fbpx

Anthony Edwards – mrówka w pracy

32

„Nie lubię oglądać koszykówki” – wielu z Was pomyślało pewnie to samo, obserwując ostatnimi czasy NBA. Na przykład postawę Dennisa Schroedera w derbowej (sic!) rywalizacji przeciwko Clippers. Kolejne absencje gwiazd, Kyrie Irving biegający z szałwią, zawodnicy podchodzący do meczów bez krztyny sportowej złości, anonimowe grupy czołgistów Thunder, Pistons czy Rockets – to musi denerwować fanów NBA. Siedząc na kanapie z kubkiem kawy, możemy jedynie wykrzyczeć nasze niezadowolenie w ciemność nocy (lub w poduszkę – wersja dla osób w związkach małżeńskich) ale nie przejmie się tym żaden reporter ani tym bardziej komisarz Adam Silver. Ciekawiej robi się, gdy zdanie „nie lubię oglądać koszykówki” rzuca w wywiadzie przyszły numer jeden draftu – Anthony Edwards. Zapraszam do (nie)skomplikowanego świata Ant-Mana.

„Ulica zwykłych spraw”

Atlanta, Georgia, 2004 rok. Ojciec spojrzał na bawiącego się u jego stóp trzyletniego Anthony’ego i ochrzcił go przydomkiem Ant-Man, którym zawodnik Minnesoty posługuje się do dziś. Tak właściwie zakończył się wkład pana Edwardsa w wychowanie syna, mężczyzna niewiele później odszedł od rodziny i więcej się nie pojawił. Swoją drogą nic dziwnego, że szybko opracowywał ksywki dla swoich dzieci o imionach Antoinette, Antoine i Anthony – można się pomylić.

Pieczę nad wychowaniem trójki rodzeństwa przejęła damska część familii – mama Yvette i babcia Shirley. W rodzinnych wspomnieniach obie panie jawią się jako bardzo podobne osoby – głośne, uśmiechnięte, zadowolone ze swojego miejsca w świecie, które sobotni wyjazd do restauracji potrafiły zamienić w pełen zabawy rytuał. Anthony, jako najmłodszy z rodzeństwa, od zawsze był pieszczoszkiem, ukochanym synusiem-mamusi, który mógł spać u niej w łóżku, a na zawołanie dostawał ulubione frykasy. Stek i kurczak z ryżem to nie menu hardcorowego koksa, tylko zestaw kolacyjny Ant-Mana. Przed pójściem spać chłopak wcinał dodatkowo lody, a mimo to wszyscy wokół dziwili się, że tak szybko nabiera masy i rośnie – na szczęście nie tylko wszerz.

Pierwsze koszykarskie szlify Anthony zbierał na koszu przy garażu babci – ponoć sromotnie przegrywał ze starszym rodzeństwem, nareszcie mającym okazję do rewanżu na pupilku mamy. Yvette, mimo wielu obowiązków, pojawiała się na każdym meczu swoich dzieci mocno zaangażowanych w sport. Ant-Man trenował football, baseball i koszykówkę, we wszystkich dziedzinach odnosząc sukcesy.

Miłość do koszykówki nie pojawiła się przy pierwszym wejrzeniu. Wiele lat wcześniej serce oddał zawodom spod znaku NFL, jednak nie dane było im żyć długo i szczęśliwie, o czym poczytacie w kolejnych akapitach. Pragmatyzm skłonił Ant-Mana do zintensyfikowania treningów koszykarskich i sięgnięcia pewnej nocy po niezmywalny, czarny marker. Rodzina smacznie spała we wspólnym pokoju, kiedy najmłodszy z Edwardsów, niezgrabnymi kulfonami zaczął wypisywać na bieli ściany:

  • Przyszły McDonalds All-American

  • Przyszły gracz NBA

Babcia, wchodząc rano do pokoju ze świeżo zaparzoną kawą, niemal nie oblała się wrzątkiem, widząc arcydzieło wnuka. Już odkładała kubek, by sięgnąć po szmatę, gdy gniew nagle minął.

Widzę, że stawiasz sobie cele, młody człowieku. Mam tylko nadzieję, że je osiągniesz.

Motywowanie wnuka przez babcię nie ograniczało się jedynie do pozostawienia na ścianie zapisanych celów. Kiedy Anthony słyszał na treningach pokrzykiwania trenerów skłaniające go do cięższej pracy, mamrotał tylko pod nosem: Nie musicie mi tego powtarzać. Mama i babcia suszą mi głowę podobnymi hasłami każdego dnia.

