Kim jesteś: Tom Thibodeau zwolniony z New York Knicks

Wczoraj wieczorem New York Knicks zdecydowali o zwolnieniu pierwszego trenera Toma Thibodeau. 67-letni szkoleniowiec opuszcza Big Apple po pięciu sezonach pracy. Organizacja sporo mu zawdzięcza, przede wszystkim Thibodeau wprowadził do zespołu etykę pracy, która jeszcze zaprocentuje w przyszłości, zobaczycie.
Po zakończonych w ubiegłą sobotę playoffs przeprowadzono szereg rozmów z zawodnikami NYK, tak zwanych exit interviews i choć wydaje się, że gracze stali murem za Thibsem, kierunek działania organizacji wyklarował się jasny. Pora na nowy głos w szatni i jeśli mnie zapytacie, decyzję o zmianie szkoleniowca bardzo szanuję. Powiem więcej, to było pewne jak amen w pacierzu:
👍 let’s make Knicks great again https://t.co/AH03u3lmPu
— Bartek Gajewski 🇵🇱 (@gwiazdyB) June 4, 2025
Profesjonalizacja zespołu nowojorskiego następuje, z politycznego tworu pociotków i różnych matołków skoncentrowanych na zapewnieniu bezpieczeństwa biznesu na wzór Doca Riversa, od kilku sezonów obserwuję w Big Apple same przemyślane działania, so let’s make Knicks great again!
Tom Thibodeau jest dobrym nauczycielem, jasno klaruje oczekiwania, jakie stawia przed zawodnikami, ale by ostatecznie zawojować NBA głowę ma za krótką. To w żadnym wypadku nie jest wybitny taktyk ani żadna błyskotliwa postać dostrzegająca niuanse w czasie rzeczywistym, przewidująca ruchy oponenta. Jego walor leży raczej w konsekwencji działania. Thibs wprowadza do zespołu standardy, których nieodwołalnie wymaga od graczy, dyscyplinuje i dopilnowuje przestrzegania pewnego kanonu gry w koszykówkę, niezależnie od stawki meczu i poziomu rywala.

Tak, zespoły którymi dowodzi Thibodeu zawsze są solidne i musimy to wszyscy kolektywnie przyznać. Najlepszy dowód? Thibs ma najwyższy wskaźnik zwycięstw w sezonie regularnym (57.9%) spośród wszystkich trenerów w historii NBA, którzy… nigdy nie występowali w Finałach NBA.
Thibs jest head-coachem NBA odkąd istnieje GWBA, więc mogłem go śledzić niejako z pierwszego rzędu.
- Chicago (2010-2015)
- Minnesota (2016-2019)
- Knicks (2020-2025)
Dwukrotnie mianowany był Trenerem Roku i zdecydowanie zasłużenie!
- 2011: Bulls w pierwszym roku pracy TT poprawili się o 21 zwycięstw (62-20)
- 2021: Knicks w pierwszym roku pracy TT poprawili się o 20 zwycięstw (41-31)
Windy City
Robotę w Chicago otrzymał za sprawą renomy „specjalisty od obrony”. W lidze powszechnie mówiło się, że to właśnie za jego sprawą Boston Celtics zdobyli mistrzowski tytuł w 2008 roku. Thibs pełnił podówczas funkcję defensywnego koordynatora -> ówcześni Celtics zaliczali najlepszy rating defensywny w lidze. W przeliczeniu na sto posiadań piłki przez rywala tracili zaledwie 98.9 punktów, co dziś jest nie do pomyślenia, nie wchodzi w rachubę.

