liczyć 2500-3000 zł.

      (0)

Gwiazdy Basketu