Pee Wee Kirkland: legenda dwóch gier

20

Kogo możemy nazwać legendą koszykówki? Nazwiska, które pierwsze cisną się na usta, gdy słyszymy tak zadane pytanie, to gracze pokroju Michaela Jordana, Kareema Abdul-Jabbara, Magica Johnsona, Larry’ego Birda…
Najwięksi z największych, elita, która złotymi zgłoskami zapisała się na kartach historii NBA. Jest jednak również inny kaliber legend. Gracze, którzy nigdy nie postawili nogi na zawodowym parkiecie, a ich nazwiska odbijały się echem wśród asfaltowych boisk Brooklynu, Harlemu, czy Venice Beach. Gracze, dla których koszykówka nigdy nie była pracą i obowiązkiem, tylko po prostu miłością ich życia.

Mowa o takich gościach, którzy spokojnie mogliby przejść na zawodowstwo (i miewali takie propozycje!), ale nie chcieli dać się “spętać”, niczym Black Jesus w opowieści Jake’a z He Got Game. Tak, Drogi Czytelniku, istnieją też takie legendy i dziś chciałbym przypomnieć jedną z nich. The one and only, Pee Wee Kirkland.

#Jeden na jeden o walizkę gotówki

Urodził się na Manhattanie, w domu się nie przelewało. Szybko wciągnęła go ulica, bo tam najłatwiej było o trochę grosza. Z powodzeniem doskonalił się w gangsterskim rzemiośle, szybko osiągając w nim biegłość i awansując w ulicznej hierarchii. Od małego przejawiał też smykałkę do basketu. Do dziś utrzymuje, że nie przegrał nigdy meczu 1 na 1.

Bywało, że w Rucker Park stawiał tysiąc swoich narko-dolarów na własną wygraną w meczu z jakimś innym streetballowcem, czy prospektem NCAA. Kupka pieniędzy szybko pęczniała, bo swoje do puli dorzucali gapie. Robiły się z tego niezłe zakłady. Pee Wee twierdzi, że w takie dni zawsze wracał do domu z podniesioną głową i nabitą kabzą.

#Gra, w którą nigdy nie przegrywam

Richard Kirkland jest dziś trenerem w Dwight School na Manhattanie i wykładowcą akademickim na Uniwersytecie Long Island, gdzie prowadzi zajęcia z Filozofii Rozrywki. Wszyscy jego podopieczni znają to powiedzonko:

Tak gra się w koszykówkę, w której zawsze zwyciężałem i tak zwalcza się własne słabości, co mi, niestety, się nie udawało.

Przygotowując wykłady, prowadzący Kirkland czerpać może z bogatego doświadczenia. Pod koniec lat sześćdziesiątych cieszył się opinią najszybszego zawodnika w koszykówce uniwersyteckiej według Sports Illustrated. To w tamtym czasie często dzielił boisko z inną legendą Rucker Park, Juliusem Ervingiem. Z tym, że jednego z nich ciągnęło do błysku fleszy na zawodowych parkietach, a drugiego do stroboskopowych lamp w nocnych klubach.

W 1969 roku Kirkland został wybrany w drafcie przez Chicago Bulls. Chicago Bulls. Widząc jednak leżący na biurku managera świstek zatytułowany “Uniform Player Contract” zerknął nań, a spostrzegłszy kwotę skrzywił się, wyssał ślinę spomiędzy zębów i odparł pogardliwie:

Nie, dzięki, więcej mam teraz w kieszeniach.

#Rucker Park

Mówi się, że plotka “wyleci wróblem, a powraca wołem” toteż zawsze należy brać poprawkę na wszystkie tego typu nieweryfikowalne rewelacje, ale kronikarski obowiązek każe mi wspomnieć iż za Kirklandem ciągnęła się naprawdę niezła koszykarska reputacja. Pomijam już udane występy na szczeblu licealnym i w NCAA, bo na tym, choć grał więcej niż solidnie, legendy swej nie zbudował. Przede wszystkim, słowo głoszone na ulicy niosło iż Pee Wee to pierwszy Nowojorczyk, który udanie kręcił pełne 360 w powietrzu i zarazem człowiek, który wynalazł tamtejszy crossover. Wiara cisnęła się, by podziwiać jego i Juliusa. Rucker Park właściwie płonął z podniecenia, kiedy ich ekipy wchodziły na boisko.

