Houston Rockets 1994/1995: the heart of a champion

28

Bajkowym “kopciuszkiem” nazywamy drużynę, która nie będąc faworytem, pokonuje wszelkie przeciwności i odnosi sukces, najczęściej w postaci mistrzowskiego tytułu. Historia zna wiele takich przypadków w różnych dyscyplinach sportu, także w NBA. Czy można jednak nazwać tak obrońców tytułu, nawet jeśli mają za sobą słaby sezon regularny? Jeśli nie, to jak określić to, co stało się z Houston w sezonie 1994/1995?

Z nieba do piekła

Rok 1994 i wygrana w finałach (4:3) z New York Knicks była dla teksańskiej ekipy największym sukcesem w historii. W rundzie zasadniczej wygrali rekordowe 58 spotkań, lider zespołu Hakeem Olajuwon został wybrany MVP a także  Defensive Player of The Year. Naturalnie oczekiwania na kolejny sezon 1994/1995 były wysokie.

Rakiety rozpoczęły szarżą wygrywając 9 zwycięstw z rzędu na otwarcie rozgrywek jednak nikt nie popadał w euforię. Praktycznie w każdym meczu ktoś z trójki Kenny Smith, Otis Thorpe, Robert Horry notował fatalną skuteczność rzutów, przez co rezerwowi Sam Cassell i Mario Elie nierzadko grali ponad 20 minut. Houston miało problemy z koncentracją w końcówce, hurtowo przegrywali też ostatnie kwarty. Ponadto wśród pokonanych ekip nie było żadnych groźnych rywali z konferencji. A perspektywa konfrontacji z nimi nie napawała optymizmem.

Zwycięskiego składu się nie zmienia…

…chyba, że zaczyna przegrywać. Rockets kadrowo przespali okres letni, w czasie którego rywale nie próżnowali. Do Spurs ponowni dołączyli Avery Johnson i Sean Elliott, a także rezerwowi Chuck Person i Doc Rivers. Phoenix pozyskało parę świetnych zmienników: Waymana Tisdale’a i Danny’ego Manninga, dających łącznie 28 punktów na mecz. Z kolei Seattle zakontraktowali Sarunasa Marciulionisa, a Lakers dodali strzelca wyborowego Cedrica Ceballosa i wybranego w drafcie złodziejaszka piłek Eddiego Jonesa.

Houston przegrywało ze wszystkimi wymienionymi zespołami. Gdy już udawało im się wygrać z San Antonio, Phoenix czy Utah, w następnych meczach łatwo ulegali teoretycznie słabszym Timberwolves czy Clippers. W czasie przerwy na All-Star Weekend w 1995 roku Rockets zaliczali bilans 29-17, co stawiało ich na 6. miejscu konferencji.

Kiedy więc nadeszła pora na zamknięcie okienka transferowego, menedżerowie Houston mieli już pewien plan. Największe ich zainteresowanie wzbudzał weteran Clyde Drexler, który od niedawna żądał odejścia z Portland. Facet notował średnie 22/6/5 i niespełna trzy lata wstecz, prowadził Blazers do NBA Finals. Był też członkiem oryginalnego Dream Team. Mało tego, “The Glide” wskazywał na chęć dołączenia do Olajuwona, z którym grał w drużynie uniwersyteckiej Houston Cougars. Być może obiło Wam się o uszy określenie Phi Slama Jama?

Szczęśliwie, menedżerowi po obu stronach barykady dogadali się i tak oto Drexler, wraz ze skrzydłowym Tracy Murrayem, przylecieli do Teksasu. Do samolotu lecącego w przeciwną stronę zapakowano pick I rundy nadchodzącego draftu (Shawn Respert) prawa do Marcelo Nicoli (nigdy nie zagrał w NBA) oraz silnorękiego Otisa Thorpe’a, który na przestrzeni kolejnych 6 lat zwiedził w sumie siedem klubów.