Poza tym nastawienie Edwardsów do życia było tyleż zdrowe, co proste – uśmiechaj się jak najwięcej, ciesz się możliwością otwarcia oczu każdego poranka i przeżyciem kolejnego dnia.

„Nasz dom”

To, co dał nam świat, niespodzianie zabrał los, dobre chwile skradł, niosąc w zamian bagaż zwykłych trosk – śpiewał świętej pamięci Krzysztof Krawczyk. Podobne cienie zaczęły wkradać się do rodziny Edwardsów, kiedy Anthony awansował do ósmej klasy. Wówczas już od wielu lat z rakiem zmagała się jego babcia. Zdecydowanie bardziej złośliwa odmiana nowotworu zaatakowała nagle mamę Anthony’ego. Kobiety zmarły w odstępie paru miesięcy, obie piątego dnia miesiąca. Piątka stała się szczególną liczbą dla Ant-Mana, dlatego też wybrał ją na swój uczelniany numer. Z jednej strony oddaje nią cześć mamie i babci, z drugiej niesie ona przypomnienie o dobrych chwilach – urodzinach własnych i siostry.

Chłopak przeżył mocno śmierć swoich najbliższych, ale prawdziwe wyzwanie zostało postawione przed nastoletnią Antoinette i ledwie dwudziestojednoletnim Antoine, którzy przejęli prawną opiekę nad swoim młodszym rodzeństwem. Przyspieszony kurs z dorosłości, rozumianej jako odpowiedzialność i troska o bliskich zdali na piątkę, o czym świadczą dzisiejsze wypowiedzi Ant-Mana.

W związku z tym co przeszliśmy, obecnie rodzina jest dla mnie najważniejsza. Od śmierci mamy i babci trzymamy się mocno razem. Rodzeństwo robiło dla mnie wszystko, a dzisiaj czegokolwiek potrzebują, to ja jestem dla nich. – A. Edwards

Pierwsze punkty w NBA.

Ojciec nie wrócił do rzeczywistości dzieci nawet w tej sytuacji. Otoczony opieką przez rodzeństwo Anthony uczył się nieźle, był też atletycznym ideałem, który mógł poradzić sobie w każdej dyscyplinie. Wybór padł ostatecznie na koszykówkę, pojawił się jeden, drobny problem… chłopak nie umiał rzucać.

Niesamowita siła, motoryka i szybkość Edwardsa przypominały obserwatorom Dwyane’a Wade’a na początku kariery. Ant-Man dominował mecze niemal zupełnie ignorując półdystans, a pojęcie rzutu za trzy w jego słowniku nie istniało. Podczas jednego z pierwszych treningów powiedział do szkoleniowca Hollanda:

Trenerze, naucz mnie rzucać, a zostanę najlepszym graczem w kraju. Będę nie do zatrzymania.

Zaczęli więc pracować nad tym fundamentalnym elementem koszykarskiego rzemiosła. Małymi kroczkami (80 rzutów na wprost kosza podczas sesji) poprawiali mechanikę rzutu i rotację piłki w powietrzu. Po każdym trafionym w trakcie meczu rzucie, Edwards spoglądał w stronę linii bocznej, a trener odkrzykiwał: To jeszcze nie to, jest lepiej, ale to nadal nie ten poziom. Trójki wprowadzili do ćwiczeń dopiero po roku.

Podobnie jak podpisywanie autografów – pierwszy fan proszący Edwardsa o podpis wprawił go w niemałe osłupienie. Ant-Man zapytał nawet trenera co sądzi na ten temat. Kolejny dzień spędzili nad kartką ćwicząc różne autografy. Nadszedł czas by przywyknąć do popularności.

Ewolucja rzutu Edwardsa opłaciła się: licealne statystyki z koszykarskich parkietów to 25.7 punktów 9.6 zbiórek 2.7 asyst 2.1 przechwytów oraz 1.1 bloków. Z kolei w lidze AAU uzyskiwał 21.4 punktów, na które składało się 53% z gry, w tym 37.5% za trzy, przy niemal pięciu próbach zza łuku na mecz. Osiągnięcia te przyniosły mu propozycje stypendiów od gigantów pokroju Kansas, Kentucky, Florida State czy North Carolina. Wybór Edwardsa zaskoczył wszystkich.