W tamtych czasach publika była naszym szóstym zawodnikiem, ale to była wymagająca ferajna. Nie dawali sobie wciskać żadnego kitu. Albo byłeś prawdziwy, albo cię wyszydzali [Pee Wee]

W naturalnym, klubowym, środowisku.

#Jak Jekyll i Hyde

Szlify uliczne na dobre zaczął zdobywać w wieku lat trzynastu. Rodziców wspomina jako uczciwych i pracowitych ludzi, którzy jednak każdego dnia toczyli nierówną walkę z przeciwnościami losu. Pee Wee, jak sam twierdzi, dorastał w otoczeniu przegranych, uzależnionych od alkoholu i narkotyków, ludzi niepotrafiących kontrolować własnych potrzeb fizjologicznych, nie mówiąc już o swoim życiu. To wtedy dotarło do niego, że się z tego wyrwie. Tak, czy inaczej.

Dziś nie bez kozery nazywa się go Legendą Dwóch Gier, tej koszykarskiej i tej ulicznej. Jako osiemnastolatek otrzymał stypendium na Kittrell Junior College w Północnej Karolinie. Rok później przyjęli go już na Norfolk State, bo aż żal było patrzeć jak się marnuje, rzucając w juniorskim koledżu średnio po 41 punktów.

Grałem w Showtime Lakers, ale Pee Wee robił show na 20 lat przed nami. Potrafił latać, przyrzekam. Boisko wzdłuż przemierzał kozłem w trzy sekundy, od linii do linii [Bob McAdoo]

Jednocześnie wiódł podwójne życie. Ulica wciągała go w swe łapska, niczym heroina tych ćpunów, którą handlował. Za dnia był studentem na kampusie, a w nocy gangsterskim celebrytą. Chodził otoczony wianuszkiem świty, obwieszony biżuterią. Przybijał piątki z ludźmi spod ciemnej gwiazdy, ukrywających się przed zarzutami kalibru 25 to life (od 25 lat do dożywocia). Sam miał na ogonie rozpracowujących go policjantów odkąd skończył 16 lat i aż dziw bierze, że przez ten cały czas niczego nie zdołali mu przybić.

Życie na ulicy jest jak ruchome piaski. Gdy już raz w to wejdziesz, możesz tylko grząźć i grząźć. Odwrotu już nie ma [Pee Wee]

#Back to Harlem

UCLA chciało go mieć u siebie, żeby sparować go razem z Kareemem. Pee Wee w 1968 roku, gdy grał w Norfolk, był najlepszym strzelcem uniwersyteckim w kraju. Dokładnie rok później pojawiła się propozycja ze strony Chicago Bulls, o której pisałem wcześniej. Kirkland zrobił na nich dobre wrażenie i chcieli by był ich drugim rozgrywającym. On twierdził zaś, że jego talent zasługuje na więcej i wolał wrócić do Harlemu. O historii z odrzuceniem kontraktu wspominałem już kilkakrotnie, ale chyba nigdy nie napisałem o jaką kwotę chodziło. Bulls byli mu w stanie zaoferować 40 000 dolarów. No cóż, dla kogoś, kto ćwierć tego potrafił przytulić w zakładach na jednym meczu 1 na 1 faktycznie nie były to wygórowane pieniądze…

To po tym powrocie na dobre powstała jego uliczna koszykarska legenda. Kirkland zajeżdżał na Rucker Park swoim Rolls Roycem, a na ławkę przy boisku zrzucał z ramion drogie futro. Zakładał Converse’y i wchodził do gry, nie raz i nie dwa rzucając po 50 punktów, grając z takimi zawodnikami jak Erving, Tiny Archibald i inni.

Red Holzman, ówczesny trener Knicks, słał mu zaproszenia na treningi i testy, ale Pee Wee nigdy się na żadnym nie pojawił. W tamtych czasach nosił jeszcze inne przezwisko “The Bank of Harlem”, bo pożyczał wielu osobom walutę na procent. Zyskiwał podwójnie, bo te pieniądze często szły na jedną z jego działek koki albo hery, a potem jeszcze wracały z procentem jako dług.

