fbpx

Al Bianchi: kapitan koszykówka

16

Dobrze wiecie, że staram się nie popełniać zbyt wielu wpisów z gatunku “deep retro” bo naszą portalową młodzież one po prostu nudzą, ale czasami jakoś nie mogę sobie odmówić przyjemności grzebania w meandrach historii NBA…

Gdy David Stern wydał ostatnie tchnienie na tym smutnym łez padole, cały koszykarski świat na moment się zatrzymał. Legendarny Komisarz wykreował NBA taką, jaką znamy i to on sprawił, że hasło “I love this game!” nie tylko poznaliśmy, ale i zaczęliśmy powtarzać z przekonaniem. Patrząc na to, jak całe koszykarskie uniwersum opłakuje Papę Sterna, pomyślałem o innej legendzie koszykówki. Pomyślałem o Alu Bianchim, który również zszedł z tego świata w ostatnim czasie, u progu nowego sezonu NBA. Mniej zasłużony od Sterna, to powiedzmy sobie szczerze, ale z pewnością zasługujący na to, by nie zostać zapomnianym.

Smutna wiadomość nadeszła 28. października. W wieku 87 lat, z powodu niewydolności serca, Bianchi zmarł w Phoenix, w Arizonie. Odszedł jako ktoś, kto z koszykówką związany był od siedemdziesięciu lat, najpierw jako legenda uniwersytecka i solidny zawodnik na przełomie lat 50-tych i 60-tych, potem jako trener w ABA i NBA. Otarł się nawet o pierścień, jako asystent trenera w Phoenix, w 1976. Pod koniec lat osiemdziesiątych pociągał za sznurki w Knicks. Praktycznie do ostatnich dni zatrudniony jako konsultant przez Phoenix Suns. Mówiono o nim, że piłkę do kosza miał przyklejoną do ręki.

#Queens

Bianchi przyszedł na świat 26 marca 1932 roku, w Queens na Long Island, NY. Był jednym z trzech synów włoskich imigrantów Alfredo Bianchiego y Rosy z domu Scialo. Chłopak garnął się do sportu, ale w odróżnieniu od braci i koleżków z dzielnicy, których zajmowały przede wszystkim piłka nożna, boks i ewentualnie baseball, Al wolał grać w tenisa i koszykówkę. Chudy, z dobrym rzutem, wyglądał niemal jak archetyp białego gracza tamtych czasów. Pierwszy istotny sukces koszykarski odniósł w 1948 roku, prowadząc swoje liceum do półfinału rozgrywek szkół publicznych w New York City. To wówczas po raz pierwszy stanął na parkiecie Madison Square Garden, co dla każdego adepta koszykówki jest wielkim przeżyciem.

Bianchi w barwach popularnych Nats, czyli Syracuse Nationals.

#Rekrut

W 1950 roku, gdy przyszedł czas wyboru uniwersytetu, Bianchi poszedł do Bowling Green State w Ohio. Tam dalej trenował basket, zdobywając coraz lepsze recenzje za swą grę na pozycji rozgrywającego. Prócz rzutu, jego atutem był także wzrost. Sto dziewięćdziesiąt centymetrów to było wówczas nie w kij dmuchał, zwłaszcza na pozycji numer 1. Bianchiego wyróżniał również styl, agresywny i siłowy, trochę nietypowy, jak na takie “chuchro”, ale skuteczny. Podczas czterech sezonów spędzonych na uczelni zdobywał średnio 19.3 ppg, w ostatnich dwóch latach zapisując się na stałe w historii szkoły. Jako junior notował 22.1 ppg, a jako senior 25 (1952-1954). Raz zdarzyło mu się rzucić 42 punkty przeciw Western Michigan. Były to czasy u progu wprowadzenia limitu czasu akcji w NBA (shot clock od 1954), więc na żadnym szczeblu rozgrywek tego typu zdobycze nie były częstym widokiem. Razem z inną legendą uczelni, Jamesem Gerberem, Bianchi poprowadził swoich do bilansu 17-7, zdobywając zarazem druga statuetkę MVP Drużyny. Bowling Green utorowali sobie drogę do turnieju NCAA Invitational, a Bianchi zdobył honory All-Ohio Team i honorową wzmiankę wśród sportowców All-american. NBA stała otworem.

#With the 18th pick…

Z osiemnastym numerem draftu 1954 wybrali go wielcy Minneapolis Lakers, ale krewki italianiec wolał iść w kamasze i dwa lata odsłużył w korpusie medycznym armii USA. Gdy wrócił do NBA, Lakers posłali go do Syracuse Nationals, gdzie spędził siedem lat, w najlepszym okresie będąc graczem kalibru 10/4/3. W roku 1963 posłano go do Philadelphii, gdzie grał do końca kariery. Ogółem, podczas 10 sezonów spędzonych w NBA uskładał statystyki rzędu 8.1/2.5/2.2, grając niespełna 20 minut na mecz. O sile obrony Sixers stanowili wówczas wielcy Larry Costello y Hal Greer, ale Bianchi był ich cenionym zmiennikiem, dostarczającym, jak to się mówi, ofensywnej iskry z ławki rezerwowych, gdy pierwszy garnitur schodził napić się wody.