No i właśnie, czasy się zmieniły. Koszykówka ewoluowała, dziś gra się inaczej, a nasz stary wiarus został z tyłu. Pójdźmy jednak piętnaście lat wstecz do początków jego pracy w Chicago…
Bulls wierzyli, że mają materiał ludzki zdolny do wielkich rzeczy. Potrzebowali dyscypliny, twardej ręki, trenera który pokazałby im mistrzowski standard defensywy i pchnął ku nieznanym wodom, aby mogli wspólnie wzrastać. Talent takich ludzi jak Derrick Rose, Luol Deng, czy niedawny mistrz uczelniany Joakim Noah, nie podlegał kwestii. Trzeba go było tylko wziąć za mordę i zaprząc ku wspólnemu celowi.
Jak mówię, pierwszy sezon zaliczyli fenomenalny, a 21-letni D-Rose został najmłodszym MVP w dziejach. Thibodeau umieścił go w roli, nazwijmy to dzisiejszego Jalena Brunsona. Bulls przesterowali system oświetlenia, w każdym meczu zapewniono Derrickowi falę zielonych świateł, a wokół niego zbudowano strukturę paneli słonecznych odbijających jego blask tak, by mógł oślepiać przeciwników. Tylko popatrz na te migawki… wow!
Działało! W tamtym sezonie panowie grali w finałach konferencji, gdzie odpadli dopiero z tworzącą się „dynastią” LeBrona Jamesa i Dwyane’a Wade’a w Miami.
Jednak był to dopiero początek pracy. Po eliminacji w playoffs, uwaga trenera przeniosła się na draft. W 2011 roku Bulls z trzydziestym numerem sięgnęli po… Jimmy’ego Butlera. Ten niewiele grał w swym rookie sezonie, ale wizję trenera udało się zaszczepić. Na przestrzeni kolejnych lat Jimmy wyrósł na All-Stara, elitę po obu stronach parkietu. Zresztą w 2015 roku sięgnął po statuetkę dla Most Improved Player. Tak, z całą pewnością Butler to jeden z wychowanków Thibsa w lidze i szacunek jest między nimi obopólny.
Co ciekawe, rok później Thibs zagiął parol w drafcie na… Draymonda Greena, ale władze Bulls nie przyznały mu autonomii w tej kwestii, z 29. numerem wybrali Marquisa Teague’a, podczas gdy Draymond poszedł do Golden State sześć miejsc później.
No ale dobrze, drugi sezon. Runda zasadnicza skrócona przez lockout, wynik na poziomie 50-16, czyli statystycznie jeszcze lepszy bilans co przed rokiem! Rose i Luol Deng zostali mianowani All-Stars, Noah był wysoko w rankingach Defensive Player of The Year (ostatecznie wygrał w 2014 roku) a gracze zadaniowi jak Taj Gibson czy Kyle Korver mieli widoki na Rezerwowego Roku. Do playoffs znów przystępowali z pierwszego miejsca, ale potem płacz bo D-Rose w pierwszym meczu playoffs zepsuł kolano i to był początek końca tego wspaniałego zawodnika.

Kolejne trzy lata wojowali na solidnym poziomie, ale bez widoków na pierścień. Koniem pociągowym składu był ultra wszechstronny Deng, w roli wysokiego potrafiącego robić grę rozwinął się Noah, ulubieńcem publiczności był hiper atletyczny Nate Robinson, coraz śmielej poczynał sobie Butler – elitarny obrońca i coraz bardziej kompetentny gracz ataku. W ostatnim roku pracy Thibsa były jeszcze kombinacje z przebrzmiewającym Pau Gasolem, o powrót do wielkiej formy wciąż walczył Rose, ale co, panowie byli skazani na przeciętność. Ich absolutnym sufitem była druga runda playoffs.

