NBA: Charles Barkley to starszy pan, który nie lubi koszykówki

9

Zanim zacznę się „rozpędzać”, wiedzcie, że Sir Charles Barkley to postać, na której się wychowałem. Znam wszystkie jego osiągnięcia, statystyki i punkty zwrotne kariery. Skalibrować je wszystkie potrafię, umiejscowić odpowiednio w pamięci, na mapie, w historii i tradycji NBA.

Gdzieś do trzydziestego roku życia facet budził powszechny respekt na parkietach jako… co tu wiele gadać: „genetyczny wybryk natury”. Iście końskie miał odbicie, piekielną dynamikę, ciasno upakowaną, potężną masę, nisko osadzony środek ciężkości, dupsko odstające, z którego nauczył się robić użytek pod koszem. Jako jeden z nielicznych stawał w szranki z Michaelem Air Jordanem, jako jeden z nielicznych nie czuł strachu przed MJ-em. Przy wzroście 196 centymetrów ważył pod 115 kilogramów (!) biegając przy tym ekspresowo od kosza do kosza, dryblując piłkę i blokując rzuty po wyskoku z miejsca. Popatrzcie sami: 

Najlepsze lata kariery Barkleya przypadły na okres gdy miał 24-30 lat, potem zaczął się powolny zjazd do bazy i odcinanie kuponów. Po latach (z pewnego rodzaju smutkiem) przekonaliśmy się, że niemal cały swój sukces Chuck zawdzięczał genetyce. Jego warsztat techniczny oraz etyka pracy okazały się niezwykle ubogie i to jest moim zdaniem główny powód, dla którego nigdy nie sięgnął po tytuł mistrzowski. 

W 1993 roku z rąk Davida Sterna odebrał statuetkę MVP, jego Phoenix Suns grali w Finałach, moim pierwszych finałach jako kibica NBA, ale to był najwyższy poziom, najwyższy ze szczytów, na jaki Charles był w stanie się wdrapać. 

Ciekawostka: w całej historii ligi jest zaledwie ośmiu MVP sezonu regularnego, którzy nigdy nie sięgnęli po tytuł. Wszystkich powinniście znać, albo przynajmniej o nich słyszeliście, prawda? 

  1. Karl Malone (3 finały: 1997, 1998, 2004)
  2. Charles Barkley (1 finał: 1993) 
  3. Allen Iverson (1 finał: 2001)
  4. Steve Nash (4 razy finał konferencji: 2003, 2005, 2006, 2010)
  5. Derrick Rose (1 raz finał konferencji: 2012)
  6. James Harden (1 finał: 2012)
  7. Russell Westbrook (1 finał: 2012)
  8. Joel Embiid (6 razy „druga runda max”)

Krótka lista lista zważywszy aż osiemdziesięcioletnią historię NBA. Ostatni trzej wciąż są aktywni, jeszcze mają szansę na puchar, ale jakoś cienko to widzę. 

Wracając do Barkleya, nie było szans na utrzymanie dotychczasowego poziomu. Ciało obrosło w tłuszcz, w jednej chwili zabrakło szybkości, motoryki, pozostała jedynie niezamykająca się buzia. Tyle, że cała jego „sportowa złość” również okazała się wytworem boiskowych zmagań. Wkurzał się, więc dokazywał: gadał albo ciskał piłką w rywali. Wszystko to skończyło się w jednym momencie. W momencie, w którym przestał grać, zamienił się w Homera Simpsona.

Zaraz po odwieszeniu butów na kołek w 2000 roku, Barkleya przechwyciła telewizja TNT. W jednej chwili z tytana przemienił się we wcinającego pączki pana w średnim wieku narzekającego na pogodę i ból w kolanie. I tak od dwudziestu sześciu lat bawi ludzi w studiu telewizyjnym. Ma śmieszne powiedzonka, specyficzną manierę mówienia, lubi żartować, również z siebie. W skrócie: najął się na błazna, a o samej koszykówce wie oszałamiająco niewiele. Chłopaki w studiu śmieją się z niego, robią mu psikusy, a czasem na odwrót, wspólnie ze scenarzystami, Barkley mści się na kolegach i to jest zabawne, swoiste Muppet Show.  