W doborowym towarzystwie: Al Bianchi między Halem Greerem a Larrym Costello, gwiazdami zespołu Sixers.

#Prawie Byk

Pierwszego maja 1966 roku odbył się tzw. expansion draft, dla rodzących się wówczas Chicago Bulls. Byki zdołały ściągnąć do siebie graczy takich jak Guy Rodgers i Jerry Sloan, a na ich liście żądań znalazł się również Al Bianchi. Nie dane mu było jednak zagrać z żadnym z nich, gdyż podjął decyzję o emeryturze.

Gar Heard, Jerry Sloan i Chet Walker w barwach Bulls. Sezon 1972/73, długo po Bianchim.

33-letni wówczas Bianchi zdecydował się zamienić wygodne adidasy na kredę i playbooka, zostając trenerem.

#Starzy znajomi

To, że nie dane mu było grać ze Sloanem, nie znaczy, że nie mieli ze sobą kontaktu. Pierwszą posadą w jego trenerskim CV był bowiem etat asystenta trenera w Chicago Bulls. Po roku przyuczenia się u boku Reda Kerra, Bianchi podjął decyzję o objęciu samodzielnego stanowiska zostając head coachem w Seattle Supersonics, w ich pierwszych dwóch sezonach w NBA. Rządził twardą ręką, graczy zwąc mięczakami, i wciąż dyskutując z arbitrami podczas meczów. Po dwóch sezonach w Sonics (bilans 53-111) wybrał, jak mu się wówczas wydawało “ciekawszą koszykówkę”, przenosząc się do Virginia Squires z ABA. W 1971 poprowadził ich nawet do najlepszego wyniku w Dywizji Wschodniej, uzyskawszy bilans 55-29 i zdobywając tytuł Coach of The Year.

W kolejnym sezonie do drużyny dołączył bardzo utalentowany rookie, niejaki Julius Erving, którego trener nazywał “Julie”, znacie?

Niestety, karta wybitnie im nie szła. W 1972 roku odpadli w drugiej rundzie z Nets po siedmiu meczach. Rok później, z Georgem Gervinem i Ervingiem w składzie byli murowanymi faworytami do tytułu, ale wysypali się na Kentucky Colonels. Czasy były inne niż teraz. Tankowanie?

Musieliśmy wyprzedawać graczy, żeby tylko utrzymać rentowność [Al Bianchi, wypowiedź archiwalna]

Posłali Gervina do San Antonio za 225 tysięcy dolarów. Erving poleciał do Nets, za “dużą sumę pieniędzy” i innego zawodnika. Klub podupadł sportowo, odwrócili się kibice, a Bianchi odszedł ze stanowiska po rozczarowującym sezonie 1974/75, zakończonym bilansem 15-69. Krótko potem klub się rozpadł.

#F**k you, Richie!

Trzeba się było rozejrzeć za robotą. Fuzja z NBA i ABA wyszła dla Bianchiego o tyle pomyślnie, że Jerry Colangelo wciągnął go do Suns na asystenta Johna MacLeoda. Byli jak ogień i woda, uzupełniali się znakomicie. Phoenix w 1976 roku awansowali do finałów, gdzie ulegli Boston Celtics 2-4. Kluczowy dla rozwoju serii był mecz numer pięć, rozstrzygnięty dopiero w trzeciej dogrywce 126:128 dla Celtics. Awanturującego się Bianchiego sędzia Richie Powers odesłał do szatni, by ten ochłonął.

Byłem wówczas z Phoenix tak blisko zdobycia pierścienia, że pomyślałem, a niech mnie! Zrobię sobie pierścień, bo żem zasłużył. Był złoty, z turkusowym kamieniem i miał dwa napisy. Jeden mówił Phoenix Suns, 1976 World Champs, a drugi… “Fuck You Richie Powers!” [Bianchi, wypowiedź archiwalna]

#Dalsze losy zawodowe

No cóż, trudno byłoby mi znaleźć lepszą puentę niż cytowana wyżej wypowiedź, więc uznajmy ją za zakończenie tego tekstu, a ja, z kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko, że Bianchi pracował dla Suns aż do 1987 roku. Kolejno, w latach 1987-1991 zasiadał w zarządzie Knicks, by następnie wrócić do Suns jako skaut. Krótki epizod ze skautingiem dla GSW zakończył jego aktywną karierę, lecz dalej mieszkał i pracował w Phoenix jako konsultant. Każdemu życzę w życiu tyle koszykówki, ile miał Bianchi.