#The Destroyer

Oczywiście nie był jedynym, który tak postępował. Podobną ścieżką jak Pee Wee kroczył w owym czasie również Joe Niszczyciel Hammond, ale o nim opowiem może już w innym artykule (marzy mi się też Earl The GOAT, jak wena dopisze).

Wracając do Kirklanda, w 1971 roku skończyło się rumakowanie. Wpadł w Bostonie, złapany na gorącym uczynku, podczas jakiejś grubej transakcji. Nie puścił pary z gęby, dostał 15 lat więzienia. Z jednej strony dużo, z drugiej mało, biorąc pod uwagę zarzuty: handel narkotykami, nielegalne posiadanie broni, oszustwa podatkowe i utrudnianie pracy wymiarowi sprawiedliwości.

W poświęconych mu opracowaniach pojawia się teza, że w praniu pieniędzy pomagała mu matka, ale Pee Wee zawsze wymijająco odpowiada na takie pytania, nawet po latach. Szacuje się, że na nielegalnym procederze zarobił około 30 milionów dolarów, co wówczas było sumą wręcz astronomiczną. Mówiło się, że Harlem nigdy nie widział takich pieniędzy. Dla porównania: w NBA dopiero 20 lat później pękł próg 5 milionów za sezon, za sprawą Larry’ego Birda. Pee Wee już dawno zdążył wtedy wyjść zza krat.

Za bostońską wpadkę wyszedł po mniej niż 10, ale wrócił za kratki jeszcze w latach 1981-1988, za oszustwa fiskalne. Po wyjściu na wolność zaczął pracować z młodzieżą, aby uchronić młodych ludzi przed wejściem na złą ścieżkę bezprawia. Tą droga kroczy do dziś.

#Epilog

Gdy grał w półprofesjonalnej lidze Anthracyte Basketball League, zdarzyło mu się zdobyć 135 punktów przeciw drużynie złożonej z zawodników litewskich. Philadelphia Inquirer napisał wówczas: “czy Kirkland to drugi Chamberlain?” Nie. On nigdy nie miał tak daleko posuniętych koszykarskich ambicji. Wolał być pierwszym narko-milionerem z Harlemu. W tamtym okresie listy słali do niego również włodarze Seattle Supersonics, którzy chcieli, by Pee Wee nauczył ich rozgrywających swoich sztuczek z Ruckera. Prośby te lądowały jednak w tym samym koszu, co zaproszenia od Holzmana na trening. Bo prawdziwego ducha harlemskiej ulicy nie da się ot tak okiełznać.

[BLC]

Ostatnie Wpisy

20 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Gloryfikacja handlarza narkotyków. Ponoć ziom nie był aż taki dobry jak legendy powiadają. Nie mógł pogodzić się z rola drugiego klepacza w bullsach dlatego nie poszedł do ligi. Jeden z wielu.

    (9)
  2. Array ( )
    Zdjęcie profilowe BLC
    Odpowiedz

    @Kamil: ostatnio Grzesiek pisal dlaczego “nie oplaca sie” pisac takich artow. Bo komentarzy jest moze 10-12. My, autorzy, mamy potem wrazenie, ze robilismy research, poswiecilismy kilka h, a prawie nikt tego nie czyta.@Marek @Pee Wee polecam Wam inny art w tym klimacie “The Ship be Sinking” opisalem tam Micheala Raya Richardsona

    (5)
    • Array ( )

      Zauwaz tez jakiej tresci sa te komnetrze pod artykulami . To nie sa pochwaly dla autora tylko gownoburza . Osobiscie bardzo mi sie podobal ten artykul . Ilość komentarzy nie jest wyznacznikiem jakosci artykulu tak jak ilosc wyswietlen na YT nie jest wyznacznikiem wartości danego materiału.

      (7)
    • Array ( )

      Tego typu artykuły, to najlepsze, co ten portal oferuje. Małą ilość komentarzy uzasadniałbym tym, że człowiek czyta i nie jest w stanie nic mądrego dodać w opisanym temacie. Tak też i ja szczerze nie wiem, co mógłbym napisać, poza – DZIĘKI!