W tym samym czasie dochodziło do licznych scysji pomiędzy Tomem oraz kierownictwem klubu. Rzecz jasna próbowano zerwane ACL Rose’a przyklepać trenerowi, który zbyt wiele minut „tyrał” starterami. Mało tego, trener miał wchodzić w kompetencje sztabu medycznego, a treningi były podobno zbyt intensywne. W maju 2015 roku do wiadomości publicznej podano cierpki komunikat pod tytułem:
Zdrowa kultura organizacyjna jest ważniejsza od jakiejkolwiek jednostki.
Gar Forman i John Paxson to była dopiero niekompetencja i nieporozumienie. Po czasie można powiedzieć, mali ludzie. Nie zaufali wizji człowieka, który w tamtym okresie miał papiery na mistrzowski tytuł. Stracił je z czasem, ale w tamtej erze koszykówki, jego metody działały, jak najbardziej. Facet miał pecha. On i Derrick Rose.
Minnesota
Co było dalej? Tom prawie cały rok spędził w zaciszu domowym, studiował mądre księgi, ładował baterie, nabierał głodu. Chciał wyciągnąć wnioski, więc na kolejnym etapie szukał przede wszystkim autonomii pracy. Minnesota Timberwolves właśnie to mu dali, obok pozycji głównego trenera, obejmował także stanowisko szefa kadr, co oznaczało, że nikt mu już w kwestii budowy składu mieszał nie będzie.
Trzy kolejne sezony (właściwie to dwa i pół) naznaczyły nadzieja, chwilowe sukcesy, a następnie cała masa dysfunkcjonalności. Pierwszy sezon ciężki, w składzie brylowała młodzież: Karl Anthony Towns, Andrew Wiggins i Kris Dunn. Coach ściągnął do składu swoich żołnierzy m.in. Jimmy’ego Butlera, Taja Gibsona, po czym pierwszy raz od wielu lat zespół Wolves awansował do playoffs!

Niestety relacyjnie się to nie spięło, przed kolejnym sezonem Butler zażądał transferu publicznie deklarując, że KAT i Wiggins to miękkie faje i nie będzie z nimi grał. Stało się jasne, że Thibs nie panuje nad nastrojami w szatni i mimo pertraktacji z Jimem, konfliktu wewnętrznego nie udało się zażegnać. Thibodeau nie opowiedział się po żadnej ze stron, na czym zależało Jimmy’emu. Butler został wymieniony do Sixers, a Tom zwolniony w trakcie sezonu, pod koniec stycznia. Młode gwiazdy źle zareagowały na żołnierską dyscyplinę, po prostu. Zamiast wspólnej pracy pojawiły się dyskomfort, wycofanie i bunt. To był kolejny znak, że pociąg Thibsowi odjeżdża.
Big Apple
Znów dostaliśmy rok pauzy i przemyśleń. Thibodeau powrócił w 2020 roku jako head coach pragnących się wydostać z marazmu Knicks. Pozostawało pytanie, czy stare metody trenera wciąż przynoszą efekty… okazało się, że Thibs znów trafił na podatny grunt. Julius Randle stał się wiernym żołnierzem numer jeden, spodobała mu się rola pierwszej opcji, fizyczna bitka to było jego naturalne środowisko. Wydatny progres poczynił też drugoroczniak RJ Barrett, drugi w hierarchii klubowej, a w trakcie sezonu Knicks pozyskali jeszcze… Derricka Rose’a!

Trochę odgrzewane kotlety, ale progres został poczyniony, zespół po raz pierwszy od ośmiu lat grał w playoffs i nawet pandemia COVID-19 nie stanęła im na drodze. Niestety w kolejnym sezonie Randle zdecydowanie obniżył loty jako strzelec, Barrett dał się poznać jako „one trick pony” a ściągnięty awaryjnie Kemba Walker to była klapa. Regres, brak spacingu, drastycznie zmieniająca się koszykówka zorientowana na rzuty trzypunktowe, to wszystko trzeba było przemyśleć.
Trzeci sezon pracy do pojawienie się w składzie Jalena Brunsona, od razu umocowanego jako lider na piłce. Do tego dostaliśmy niejako przebudzenie Juliusa i kolejny rok doświadczeń Barretta. Brunson to był właściwy człowiek, idealny zawodnik dla Toma: twardy, nieustępliwy, skory do gry na kontakcie, ciężkiej pracy, a na dodatek bez gwiazdorskiego nadęcia. Lepiej to wyglądało, także w obronie. Bilans 47-35 i wygrana pierwsza runda playoffs pozwalały uwierzyć, że Knicks są w dobrych rękach.
Zeszły sezon przyniósł kolejne, głośne zmiany w składzie. Pion kadrowy wiedział już kogo szukają i na jakie cechy powinni stawiać, aby jak najlepiej gracze byli w stanie odtworzyć wizję trenera. Szukano zwycięzców, ludzi twardych psychicznie, wszechstronnych, zespołowo grających. Brunson zrobił kolejny postęp w roli kreatora gry, Randle grał swoje, a w okienku transferowym z Toronto pozyskano znakomicie pasującego do nowojorskiej wizji OG Anunoby.