[BLC]

Ostatnie Wpisy

16 comments

  1. Array ( [0] => contributor )
    Zdjęcie profilowe G8
    PATRON
    Odpowiedz

    To już jest dla koneserów tego sportu. NBA Style zostawmy dla młodych. Nie krytykując młodych też byłem i też mnie wiecznie nudziły artykuły i programy o Red Auerbachu i Boston Celtics, gdy na tapecie miałem fruwającego Air Jordana 😀

    Dziś Retro NBA jest dla mnie dużo ciekawsze niż kiedyś. Inny punkt widzenia. Wszystko uległo zmianie. Ja z koszykówką jestem już 25lat. 1995 I’m back rozpoczęło moją miłość do koszykówki. nadrobiłem jednak wszystkie lata 90 oraz połowę z 80 poprzez taśmy youtube i archiwa. Plus ery 80-90 był taki, iż marketing był na drugim planie za grą. Dziś mam wrażenie że jest na równo, a może nawet marketing NBA przewyższa już istotę zaciętej gry 🙁

    mimo wszystko I love this game!

    (9)
  2. Array ( [0] => contributor )
    Zdjęcie profilowe kmn
    PATRON
    Odpowiedz

    im więcej takich wpisów tym lepiej
    skąd pewność,że dzieciaków jest tutaj większość ?
    nie mierzycie chyba tego ilością komentarzy
    młodziaki mają więcej czasu ta byle pisanie, stary zapieprza gdzieś w “fabryce” i poza przeczytaniem artykułu, niewiele więcej go interesuje…
    ja jestem z nba równe 30 lat i każdy dzień zaczynam nba.com żeby poznać wyniki, statsy itp
    no bo przeca wpisa na GB o 6.45 to się nie doczekam… (taki żart, no offence)
    na oglądanie meczów live oczywiście nie mam czasu… sory, są rzeczy ważne i ważniejsze…
    i nie żebym chciał pokazać wyższość starych nad młodymi… w życiu… sam kiedyś byłem smarkiem i wydawało mi się,że to :moja racja rest najmojsza…”
    także tego… więcej wpisów proszę z serii retro nba czy coś

    przy okazji chciałbym podziękować “komuś” sprzed około 2-3 tygodni za info o meczu wschód zachód na tvp sport z serii retro nba…
    zabawa była przednia, powiadomiłem kilku kumpli i odzew był !!!

    (16)
    • Array ( [0] => contributor )
      Zdjęcie profilowe G8
      PATRON

      Retro jak retro ale te komentarze Szaranowicza który rozbudzał miłość do NBA to już rzecz kultowa.

      (10)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Oj, młodszych (o ile 20 to wciąż młodszy, a myślę, że tak 😛 ) czytelników takie wpisy nie nudzą, a wręcz przeciwnie!

    (10)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Kurczę, nie rozumiem tej rzekomej niechęci młodzieży do retro, bo ja w ich wieku pożerałem artykuły o historii ligi w “Magic Basketball”, a później szukałem z kolei w necie nagrań gwiazd tamtych lat, żeby skonfrontować moje wyobrażenia z ich rzeczywistym stylem gry (Wilt, Gervin, Dr. J – mój imiennik czy Walt Frazier).

    (7)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Halko, jesteś w xxc młodszy. czego szczerze Ci zazdroszczę… a szaran miał swoje durne (teraz tak odczuwam) teksty. king kong na ewinga, czy :ta twarz nie nadaje się do reklam… to o mulinie. albo na stocktona przez całą pierwszą połowę finału igrzysk 92 w barcelonie mówił paxson… to ile miałeś wtedy lat Halko…? – 8 🙂

    (0)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    @kmn Oj, wtedy to ja jeszcze w najdalszych planach nie byłem! Jednakże dzięki takim retro artykułom na gwba pisanych przez świetnych Panów felietonistów człowiek się dokształca 😀

    (5)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    W ’63 nie “posłano go” do Philadelphii tylko Syracuse Nationals przeszli relokację. Al Bianchi całą karierę spędził w jednej organizacji.

    (5)
    • Array ( )

      Zgadza się, co więcej była to decyzja stricte biznesowa. Właściciele Nationals wyczuli potencjał, drużyna Philadelphia Warriors została przeniesiona do Oakland, więc zwolniło się miejsce na klub NBA w 4-tym największym mieście USA, nie mieli żadnego sentymentu do nazwy klubu Nationals i miasteczka Syracuse, przenieśli team do Filadelfii i zrobili konkurs na nową nazwę zespołu.

      (7)

Gwiazdy Basketu