Ant jako playmaker

„Rysunek na szkle”

Rekruterzy z Georgia Tech nie poświęcili wiele czasu na przekonywanie Edwardsa, który był pięciogwiazdkowym prospektem, numerem jeden w kraju według 247Sports. We wszystkich rankingach mieścił się w pierwszej czwórce. Bulldogs przez ostatnie lata tkwili w marazmie – poprzedni trener, Mark Fox, uskładał bilans 163-133, zaledwie dwukrotnie awansując do turnieju NCAA, by odpaść zaraz w Round of 64. Na liście All-Americans mieli zaledwie kilkunastu graczy, większość uznania doczekała się przed latami 2000. Ostatnim, który zaistniał w NBA był Kentavious Caldwell-Pope. Z kolei reprezentujący niegdyś ich barwy Dominique Wilikins jawi się młodym graczom jako heros z zamierzchłych czasów. Coś w stylu Zawiszy Czarnego pod Grunwaldem.

Mimo to Ant-Man postawił właśnie na uniwersytet Georgia, a powodów można znaleźć kilka:

– bliskość domu

– siostra spodziewała się dziecka, a Anthony chciał uczestniczyć w wychowaniu siostrzeńca

– pójście na przekór – Anthony nie chciał płynąć z falą, tak jak wszyscy

– postać nowego szkoleniowca, Toma Creana – w przeszłości trenował Victora Oladipo w Indianie i D-Wade’a w Marquette, których Ant-Man stawiał sobie za wzór

Wydaje się, że Edwards nie żałuje dziś swojej decyzji, a wręcz poleca ją innym:

Modlę się do Boga, żeby dzieciaki zostawały w swojej najbliższej okolicy i realizowały marzenia w rodzinnym mieście. Nie muszą narażać się na przeprowadzki i kłamstwa ze strony trenerów i zawodników.

8722 fanów, w tym rodzeństwo, oglądało imponujący debiut Edwardsa w uczelnianej koszykówce, po ostatnim gwizdku fundując mu owację na stojąco. 24 punkty Ant-Mana stanowiły najlepszy wynik debiutanta odkąd Wilkins rzucił o dwa oczka więcej. Edwards swój rekord ustanowił w meczu z renomowanym Michigan State – 37 punktów, w tym 33 zdobyte w drugiej odsłonie spotkania. Średnio w 32 meczach osiągał 19.1 punktów na skuteczności 40.2% z gry i 29.4% zza łuku. Mimo przeciętnych umiejętności strzeleckich, skauci NBA doceniali jego atletyzm, umiejętności gry w obronie i przede wszystkim gotowość do przejścia na profesjonalny poziom. Trener Creane dodawał, że chłopak jest też niesamowicie inteligentny…

High IQ plays

„Chciałem być”

Cele wypisane na babcinej ścianie ewoluowały wraz z czasem i rozwojem młodego Ant-Mana, teraz nie wystarczało mu już po prostu znalezienie się na liście graczy NBA, chciał zostać numerem jeden draftu:

To moje marzenie. Wszystko co robię, sprowadza się do ciężkiej, codziennej pracy. Ktokolwiek będzie wybierał pierwszy, może być pewny, że zrobię wszystko czego będzie wymagał. – A. Edwards

Pech chciał, że z leśnych ostępów Minnesoty, na żer wylazła wataha wygłodniałych Wilków i porwała go do swojej dysfunkcyjnej gromady. Wolves to drużyna, którą pokochałem za dzieciaka, doceniając świetne logo, której kibicowałem za czasów Kevina Garnetta, a dzisiaj nieco masochistycznie, czekam aż wygrają jakikolwiek mecz. Wraz ze mną czeka i Ant-Man – jego pierwszy pracodawca umacnia się na dnie konferencji zachodniej, starając się wypaść gorzej od Rockets i Thunder. W przeciwieństwie do wielu innych zawodników, Edwards nie ma jednak nic przeciwko grze w Minnesocie. Zapytany przez dziennikarza czy nie obawia się północnych zim, odparł: przecież nie gra się tam na śniegu.

„Dziecięce żarty”

Czasem gdy czytam opinie o koszykarzach, wydaje mi się, że kibice oczekują od nich zbyt wiele – na boisku mają być herosami, a poza nim wypowiadać się na poziomie profesorów Harvardu. Edwards nie ma aspiracji do bycia geniuszem, to dziewiętnastolatek po przejściach, który próbuje się odnaleźć w świecie wielkich pieniędzy i jeszcze większych oczekiwań. Przejrzyjcie YouTube pod hasłem „Anthony Edwards funny”. Mnie najbardziej rozśmieszył wywiad ze zdaniem: A1 from Day 1, w którym Ant-Man tłumaczy, że doskonale poradzi sobie w każdej dyscyplinie – od kosza, przez kung-fu po hokeja – w sieci krąży nawet petycja by zmienić przydomek Edwardsa na A1.