Efekt to 50-32 i pechowo przegrana walka o finał konferencji. Przegrana przede wszystkim z kontuzjami. W drugiej rundzie przeciągnęli Pacers przez pełne siedem meczów mimo absencji Randle’a, Mitchella Robinsona, kontuzji łokcia OG, problematycznego kolana Josha Harta i ostatecznie urazu dłoni Brunsona. Tak, było na co zrzucić niepowodzenie, zresztą kolejny krok został wykonany. Walczących w każdym meczu Knicks świetnie się oglądało. Brunson przesadzał z pałowaniem ataku, ale było to wytłumaczalne, braki kadrowe, urazy, wszyscy tak myśleliśmy.
No i wreszcie dochodzimy do minionej kampanii Knicks. Nadzieje były rozpalone do białości. Przed sezonem do klubu dołączyli Karl Anthony Towns oraz Mikal Bridges, czyniąc z ekipy nowojorskiej topową stajnię NBA jeśli chodzi o zebrany w niej talent. Pick and roll Brunsona z Townsem reklamowano jako nie do zatrzymania. Skrzydłowi mieli siać postrach w obronie, możliwości ofensywne wydawały się niezmierzone, czterech gości potrafiło osiągać przewagi w ataku, warunki fizyczne imponowały. Wreszcie można było grać 5-Out w miarę potrzeby.
Celtics pokazali jak się wygrywa w lidze, Knicks szli im w sukurs, budowali skład mający stanowić odpowiedź na Boston. Tak, aspiracje były wielkie. Tylko, że począwszy od pierwszego meczu sezonu (przegrana z Bostonem 24:43 w pierwszej kwarcie) aspiracje te były studzone. Towns jako center nie dawał rady w obronie. Nie wykorzystywano należycie jego walorów strzeleckich, nakazano mu grać bliżej kosza, talenty ofensywne Bridgesa i OG również gdzieś wyparowały. Skala dominacji na piłce małego Brunsona była w tych warunkach niedopuszczalna. Nie było też możliwości zganić porażki na brak zdrowia.

51-31 w sezonie regularnym nie przekonywało nikogo. Styl był kiepski, Knicks przegrywali masowo z topowym drużynami ligi. A potem nadeszły playoffs. Wyzdrowiał wielki center Mitchell Robinson, doświadczeniem i fizycznością w pierwszej rundzie przełamali młodych Pistons, w drugiej mieli szczęście, bo zdrowotnie posypał się Boston, awansowali do finału konferencji, a tam Thibs dał popis niekompetencji.
Nie dało się oglądać naprzemiennych izolacji Brunsona i bully-ball Townsa, nawet najbardziej zajadli zwolennicy NYK musieli przyznać, że oglądamy tryb awaryjny, totalny brak zespołowości ofensywnej, jakiś anachronizm przypominający koszykówkę z połowy lat dziewięćdziesiątych, gdzie Hakeem Olajuwon siłował się z Patrickiem Ewingem, a każdy zdobyty punkt był na wagę złota.
W finale konferencji, bohater wczorajszego tekstu Rick Carlisle obśmiał naszego Toma i posłał go… no właśnie gdzie, czyżby na trenerską emeryturę? Czy zobaczymy jeszcze wielkiego „Pingwina” przy linii bocznej zespołu NBA? Czy usłyszymy jego diaboliczny głos? Nie wiem czy w wieku 67 lat będzie miał ambicję podnosić z nizin kolejny zespół NBA. Jak mówię, to jest świetny nauczyciel kanonów gry, ale jeśli Knicks marzą by pójść dalej, potrzebny jest im taktyk z prawdziwego zdarzenia.

