NBA: w poszukiwaniu niegrzecznych chłopców

53

Kosz to emocje – mówiłeś. Kosz to taktyka, zwinność i męskość – mówiłeś. Kosz to niegrzeczni chłopcy – mówiłeś. A może nie mówiłeś. Może to ostatnie wymyśliłam sobie sama. Spodoba Ci się kotku kosz – o! Tak na pewno mówiłeś.

Nawet nie masz pojęcia, jak się chłopie pomyliłeś.

Słuchaj kochany, kiedy mówisz mi: kosz to emocje, to ja widzę to tak: łzy wzruszenia, łzy wyczerpania, łzy trudu, łzy radości. Na koniec zwycięski uśmiech. Też przez łzy. Rozumiesz? To widzę, gdy mówisz: emocje. Kiedy mówisz mi: kosz to taktyka, zwinność i męskość to ja widzę to tak: Brad Pitt, z cygarem między smukłymi palcami, zadumany nad szachownicą. A w odważniejszych już fantazjach, kiedy wspominasz egzotyczne nazwiska zza oceanu, być może (ale się zbytnio nie przejmuj) widzę to tak:

Rozumiesz? To widzę, kiedy mówisz: taktyka, zwinność i męskość.
Nota bene, to też widzę, kiedy mówisz: kosz to niegrzeczni chłopcy.
Albo kiedy tego jednak nie mówisz.
Wtedy też widzę to, co na obrazku.
Ewentualnie odjąć marynarkę.
I krawat.
I…
I dodać trochę potu na skroni.
I może jeszcze po jednym tatuażu na ramię.
Tak…
To wtedy widzę*

Więc słuchaj kotku, kiedy mówisz: kosz Ci się na pewno spodoba, a ja przed oczami i w głowie mam to, co na powyższym obrazku, to nie dziw się, że będąc służbowo w Charlotte – mieście, które stadionami stoi, delikatnie przez Ciebie zachęcona, chyba jednak nie do końca wiedząc, co robię, ochoczo kupuję bilet na…

Charlotte Hornets vs. Detroit Pistons.

W mojej głowie, kiedy stoję w kolejce po bilet w kasie Spectrum Center wielkości mojej rodzinnej miejscowości, ma to wszystko wielki sens. Detroit kojarzy mi się z Eminemem. Niegrzecznie. Hornets z żądłem i przymiotnikiem horny. Niegrzecznie. Bilet z kolei kosztuje mniej niż wejściówka do klubu. Poza tym, obiecałam Ci, że będę grzeczna. Więc idę. Z braku laku i innych możliwości – w poszukiwaniu przyjemności idę na mecz. Mecz NBA. Postanowione.

I tu zaczyna się dramat**:

AKT I

Godzina 13:00, 27 listopada. Charlotte, NC. Spectrum Center. Czwarte wejście licząc od pierwszego, którym można spróbować tam wejść. Wielkie to. Naprawdę wielkie. Okienko kasy. Jedyne czynne na dziewięć nieczynnych. Bo przerwa obiadowa. Przepraszam, lunchowa. Przed okienkiem ja – w tym konkretnym momencie – wielka fanka NBA. W okienku ona – kasjerka patrząca z politowaniem. Włącza mikrofon.

Kasjerka patrząca z politowaniem: Yeap, darling?
Ja: Bilet na wieczorny mecz, proszę. To mój pierwszy mecz NBA! I koszykówki w ogóle! Będę się doskonale bawić, prawda?!
Kasjerka patrząca z politowaniem: Ile biletów?
Ja: Jeden, proszę.
Kasjerka patrząca z politowaniem: Yhm. To wątpię.

AKT II

Godzina 17:00. 27 listopada. Charlotte, NC. 15 minut od stadionu. Hotelowy pokój, a dokładniej – garderoba. W nieładzie. Naprawdę wielkim. Bo co do cholery zakłada się na mecz koszykówki?! Na stoliku sypialnianym telefon z migającą ikonką nadesłanej wiadomości w facebookowej konwersacji dwóch osób. Na niebiesko – jeszcze w negliżu, już prawdopodobnie spóźniona – wielka fanka NBA. Na biało – on. Znawca.