Chłopak równie ciekawie opowiada o swojej miłości do psów (nieistniejącej rasy bully) i lwów oraz tłumaczy dlaczego nie zdecydował się na posiadanie własnego Simby. Świetnie obserwuje się też zdziwienie Edwardsa, obserwującego drużynę oblewającą wodą trenera Fincha, który odniósł swoje pierwsze zwycięstwo z Wilkami. Ant-Man, gdy w końcu uświadomił sobie, że to tradycja w NBA, mocno spóźniony sam doskoczył do trenera i w radosnym tańcu ochlapał go wodą. Szereg medialnych potknięć Edwardsa jest długi, ale w mojej opinii świadczy tylko o jednym – mamy do czynienia z autentycznym nastolatkiem, który przez swą szczerość jawi się jako jednorożec wśród zmanierowanych graczy-produktów wyrzucających z siebie jedynie frazesy spisane im na kartkach.

„Nie lubię oglądać koszykówki”

– wróćmy do tego słynnego zdania Ant-Mana. W tym samym wywiadzie, dodał: „nadal nie umiem się w nią wczuć. Kocham koszykówkę, tym właśnie się zajmuję.” A dalej? „Gdybym mógł zostać wybrany do NFL nie wahałbym się. W futbolu możesz robić cokolwiek: prezentować te wszystkie zachowania okazujące brak szacunku przeciwnikowi. W NBA dostaje się za to karę.” I najważniejsze: “To praca. Czuję, że właśnie zacząłem pracować. Kocham to”.

Może pomiędzy poszczególnymi wypowiedziami nie odnajdziemy szczególnego związku logicznego, ale Edwards to dobry pracownik, zaangażowany w to, co robi – widać też, że gra go cieszy: szeroki uśmiech na twarzy miał, gdy oglądał na telebimie powtórkę własnego wsadu nad Watanabe. Śmiał się też, gdy rzucił trójkę w twarz LeBronowi. Naturalne, szczere reakcje. Posadzony na ławie w decydującej kwarcie, umie przyznać, że jest z tego niezadowolony. Porażkę z Brooklyn Nets skwitował słowami: Grałem jak g%wno. Wina za przegraną spada na mnie. Zwyciężając z Knicks po ostatnim, niecelnym rzucie RJ Barretta w pomeczowym wywiadzie powiedział: Chcieliśmy, żeby piłka trafiła właśnie do tego gościa! Jednym słowem – nie kalkuluje. A jak gra?

„Wstaje nowy dzień”

Żadne Griffiny i inne Aldridge nie wykupią swoich kontraktów by wsiąść w pierwszy samolot do Minnesoty i wieść radosne życie w chatce z bali. Drummond nie zamieni palm LA na śniegi północy. Chcąc nie chcąc, wilki tankują, wyłapując kolejne jedynki i niestety, marnotrawią ich potencjał (patrz KAT). Fizycznie przygotowany na grę w NBA Edwards to prawdziwy skarb dla Wolves, którzy potrzebują poprawy jakości od razu, a nie w perspektywie lat. Koszykarski Ant-Man, niczym postać z filmów o tym super bohaterze, trochę dowcipkuje, mocno nie ogarnia swoich mocy, ale jednocześnie stara się ratować świat.

Anthony popełnia szereg błędów, jak chociażby cała spartaczona końcówka meczu ze Spurs. Najpierw głupi faul na szczwanym lisie DeRozanie, a kolejno odegranie spod puściutkiego kosza na obwód, trafiające wprost w dłonie rywala. Podobało mi się jednak, jak zaraz po końcowym gwizdku. Chłopak na spokojnie i z respektem wysłuchał uwag, które klarował mu do ucha Ricky Rubio. Świetnie, ale od kogo jeszcze ma się uczyć? Weteranów w Minnesocie jak wilk napłakał, KAT rocznik 1995, Beasley i Russel 1996, najstarszy jest właśnie Rubio i niegrający Ed Davis – mający odpowiednio 30 i 31 lat.

Trener Finch ledwo przekroczył pięćdziesiątkę, szlify zbierał między innymi w Raptors i Pelicans – prezentuje się jako solidny trener, ale na pewno nie siła potrafiąca odmienić całą kulturę organizacji. Poczciwy Ant-Man, w jednym z wywiadów mających w zamyśle przenieść winę za porażki z trenera na zawodników, powiedział coś zatrważającego:

Trener nie może wejść na boisko. Nie robi nic, poza mówieniem nam co robić. Sh%t, he just saying the words.

– pracoholik Tom Thibodeau usadziłby mówiącego takie słowa delikwenta na dziesięć spotkań, hen, hen, za górami, za lasami, na końcu ławki rezerwowych.