What’s next for the Knicks?
Mówi się, że następcą Toma w Madison Square Garden mogą zostać:
- Mike Malone (pochodzi z Queens, doświadczenie mistrzowskie z Denver)
- Jay Wright (emerytowany, dwukrotny uczelniany mistrz NCAA z Villanova)
- Mike Budenholzer (niedawno w Phoenix Suns, również mistrzowskie doświadczenie)
- Taylor Jenkins (fachowiec zwolniony przez Memphis)
- Johnie Bryant (były asystent Knicks, obecnie w Cleveland)
Nie zamierzam zgadywać, mam tylko nadzieję, że nie będzie to Bud, o którym mógłbym popełnić równie długi tekst. Tymczasem pozwólcie, że się odmelduję. W ramach przygotowań do lipcowego GWBA Camp muszę trochę pobiegać, przestało padać, więc idę! Patronami dzisiejszego odcinka są:
- Hubert Markowicz
- KejDżej 23
- Porto
- Tomasz Borowski
Moje uszanowanie i dobrego dnia, Ty także możesz zostać Patronem:










Kolejny drętwy tekst a do tego przydługi
to po co czytasz
Świetny artykuł, dzięki za takie obszerne podsumowanie. Tytan pracy, należy mu się szacunek.
pierwszy 😉
Super tekst!
Super tekst
Dzięki Adminie za artykuł.
Do listy kandydatów dodam Brunsona Seniora, co byłoby dziwne…
Powtórzę się, że moze Mike Brown
Super art, a dla Thibsa wieczny szacun. Chodząca solidność to być może czasem „tylko tyle”, ale w NBA to „aż tyle”, z nie dających się oglądać NYK zrobił drużynę, która gryzła parkiet i świetnie się na to patrzyło. Trochę zabrakło chłopu szczęścia – raz w Chicago, a drugi raz nie trafiając na zawodnika z potężnym koszykarskim IQ, który nadrobiłby jego ograniczenie myśli szkoleniowej w ofensywie. Niemniej pokazał, że podstawy koszykówki, którymi jest defens zawsze będą w cenie i ciężką, być może czasem siermiężną pracą może najwyzszych laurów się nie zdobędzie, ale można zajść wysoko i się temu kibicuje od lat. Dzięki Thibs!
Dzięki, Thibs dzięki kadencji w NYK ocieplił wizerunek, wcześniej miałem go za psychola i zamordystę
That was quick
Mam do trenera Toma tylko jeden zarzut, pretensję. To przez niego i ten Boston 2008 musimy do dzisiaj oglądać tego nieudacznika Doca Dyzme Roberta, jadącego na tytule koniczyn.
Spośród tych kandydatów według mnie zdecydowanie Taylor Jenkins
Też myślę że Jenkins. Chociaż Malone też dałby radę, w NyK pierwsza piątka nie działała 😁
dzięki za artykuł – profesjonalny ❗
A może wezmą Doca Riversa? 🙂
Zmiana konieczna, ale trzeba mu oddać, że dzięki niemu, w końcu, znowu przyjemnie kibicuje się NYK. Świetny tekst.
Znowu elegancko. Ciekawsze nawet niż relacje z meczów (bo tych jest za dużo – meczów, nie relacji)
Boston nie posypał się zdrowotnie tylko psychicznie . Kontuzja Tatuma zdarzyła się przy prawie zakończonej serii , a Porzingis całe życie gra w kratkę przez kontuzje
Jenkins albo ktoś zupełnie nowy.
Mega fajny tekst. Po prawie dziesięciu latach znowu zapałałem zainteresowaniem do basketu. Jest to równoznaczne z powrotem do czytania gwba. It feels good to be back. Czuję się znów jak gimnazjalista. Wielkie pozdrooooo
Bardzo równo gwizdany mecz
propsy dla sędziów.
Tylko lekki przechył w stronę SGA
oraz odchył w stronę A. Nembhard.
Obie drużyny były już w tym miejscu
(Denwer w dogrywce urwało pierwszy mecz)
Indiana wyrywa z gardła mecze na wyjeździe.
Zwyczajowo pisze się że mecz piąty jest najważniejszy.
Może to rok w którym o wszystkim zdecyduje mecz numer dwa?
Gooooooooo… Indiana
Zobaczmy z czego ulepieni są OKC.