Znawca: Baw się dobrze na NBA, krzycz de-fense, let’s go charlotte, let’s go! Pamiętaj, że istotny w Hornets jest rookie Graham i szukaj na trybunach Jordana.
Ja: Nic nie będę krzyczeć. Poza tym typ nazywa się Devonte, a nie Rookie, durny. Sprawdziłam.
Znawca (na szczęście kochający): …

AKT III

Godzina 18:20, 27 listopada. Charlotte, NC. Spectrum Center.

Kolejka do wejścia obstawiona przez służy bezpieczeństwa w fioletowych polarach. Dookoła tłum czapeczek z szerszeniem na głowach ludzi w bluzach z szerszeniem na plecach. Wszystko fioletowe.

W tłumie ona – wtedy jeszcze z potencjałem na fankę NBA – w czarnym płaszczyku i czerwonej szmince. Na Boga, skąd mogła wiedzieć! Bluzy Hornets w drużynowym sklepiku – 50 USD za wyprodukowany w Chinach amerykański symbol. Trudno. W tłumie na ruchomych schodach nadal ona – nadal w czarnym płaszczyku.

Na lewo budka z pikantnymi skrzydełkami, na prawo niemieckie precle. Po środku – dziki tłum. Rodzice z dziadkami, dzieci z rodzicami, dziadkowie z wnukami, dziewczyny z chłopakami, mężowie z żonami, chłopaki z chłopakami. Na wprost animatorka skręcająca balony w kształcie maskotki gospodarzy. Nad nią ekran wyświetlający blondwłose cheerleaderki. Pod nim – ośmioletni chłopiec i jego pięcioletnia siostra. I tata, który chyba wolałby być gdzieś indziej.

Chłopiec (zapatrzony w tańczące dziewczyny, kręcąc biodrami): Tato, tato, to ja, kiedy dorosnę! Patrz! Też tak będę!
Siostra (na widok Malika): A to będę jaaaa!
Ja (na widok tego wszystkiego, do zdziwionego ojca): Happy thanksgiving, sir!

AKT IV

Godzina 18:56, 27 listopada. Charlotte, NC. Spectrum Center. Wejście na sektor 211.

Tak wysoko, że kręci się w głowie. Tak wysoko, że nie sięgają tam reflektory. Tak wysoko, że ani chuderlawe (pff, co mi po płaskim brzuchu, podwójną cebulkę do hot-doga, please!) cheerleaderki ani armatka nie dorzuci tam koszulki. Tak wysoko, że kiedy w końcu zaczyna się mecz, ona sama do siebie (na szczęście po cichu):

Ja: Czy jeśli nie jestem stąd, to muszę stać na baczność, śpiewając hymn? Mogłam założyć coś wygodniejszego.
Ja: Boże, to już? Czy czuję te emocje? To jest to NBA? To go tak kręci? Gdzie są te cheerleaderki, niech się im przyjrzę. Aha!
Ja: Kurde, gdzie jest ta piłka? Wcale jej nie widać. Malutka.
Ja: Co ich tak mało? Jak to? To cała drużyna? Ich jest tylko pięciu?! Sześciu. Nie, to chyba trener. Nieważne. Na laptopie wydaje się ich być więcej. I oni sami też więksi!
Ja: Reklama wiertarek w trakcie przerwy. Yhm. Co? Co?! Gol? Goool! Kurde, nie, to nie gol. Jak to się w koszykówce nazywa?!
Ja: Koniec? Już? Szybko… No i dobrze.
Ja: Nie rozumiem. Wrócili? Gdzie jest zegar?
Ja: Co? Kwarta ma 12 minut? To czemu druga trwa jeszcze w 50 minucie meczu?!
Ja: Za ile są te gole? Nie gole! Jak to się nazywa? Nieważne. Za jeden punkt czy dwa? Czy Derrick Rose właśnie zdobył trzy?! O co…?
Koleś z tyłu: Come on, Charlotte, it is thanksgiving!
Ja: Oooo, robi się ciekawie. Dawaj, chłopcze, dawaj! Jest! Gooo… Nie, nie gol. Jak to się nazywa!?
Ja: O co chodzi? Czy oni zmienili połowy boiska? Co jest? Kiedy?! To komu ja kibicuję?!
Typ na boisku przebrany za szerszenia: De-fense, de-fense, deeee-feeeense!

Ja: Defense, defense, deeeefeeense!!!