Houston, mamy problem

Efekt? Dziś nietrudno się domyślić, kto “wygrał” ten transfer, ale w lutym 1995 roku jego ocena nie była tak oczywista. Oddanie silnego Thorpe’a który kilka miesięcy wcześniej nawalał się w finałach z bandytami Knicks, nie spodobało się fanom Houston, a jeszcze mniej zawodnikom. Thorpe nie tylko był jednym z najważniejszych zawodników w mistrzowskim sezonie, ale także dobrym duchem szatni Rakiet. Atmosfera zepsuła się jeszcze bardziej, gdy Drexler wygryzł ze składu Vernona Maxwella. I choć “The Glide” w 35 meczach tamtego sezonu notował średnio 21.4 punktów 7.0 zbiórek i 4.4 asyst, to w meczach z jego udziałem Houston zanotowało bilans 17-18…

Tymczasem borykający się z anemią Olajuwon nie mógł wystąpić w ostatnich ośmiu meczach sezonu. Brak środkowego był szczególnie widoczny w spotkaniu z fizycznymi Seattle Supersonics oraz dwóch pojedynkach z Utah. Któraś z tych ekip miała być przeciwnikiem Rakiet w I rundzie playoffs. Porażki we wszystkich trzech konfrontacjach sprawiły, że Houston zakończyło rozgrywki na 6. miejscu na Zachodzie, mając mecz straty do Lakers. Oznaczało to, że ekipa Tomjanovicha w playoffach trafi na więcej niż solidnych Jazz.

Playoffs mode

Wszyscy wiemy, że playoffs to inna bajka i wyniki sezonu zasadniczego tracą znaczenie. W pierwszym meczu napchany suplementami żelaza Hakeem zdobył 45 punktów 8 zbiórek i rozdał 6 asyst. Mimo to jego tytaniczny wysiłek umniejszyli rezerwowi obu ekip, bowiem w tym aspekcie Rockets uległo rywalom 9:37. Bohaterem gospodarzy został John Stockton (28 punktów i 10 asyst) który na 2.4 sekundy przed końcem meczu wyprowadził Utah na prowadzenie 102:100.

Porażka oraz nieskuteczność Clyde’a Drexlera (3/8 z gry) przelała czarę goryczy krewkiego Vernona Maxwella. Zawodnik udał się na “urlop” zostawiając drużynę w potrzebie i nigdy nie zakładając już trykotu Houston. Zachowania nie będę komentował, ale był to chyba tak bardzo potrzebny Rakietom kop, bo w kolejnym meczu wystrzelili całą swoją ofensywną moc. Czterech zawodników uzyskało przynajmniej 21 punktów, Kenny Smith trafił 7 z 8 trójek, a wynik końcowy brzmiał 140:126!

Fajnie, tylko że w trzecim meczu znów zawiodła ławka Rockets. Trójka graczy złożyła się zaledwie na 5 punktów. Chcąc uniknąć wczesnej eliminacji, musieli zawęzić rotację i zaorać liderów. Ci nie zawiedli: w czwartym spotkaniu Drexler zdobył 40 oczek, a Olajuwon 41, przesądzając o wygranej Houston 123:106. Dwa dni później w Salt Lake City ekipa Tomjanovicha uciekła spod topora. Na 6 minut przed końcem Houston przegrywało 7 punktami, jednak Olajuwon nie myślał jeszcze o wakacjach i mimo zwichniętego palca poprowadził kolegów do szaleńczego szturmu i ostatecznego zwycięstwa 95:91.

Phoenix traci przewagę 3:1

Wymęczone Rakiety nie miały czasu na odpoczynek, w półfinałach konferencji czekali już na nich Phoenix Suns. W pierwszym meczu dowodzona przez Charlesa Barkleya i Kevina Johnsona ekipa przegoniła starterów Houston. Wyjściowy skład Teksańczyków zdobył 54 oczka – tyle samo co ławka. Kenny Smith zaliczył marne 1/6 zza łuku, co zresztą powtórzył w drugiej grze, także przegranym ponad 20 punktami.

Po powrocie do Houston, Olajuwon zatankował paliwo rakietowe dostarczając 36 punktów i wymuszając 0/10 z gry Sir Charlesa Barkleya. Rockets wygrali 118:85, jednak w następnym meczu nie znaleźli recepty na wystrzelanego Kevina Johnsona. Rozgrywający rzucił 43 oczka na absurdalnej skuteczności 75% (słownie: siedemdziesiąt pięć procent) i seria wróciła do Phoenix przy stanie 3:1 dla Słońc! W odwrócenie losów pojedynku wierzyli tylko najwięksi optymiści…