Edwards braki w rozumieniu gry (i roli trenera) nadrabia agresywnym podejściem do koszykówki. Po obu stronach parkietu jest napastliwy i zdecydowany. Rusza na kosz bez strachu przed kontaktem z rywalem, najlepiej odnajduje się w kontrze. Problemów przysparza mu z kolei selekcja rzutowa. 45% z gry i 31% za trzy nie robią szczególnego wrażenia w dzisiejszym baskecie. Wierzę, podobnie jak analitycy, że wraz z czasem i studiowaniem gry, skuteczność się poprawi. Widzę też Edwardsa w gronie All-Star – ma sporo czasu żeby dojrzeć, zarówno jako człowiek, jak i koszykarz. Czy widzę go jako franchise-playera Wolves? Niestety, nie.

A jakie jest Wasze zdanie o Ant-Manie?

[Grzegorz Szklarczuk]

P.S. Poszczególne rozdziały zostały nazwane od tytułów piosenek Krzysztofa Krawczyka, którego jestem fanem, R.I.P.

Ostatnie Wpisy

32 comments

    • Array ( )

      Dokładnie, Edwards jest bardzo autentyczny i wystarczy obejrzeć kilka wywiadów, żeby zrozumieć, że w jego wypowiedziach jest dużo jajcowania i puszczania oka. Jeśli nie traktuje jego wypowiedzi śmiertelnie poważnie, to myślę, że trudno go nie lubić 🙂

      (6)
  1. Array ( )
    That just i feel 14 kwietnia, 2021 at 18:52
    Odpowiedz

    Artykuł klasa jak zawsze od Grzegorza, pozdrawiam 🙂
    Ps. Ciekawe ile osób tak miało, że swoją przygodę zaczynali od kibicowania timberwolves – o kurde ale kozak herb, ten wilk taki unikatowy, wsiadam w wagon 🙂 a potem lata rozczarowań heh

    (16)
    • Array ( )

      Wychowalem sie na Chicago, ale nigdy jakos nie mialem ulubionego klubu, az do czasu DWade’a w Miami – przykleilem sie jakos do Miami, ale gdziestam wczesniej za czasow Garnetta tez zerkalem na Wilki i mimo wszystko tez im kibicuje – ale to juz bol czterech liter…

      Smiesznie jak rozna filozofie gry/pracy maja oba kluby:
      Miami – zamordysci fizyczni
      Minesota – rozpuszczone gwiazdeczki

      (2)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Z Twojego artykułu wynika raczej, że to taki typowy dzieciak dzisiejszych czasów, nieco zadufany w sobie, bez pokory (tak, właśnie tak, nie sposób rzucić tylko hasełkiem, że grało się słabo, powinno się widzieć między słowami), a na dodatek niezbyt zainteresowany gra w koszykówkę. Nie wróżę sukcesów, zwłaszcza w tak dysfunkcjonalnej drużynie, gdzie nikomu nie chce się grać.

    (-16)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Świetny artykuł. Oby nie zmarnowali potencjału chłopaka, może rzeczywiście w Minnesocie idzie nowe wraz ze zmianą właściciela.

    (6)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    No. Dziękuję. Może teraz bardziej przychylnie się mu przyjrzę, bo z daleka jawił mi się jako trochę mądrzejszy Wiggins.

    (3)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Jezuuuuu, ale mi brakowało tego typu artykułów. Oby więcej takich, bo to jest czysta przyjemność.
    I niech się tylko nauczy lepiej rzucać, to może spełni się to co powiedział.

    (3)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Kolejny świetny artykuł od Grzegorza. Czyta się ten tekst znakomicie i przy każdym kolejnym nagłówku człowiek przeciera oczy ze zdumienia, że jest dalszy ciąg, aż do bardzo dobrego zakończenia. Co za ulga po tych wszystkich tekstach, które „przeczytasz w 30 sekund”. Pewnie trochę dziaderskie podejście, ale moim zdaniem takie teksty sprawiają, że Gwiazdy Basketu mają tylu fanów.

    (9)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Czytasz o tym co działo się na podwórku w domu u Ant-Mana i już wiesz, że to tekst Grzegorza.
    Świetna robota, dzięki i zaglądaj częściej! Mi

    (5)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    Wow, rewelacja, świetnie piszesz! Dzięki!! Ant man spoko, można kibicować z czystym sumieniem, normalny gość a nie zmanierowana bubek.

    (1)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    “Pech chciał, że z leśnych ostępów Minnesoty, na żer wylazła wataha wygłodniałych Wilków i porwała go do swojej dysfunkcyjnej gromady”.
    – i dlatego tutaj przychodzę, śmiechłem sowicie ?

    (3)

Komentuj

Gwiazdy Basketu