Ja (sama do siebie): Idiotko, nie drzyj się tak. Przecież Ci się nie podoba.
Matka z dzieckiem na ramieniu: Honey, look, you are at the big screen! Smileee!
Ja: Czyli przerwa?
Dziennikarka: Now it is time for the entertainment program! Here is the quiz! If you could choose not to eat the thanksgiving dinner ever again or eat it every day till the rest of your life, what would you go for?
Terry Rozier: Huh… eee… I do not know… It is a hard one…
Ja: Bystrzak…
Ja: Ale ładny…
Ja: Uuuu, robi się gorąco! Dawaaaaj! Co ten koleś wyprawia! Przecież nawet go nie dotknął! Sędzia – dupa! Taaaak! Dooooobrze! Defense! Defense! Defeeense!
Ja (do siebie): Siadaj, po co wstałaś?! Zasłaniasz innym widok… Defense!
Ja: O nie, nie, nie! Niemożliwe! Nie możemy tego przegrać! Dajesz Malik! Wooooohoooo!
Ja (do siebie): Siadaj, głupia.
Ja: Koniec?
Ja: I dobrze.

AKT V

Godzina 21:40, 27 listopada. Charlotte, NC. Nie powiem, gdzie (tylko się nie denerwuj).

Ona – trochę w szoku. Była na meczu NBA. I nawet się jej podobało. Tak ostatnie 30 minut. I w sumie sporo z tego zrozumiała, poza tym – pije drugi kieliszek wina, więc wydaje się jej, że na czym jak na czym, ale po meczu NBA na koszu jednak już się zna.
On – sześć godzin od niej. Śpi. Nie wie jeszcze, że ona już wie, czym się je NBA.
Ona – wyciąga telefon, wystukuje w biało-niebieskiej konwersacji:

Ja: Byłam! Było w porządku. Mecz na bardzo wyrównanym poziomie. Rose i numery 0 i 23 u Detroit wystarczyłyby za wszystkich graczy. Świetna robota. Grają finezyjnie, wszystkie rzuty były ciekawe i z zaskoczenia. Nie rozumiem, czemu trener nie zdjął 5 – strasznie brzydki. Charlotte zebrało się pod koniec drugiej połowy – nieskoordynowani, ale bardzo skoczni i agresywni. Szybko się zbierają i ładnie wykorzystują okazje, choć z trafianiem do kosza różnie. Twój Graham – cóż, nie będę się kłopotać z zapamiętywaniem imienia, bo nie miał dla meczu żadnego znaczenia. Wcale go tam nie widziałam. Za to P. J. Washington – co za bohater! Malik śliczny. A Terry Hozier – niegrzeczny tak, jak lubię!
On: Yhm. Rozier, kotku. Rozier.

KURTYNA

Mecz Charlotte Hornets vs. Detroit Pistons miał być słabym meczem. Nie wiem czy był. Sądząc po wysokiej punktacji, wnioskuję, że sporo się tam działo. Sądząc po emocjach na trybunach, wnioskuję, że gra była przyjemna, ale rozgrywka nie należała do najważniejszych. Nie wiem. Jak się pewnie domyślacie, nie znam się na koszykówce. Znam się za to na przyjemnościach.

To nie był tylko mecz. NBA to wielka machina rozrywki. Ludzie ustawiają się w kolejkach do bramek już o 17:30, by pobuszować po sklepach z gadżetami dla fanów, napić się piwa, zjeść hot-doga i spotkać ze znajomymi. Trybuny wypełniają się powoli, ale czujna kamera nagrywa co ciekawszych fanów i wyświetla na ekranach tańczących staruszków, podekscytowane dzieci z sosem na policzkach.

Sama gra wydaje się tu mało istotna – w przerwie między połowami na boisko wkracza ekipa przebrana za postaci z bajek Disney’a, śpiewając i tańcząc do największych przebojów, a w tle gimnastyczki wspinają się po szarfach. Są quizy – do wygrania koszulki, bony do Domino Pizza i telewizor. Jest Hugo i jego tysiące sposobów na zagrzewanie fanów do kibicowania. Jest okrzyk “wave the towels”, którego nie rozumiem wcale, ale kiedy trybuny dziko podrywają się z miejsc, by drąc się wniebogłosy, machać ścierkami nad głową, krzyczę i ja. Krzyczę zawzięcie.

Bo to mi się w sporcie podoba – niegrzeczni chłopcy, tracący głowę dla piłeczek.