W meczu piątym Suns byli o krok od zwycięstwa, prowadząc niemal przez cały mecz i dominując tablice. Drexler spudłował wszystkie 6 rzutów z gry, jednak Hakeema wsparli rezerwowi Mario Elie i Chucky Brown. Phoenix dało się dogonić w IV kwarcie aby ulec (po dogrywce) 97:103. Nowy duch wstąpił w obrońców tytułu, bowiem dwa dni później we własnej hali 6 z 8 zawodników odnotowało dwucyfrową liczbę punktów na łącznej skuteczności 56.3%

Heart of a champion

20 maja na obcym terenie Rockets po raz kolejny odwrócili losy decydującego meczu. Houston objęło inicjatywę w III kwarcie, ale gospodarze wyrównali spotkanie na 21 sekund do końca. No i co? Skutecznie wyegzekwowana akcja zakończyła się trafieniem z rogu niepilnowanego Mario Elie, a zegar zatrzymał się na 7.1 sekund. Suns mieli jeszcze szansę wyrównać. Przy stanie 115:112 i dwóch sekundach na budziku, na linii rzutów wolnych stanął Danny Ainge. Zgodnie z planem trafił pierwszy rzut, a przy drugim posłał w stronę kosza cegłę, która miała odbić się od tablicy i trafić w ręce Charlesa Barkleya. Piłka odbija się jednak niefortunnie po czym wpadła w obręcz, odbierając nadzieje Phoenix.

Wygrała lepsza drużyna. Nie zasłużyliśmy na zwycięstwo. Jakiej wymówki możemy teraz użyć? Żadnej, nie kiedy przegrywasz trzy mecze z rzędu, w tym dwa u siebie [Kevin Johnson]

Zraniona duma Olajuwona

W ten sposób Rockets zostali piątą drużyną w historii, która ze stanu 1:3 zdołała wygrać serię. Próba charakteru nie zrobiła jednak wrażenia na rywalach zza miedzy: San Antonio Spurs. Na oczach rozzłoszczonego Olajuwona statuetkę najbardziej wartościowego zawodnika ligi odebrał David Robinson, a w mediach powszechnie nazywano Admirała najlepszym środkowym NBA. Innego zdania był “The Dream”, który do tej serii podszedł bardzo osobiście.

Olajuwon absolutnie zdominował rywala notując w serii średnią punktową na poziomie 35.3 punktów 12.5 zbiórek 5 asyst 4.2 bloków oraz 1.3 przechwytów. Konfrontacja z Robinsonem była pokazem przewagi umiejętności i doświadczenia Olajuwona, który ogrywał Admirała jak chciał. Dla kontrastu, tym razem to Rockets wygrali dwa pierwsze mecze na obcym terenie, ale po powrocie do własnej hali Robinsona wsparli obwodowi Avery Johnson i Vinny Del Negro wyrównując stan rywalizacji! W piątym spotkaniu nie do zatrzymania okazał się rezerwowy Sam Cassell, którego dorobek to 30 punktów i 12 asyst (!) zapewnił Rakietom kluczowe, wyjazdowe zwycięstwo. W następnym spotkaniu po raz pierwszy w serii wygrali gospodarze: Olajuwon (39 punktów, 17 zbiórek) do spółki z Drexlerem (16/10/7) i Robertem Horry (22 punkty) utrzymywali przewagę 1-2 posiadań, by ostatecznie wygrać 100:95.

Finały

Mimo zajęcia dopiero szóstego miejsca w konferencji Houston awansowało do Finałów NBA. Wcześniej taka sytuacja zdarzyła się tylko raz: w 1981 roku szansę również mieli Rockets, ale ówczesny skład uległ w sześciu meczach ekipie Boston Celtics. Tym razem Teksańczycy mieli zmierzyć się z nową falą NBA: Orlando Magic prowadzonych przez Shaqa O’Neala i Penny Hardawaya. Dodajmy, że Magicy mieli wówczas najwyższy rating ofensywny w lidze, zajęli pierwsze miejsce na Wschodzie, a w playoffs odprawili kolejno: Boston, Chicago z powracającym do koszykówki Michaelem Jordanem (!) oraz doświadczoną Indianę Pacers. Rzesza kibiców ekipy stale się zwiększała, atakując logotypem Magic z każdego przedmiotu codziennego użytku.