      (2)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Sztos, ja czytam zawsze, mysle, ze tak samo jak i wiele innych osob, ale nie wypowiadaja sie bo tego typu artykuly nie pobudzaja az tak do dyskusji. Przyjmuje sie to do informacji i leci dalej.
    Inna sprawa, ze propsy za wlozona prace zawsze sa mile widziane, moze jakis system lajkowania artykulow na stronie wprowadzic?

    (3)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Dzięki BLC za ciekawy art i przybliżenie sylwetki. Nie znałem gościa i zainspirowałeś mnie do dalszego researchu.
    Co do komci, cóż, nie każdy temat jest nośny i skłania do dyskusji. Ja po prostu doceniam, jestem bardzo wdzięczny, że mogłem to przeczytać i lecę dalej. Myślę, że jest bardzo wiele takich osób i ogromną stratą dla GWBA byłaby strata Waszych opowieści.
    Pozdrawiam.

    (2)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Świetny art, najlepsze smaczki dla wielbicieli kosza(widac ze ktos tu oglądał “Doin it at the park” no od razu na myśl przychodzi historia Earl’a…swoja droga polecam tez dokument zrobiony rowniez przez Bobbito a.k.a Cool Bob Love hehe… o ich legendarnym radio show ktore mieli wraz z Dj Stretchem” “Radio that changed lives” stricte o muzie, jest tez trzeci dokument juz o nim ale nie pamietam tytulu dokladnie …cos z Rubber 45 czy jakos tak). Jeśli zaś chodzi o ilość komentarzy hmm…ja rozumiem że może fajnie jest miec jakis feedback, jednak w opinii mojej jak i wielu moich znajomych to wlasnie takie arty czynia ten portal wyjatkowym, a nie te o tym ze lebron zjadl taco lub zapacykował łysinkę (bez urazy dla admina, ja rozumiem że to klikalne ale seriously?). Tak że keep up the good work BLC.
    P.s.
    Nie wiecie gdzie moge znalezc w sieci “Doin it at the park” ? Bo aż bym sobie looknal znowu. 🙂

    (1)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Cześć,

    zaglądam tu od niedawna i jestem treścią zauroczony. Zaganiany codziennością, w jakiś sposób tutaj trafiłem, a dzięki ciekawostkom spoza komercyjnej bieżączki i śledzenia NBA.com odżyły fascynacje z połowy lat 90-tych, kiedy regularnie skręcane kostki podczas skakania pod koszem w trampkach i pierwszych sportowych butach (już nie pamiętam marki), na asfaltowym boisku udawaliśmy (bo przecież nie naśladowaliśmy🙂) MJ-a, Dennisa Scotta czy chłopaków spod znaku szerszenia.
    Sądzę, że takich osób jest więcej i czytamy wpisy z zainteresowaniem, choć bez odzewu. Tym razem naskrobalem co nieco, by pokazać, że warto pisać też dla “czytaczy”.

    Pozdrawiam
    Jerr

    (2)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Świetny art, najlepsze smaczki dla wielbicieli kosza(widac ze ktos tu oglądał “Doin it at the park” no od razu na myśl przychodzi historia Earl’a…swoja droga polecam tez dokument zrobiony rowniez przez Bobbito a.k.a Cool Bob Love hehe… o ich legendarnym radio show ktore mieli wraz z Dj Stretchem” “Radio that changed lives” stricte o muzie, jest tez trzeci dokument juz o nim ale nie pamietam tytulu dokladnie …cos z Rubber 45 czy jakos tak). Jeśli zaś chodzi o ilość komentarzy hmm…ja rozumiem że może fajnie jest miec jakis feedback, jednak w opinii mojej jak i wielu moich znajomych to wlasnie takie arty czynia ten portal wyjatkowym, a nie te o tym ze lebron zjadl taco lub zapacykował łysinkę (bez urazy dla admina, ja rozumiem że to klikalne ale seriously?). Tak że keep up the good work BLC.

    (2)

Gwiazdy Basketu