* A widzę dokładnie i wyraźnie, że takowi istnieją, dzięki uprzejmości Pinteresta. Oni są naprawdę. I jest ich więcej:

** Dramat – jeden z trzech rodzajów literackich, w których rola podmiotu literackiego ograniczona jest do minimum, a świat przedstawiony opisywany jest poprzez działania w pełni usamodzielnionych postaci. W tym przypadku usamodzielniona jestem ja. Samodzielnie poszłam przecież na mecz. Akcja dramatu składa się na ogół z podstawowych części: przedstawienia, rozwinięcia, perypetii, punktu kulminacyjnego i rozwiązania. Tak, to z Wikipedii

[autorka pragnie pozostać anonimowa]

Ostatnie Wpisy

53 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    bdb kobietko-jak lubisz niegrzecznych chłopców to dawaj do gdyni-bestia czeka………..{tyle ,że nie ma hot dogów z podwójna cebulką}

    (-13)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Z całym szacunkiem ale według mojej opinii przerost formy nad treścią. Zbyt przerysowane to wszystko, brakuje trochę lekkości, i polotu. Niby wszystko według jakiegoś “stylu” ale za dużo tego “stylu” a za mało naturalności. Gdy czytałem ten artykuł miałem wrażenie że jest pisany na siłę i pozowany. Nie podobało mi się.
    Ale szacun i propsy za odwagę.
    Moja krytyka jest konstruktywna i nie ma na celu zniechęcić Ale lekko ukierunkować.
    Peace.

    (43)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Super się czytało :). Fajnie jest poznać i przez to lepiej zrozumieć odczucia płci pięknej do koszykówki gdy nie do końca rozumieją zasady z nią związane.

    (5)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Tekst jest po prostu koszmarny. Dla fanów źle rozumianej męskości wprost idealny, bo stereotypy są podkarmione. Kobieta jest przedstawiona jako głupia, nic nie rozumie… I co gorsza sama tak się portretuje. To jest losowa osoba z pustą głową na meczu, która na dodatek, i na nieszczęście, próbuje to jakoś opisać. Początek już w ogóle przypomina jakiś fanfik. Uwielbiam ten portal, ale jak chce się być uczciwym to się daje uczciwe spojrzenie, a nie wypociny kogoś, kto ciężko myśli.

    (15)
    • Array ( )

      Wg mnie tu nie chodzi o “ciężkie myślenie”. To jest część kobiecej natury. Tak jak my, w podswiadomy sposób, szukamy konkurencji (czego najlepszym dowodem jest istnienie naszej ukochanej nba), tak kobiety kształtują się (nie będąc, jedynie kształtując) na istoty indolencyjne, w celu ściągnięcia uwagi mężczyzn (i idąca za tym pomoc w zaspokajaniu ego).
      Ot… Kobieta z krwi i kości! Świat polega na różnicach, a ja je uwielbiam!

      (2)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Spoko tekst, ciekawy, nieszablonowy pomysł. Byłem kiedyś na meczy rundy zasadniczej i faktycznie jest to bardziej show i miejsce spotkań (zjedzenia hot-doga, nachosów, wypicia piwa, pogadania ze znajomymi) niż coś trzymającego w napięciu. Co prawda, większość widzów zna się na koszykówce i odpowiednio reaguje na dobre zagrania/wyrównaną końcówkę, ale sam mecz jest nieco mniej ważny dla publiczności.

    (6)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Hmm… ciekawe, to “rozwiązanie” trochę takie nijakie i objawiło się minimalnym rozczarowaniem, jednak czytałem z zapartym tchem, a tekst po krótkiej refleksji oceniam, że przyjemny. Pozdro autorko, szanuję bardzo.

    PS. Pozazdrościć Znawco takiej kobiety, która poświęciła czas i pieniądze aby zgłębić tajniki Twojej zajawki i jeszcze tekst o tym napisała, ozłocić ją!

    (13)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    To jest zdecydowanie najgorszy tekst jaki czytałem ostatnimi czasy. A może i najgorszy ever… Kto mi odda te kilka minut życia? Ani nie jest zabawny, ani ciekawy, a jedynie pokazuje ‘autorkę’ jako osobę, która a) lubi niegrzecznych chłopców (who cares?), b) nie ma pojęcia o koszykówce, c) nie jest zbyt ogarnięta (dylemat co ubrać ne mecz koszykówki, ehh), d) obrzydziła mi słowo ‘kotku’ do końca życia. Żadnych ciekawych anegdot, czy spostrzeżeń. Ot, marnej jakości wyznania ‘kobiety, która nie wie’. Przepraszam bardzo, ale to jest naprawdę dramat. Ten portal z dnia na dzień jest coraz gorszy….