Gdziekolwiek się nie obróciłeś, Magic tam byli. To było coś pięknego. A potem zaczęły się finały… [Pat Williams, współzałożyciel klubu]

Not too fast

To nie wszystko, młodzi gracze Orlando posiadający przewagę własnego parkietu czuli się niezwykle pewni końcowego sukcesu. I to ich właśnie zgubiło…

Mnie się wydawało, że już jesteśmy mistrzami, że Houston jest do pokonania z biegu [Anfernee Hardaway]

Konfrontacja z Orlando okazała się najbardziej jednostronną serią z udziałem Rockets w całych playoffs. W najbardziej zaciętym, pierwszym meczu młodość uderzyła w Rockets z całej siły, jednak (jak to zwykle bywa) zabrakło jej doświadczenia. Hardaway rzucał jak szalony, ale trafił tylko jedną trójkę na 7 prób. Dla porównania Kenny Smith zanotował 7/11, co wówczas było rekordem serii finałowej. Do tego Magic zaliczyli 18 strat, co Houston bezlitośnie wykorzystali. Na początku IV kwarty gospodarze prowadzili 87:80, ale w końcówce Nick Anderson spudłował cztery osobiste z rzędu! Teksańczycy wyrównali i doprowadzili do dogrywki, w której na 0.3 sekundy przed końcem The Dream dobił niecelny rzut Drexlera, ustalając wynik na 120:118 dla Rockets.

W drugiej grze Houston od początku narzuciło mordercze tempo i mimo 65 punktów Shaqa i Penny’ego nie dało sobie odebrać przewagi, wygrywając 117:106. To złamało ducha Orlando, które w następnych meczach nie miało odpowiedzi na Hakeema, rzucającego 32.8 punktów na mecz w całych Finałach. Mecze w Teksasie zakończyły się rezultatami 106:103 i 113:101, a Houston eksplodowało z radości. Nikt wcześniej (ani później) nie zdobył pierścienia kończąc sezon na 6. miejscu, nie mając przewagi parkietu w żadnej serii i pokonując cztery drużyny z co najmniej 57 zwycięstwami na koncie. Po ostatnim meczu trener Rakiet zwrócił się do tych, którzy skazywali mistrzów na pożarcie przez wszystkich rywali w playoffs:

Don’t ever underestimate the heart of a champion [Rudy Tomjanovich]

Piękna historia, prawda? Pytanie do Was: kogo stać by stać się “kopciuszkiem” obecnego sezonu NBA? Może obrońcy tytułu Toronto Raptors? Dajcie znać w komentarzach!

[Jędrzej]

Ostatnie Wpisy

28 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Fajny tekst, ale autor chyba trochę się gubi w tym co pisze i jest sporo błędów składniowych. Niemniej jednak fajny pomysł na artykuł, głowa do góry, liczymy na więcej 😃

    (-1)
  2. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe ja24
    Odpowiedz

    takich kopciuszków jest wielu, przy łudzie szczęścia może SAS, Portland, Utah, Boston, Miami, pomijając głównych faworytów, aczkolwiek o taką niespodziankę jak ta z Houston. a co do tego, historia jakich nie ma, ale mieli szczęście że Michael zrobił sobie przerwę, nieodbierając oczywiście nic mistrzom, sami sobie wyszarpali mistrzostwo back2back. można tylko gdybać co by było gdyby….

    (3)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Fajnie się czytało. Dzięki! A co do tamtych Rakiet – zagrali świetne playoffs, a Hakeem grał wręcz genialnie. Byli nie do powstrzymania.

    (9)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Dzięki.

    Nie mogłem darować im Thorpe’a. To był jeden z moich ulubionych graczy wtedy.
    Mocno kibicowałem Phoenix, później wierzyłem, że “moi” Spurs ich zjedzą. Ech…

    No ale w finale byłem całym sobą za nimi.

    Dziękuję za przypomnienie.

    (4)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Jako fan Rakiet od prawie 30 lat moge tylko podziekowac za ten artykul.
    The Dream jest tak strasznie niedoceniany… nikt juz go prawie nie pamieta… szkoda slow.

    (5)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Oglądałem na żywo w TVP z komentarzem Szaranowicza. Super czasy. Olajuwon z Drexlerem jak profesorzy wypunktowali młode gwiazdy Orlando. Gdzieś mam jeszcze chyba VHS z tymi finałami. Po drodze Jordan odpadł to kibicowałem Szybowcowi. Należał mu się ten tytuł. Wielki gracz.