    (1)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    A ja napiszę wprost – kapitalnie mi się to czytało!

    Można gdzieś jeszcze poczytać teksty Autorki? 😊 Niekoniecznie o koszu oczywiście. Link tudzież namiary poproszę.

    PS. Krytykanctwem tutejszych czytelników się nie przejmuj i pisz dalej proszę😊

    (6)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    A mnie się podobało! Chyba część czytelników nie do końca ogarnia że to relacja z meczu, pisana przez kobietę, która sama się przyznaje że koszykówka to pasja jej męża/chłopaka i że sama pojęcie o nba ma znikome 😉 Moja żona, dla przykładu, po 12 latach “ogarnia” na tyle nba, że wie że grają tam w koszykówkę, że odbywa się to o jakiś chorych porach w środku nocy i że jak mówię że mecz się już kończy bo zostało tylko 8 minut, to zapewne faktycznie skończy się za jakieś pół godziny 😉

    (7)
  10. Array ( )
    Droga Autorko, Drogi Adminie 29 Listopad, 2019 at 13:10
    Odpowiedz

    Ekstra art! Gratulacje Autorko za tekst, szacunek Adminie za wrzucenie go, świetnie prowadzisz te stronę!

    (5)
  11. Array ( )
    Odpowiedz

    Fajny tekst, inny niż zawsze. Mi się podoba takie urozmaicenie choć zgadzam się że czasami wyszło trochę sztucznie

    (0)
  12. Array ( )
    Odpowiedz

    Dodaliście artykuł w formie dramatu literackiego i jak widać po komentarzach, ludzie tej formy nie zrozumieli, pomimo że uczyli się jej w szkole. Autorko tekstu musisz im wybaczyć, czytelnicy i interesanci sportu rzadko bywają erudytami i jak tekst nie jest “po Bożemu”, do tego z otwartym zakończeniem to się gubią i bulwersują 😉 stylem przypominało to trochę Masłowską chociaż do niej Ci jeszcze daleko 🙂 ale podrzuciłaś mi pomysł na scenariusz teatralny 🙂 dzięki 🙂 :*

    (-3)
    • Array ( )

      Czyli albo się podoba, albo się nie znasz i czytasz najwyżej nagłówki na Onecie? Błagam… Niektóre reakcje pewnie zbyt ostre, ale mam nadzieję, że Autorka, publikując, była na nie przygotowana, i mimo że wyszło raczej słabo, to się nie zrazi, bo pomysł był ciekawy.

      (5)
  13. Array ( )
    Odpowiedz

    Nie bardzo wiem skąd takie zarzuty do Pani Autorki. Przeczytałem z uśmiechem na ustach.

    Czasami nasze żony przychodzą na nasze mecze. I oczami wyobraźni widziałem właśnie ich dyskusję na temat spotkania. Bardzo podobne uwagi i spostrzeżenia. No może u nas kibiców jest mniej i szoł w przerwie ogranicza się do muzyki z głośników 😂

    Tak czy inaczej, fajny tekst, nawet jeśli pisany dość “stereotypowo”. Zakładam jednak, że taka była konwencja.

    Przy okazji, chciałabym przeczytać próbkę tekstu tych, którzy tu od grafomanow wyzywaja. 😉

    (7)
  14. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe ja24
    Odpowiedz

    fajny art, innym okiem. nie tyle o meczu a o otoczce. ostatnio było o tym jak amerykanie sprzedają a jak europejczycy. i widzicie na każdym kroku sklepiki, gastronomia, koszulki za 5 dych a przecież każdy w nich łazi. tu Ci coś w cisną, tam Ci coś wcisną, nawet reklamę wiertarek. aby tylko $ były. są $ to są i wyższe wypłaty dla zawodników. są wyższe wypłaty to są i lepsi zawodnicy. proste jak jedzenie. w europie na kilku meczach byłem live, otoczka jest wyśmienita, ok. ale samo oglądanie NBA w telewizji pokazuje że NBA to przede wszystkim show. i oni potrafią te show sprzedać.

    (2)
  15. Array ( )
    Odpowiedz

    No ten tekst na pewno nie jest o koszu… Ale dobrze czasem spuścić z tonu i widzieć w tym zabawę. O to chyba chodzi

    (2)

Gwiazdy Basketu