    (9)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Jesli wziac pod uwage slowa Rudego T. to tylko GSW beda pasowali do tego. Mistrzowie z poprzedniego sezonu. Po zmianach skladu, w kontuzjach i moze do lutego tez zrobia jakis duzy transfer za D’angello;) i wcale bym sie nie zdziwil gdyby tak bylo;) / Reszta to mlode wilki lub nowe sklady wiec jesli taka “romantyczna” historia mialaby sie powtorzyc to tylko GSW 😉

    (3)
    • Array ( )

      @BigFundamental, szczerze myślałem, że poprzedni sezon będzie taki romantyczny dla GSW, po tytule odpuszczą regular, kończąc sezon na 6-8 miejscu, ale bez tylu kontuzji i pełni sił wygrywają z Toronto… mo coż nie wyszło,

      ale zgadzam się, że ekwiwalent historii houston, to tylko były mistrz

      (1)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    D’Angelo Russel zapowiedział ze chciałby zagrac w jednej druzynie z Bookerem i K. Anthonym-Townsem.
    Ten dzieciak D’Lo może i się ładnie rozwija ale za grosz nie widzę w nim potencjału na miarę Stepha czy Klaya. Pytanie czy ta rozkapryszona gwiazdka da się ułożyć przez wielką trójkę GSW?
    Tam by się przydał dobrze broniący skrzydłowy z przyzwoitym rzutem zza łuku.

    (3)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    To zdjęcie shaqa i olajuwona w kolorze chyba w Rzeczpospolitej lub wyborczej( mogę się mylić)to był mój pierwszy kontakt z NBA. Artykuł był autorstwa redaktora WM. Od tamtej chwili zostałem kibicem NBA.

    (2)
  10. Array ( )
    Odpowiedz

    Idąc do obecnego sezonu, na myśl przychodzi Toronto. Jaka by to była historia 😃 chociaż odbiegają od tematu, chciałbym żeby Dallas coś ugralo więcej mają fajny zbilansowany skład. No i oczywiście Bulls, chociaż tutaj awans do 8 będzie sukcesem dla tej młodej ekipy.

    (0)
  11. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe paszko
    Odpowiedz

    Moim zdaniem Toronto raczej nie zostanie kopciuszkiem bo nie ma kto pociągnąć tego zespołu. Wątpię zeby Siakam czy Lowry zdobywali po 40 pkt tak jak to robił Clyde czy Hakeem. Mimo ze jestem za Bostonem to myśle ze Lakers są takim kopciuszkiem wejdą do playoff ze środka tabeli i mogą dojść do finałów

    (1)
  12. Array ( )
    Odpowiedz

    Piekna historia.
    Pamietam te czasy. Kibicowalem Orlando…te stroje, ta gwiazda, swiezy Shaq zaraz po filmie o nim samym.

    Ciekawi mnie jeszcze ta opcja z Vernonem Maxwellem – jego ‘urlop’ brzmi jak dobry material na art.

    (1)
  13. Array ( )
    Odpowiedz

    Świetny artykuł, wspaniałe czasy w NBA miło powspominać. W tamtym sezonie była bardzo wyrównana stawka i tak naprawdę było 8-9 ekip z których każda realnie miała szansę na mistrzostwo. Hakeem w tamtym okresie to był kocur, to co robił z Robinsonem i Shaqiem było niesamowite skill z kosmosu.

    (1)
  14. Array ( )
    Odpowiedz

    I tak się zaczęła moja przygoda z koszykowką. Najlepsze Playoffs ever!!! Dzięki za artykuł. Nagle jestem znowu taki jak wtedy! Pozdrawiam

    (0)
  15. Array ( )
    Odpowiedz

    Pamiętam ten finał jak dzisiaj, wstawanie o 4 rano, jedna z najlepszych serii finałowych jakie widziałem. Shaq który miał wszystkich zmiażdżyć i Hakeem który bawił się z nim jak z dzieckiem. Pamiętam słynne miotły w czwartym meczu i wielka radość Clayda który szukał tego tytułu latami i w dość dziwnych okolicznościach go w końcu zdobył(choć uczciwie to grał dość słabo) , fantastycznych młodziaków Horrego i Cassela. Ciekawa to była paczka. I Hakeem… najlepszy środkowy jakiego widziałem na żywo, nie z odtworzenia, popatrzcie na YouTube co on potrafił, nikt po nim nie dorósł mu do pięt:))

    (0)

Gwiazdy Basketu