Koszykarze traktują go z dystansem, jak wesołego wujka, który lubi koszykówkę. Tylko czy Charles Barkley faktycznie lubi koszykówkę? Trzecią dekadę słyszymy z jego ust niemal wyłącznie krytykę względem występów czy ubioru graczy, względnie polityki zespołów. Powód jest prosty, szesnaście lat kariery Sir Charlesa zapewniło mu zarobki w kwocie 44 milionów dolarów. Dziś największe gwiazdy zarabiają tyle w sezon stąd niechęć jest wyczuwalna. Reszta to efekt zmian przepisów, ewolucja gry, niezrozumienie realiów dzisiejszej NBA i nostalgia za tym, co minęło.

Z indolencji Charlesa zrobiono nawet segment programu! Who he play for, czyli w jakim zespole gra dany zawodnik, znacie?

Bywa często, że Charles nie ma pojęcia czyje mecze komentuje, nie potrafi wymówić nazwiska czołowych europejskich gwiazd, otwarcie przyznaje, że prywatnie nigdy nie ogląda meczów. Siedząc w studiu zdarza mu się przysnąć. Nic to, najważniejsze, że ludzie się śmieją. Jest pierdzenie, walenie w stół, podstawianie sobie nóg, zupełnie jak w szkolnej ławce. 

Nic nowego właściwie, dlaczego więc o tym piszę? Widzieliście co na dniach powiedział nasz 63-letni weteran, członek NBA Hall of Fame? Czy to już starcze zdziecinnienie czy po prostu głupota i brak refleksji?

Serio to ma być ambasador sportu, twarz produktu, jakim jest NBA? To jest człowiek, który dzięki koszykówce stał się milionerem, idolem publiczności? Powiem delikatnie, nie spodobało mi się co usłyszałem: 

– Grać w kosza dla przyjemności? Nigdy w życiu!!
– Bez obrazy dla nikogo, ale grać przeciwko lokalnemu hydraulikowi czy elektrykowi mnie nie kręci
– Miałbym się przed rodziną chwalić, że pokonałem kucharza, litości…
– Kilka lat temu chodziłem na siłownię i patrzyłem jak amatorzy grają w kosza 
– Kłócili się, faulowali, każdy mecz był jak Game 7.
– Śmiałem się z nich za każdym razem
– Oto dlaczego nie gram z wami przegrywy!

This is why I don’t play with you losers [Charles Barkley]

Serio takie słowa wypowiedział. Moja interpretacja poniżej: Sir Charles nie lubi grać w kosza, bo gdy przeminęła fizyczność nie zostały mu w zasadzie żadne umiejętności. O tym jak mało jest zręczny niech zaświadczy jego swing golfowy, haha.

Nigdy też na dobrą sprawę nie umiał rzucać do kosza. Nigdy nie dorobił się techniki, która pozwoliłaby mu zachować jakąkolwiek powtarzalność. Jego dieta i złe prowadzenie się doprowadziły ciało do stanu, w który lokalny hydraulik czy elektryk, regularnie dbający o zdrowie, miałby realne szanse skopać mu tyłek. 

Z kolei brak zrozumienia dla „rywalizacji” jaka ma miejsce między amatorami świadczy wyłącznie o szalonym ograniczeniu percepcyjnym. 

Patrząc na Barkleya widzisz grubasa, który zaraz powie coś śmiesznego. Oto jego spuścizna od ćwierćwiecza: być clownem w cyrku. Spuścizna, która spuściła kurtynę politowania na tych kilka świetnych lat, jakie zaliczył na boisku. Oglądamy takich głąbów w telewizji i śmiejemy się, bo nie ma nic lepszego niż poczuć się dobrze czyimś kosztem. Poczuć komfort wynikający z przekonania, że intelektualnie wyprzedzasz jednego czy drugiego, Barkleya albo Kendricka Perkinsa. Mam jedynie nadzieję, że nie kształtują oni naszego sposobu patrzenia na świat, bo reprezentują świat godny politowania, naprawdę. 

Koszykówka? Koszykówka to piękna gra, którą warto uprawiać nie tylko za dzieciaka. Dopóki zdrowie pozwala zawiązać sznurówki, warto kozłować, podawać i rzucać. Weźmy nasze GWBA Camps, mnie nie interesuje w ogóle gra oparta na żywiołowym bieganiu od kosza do kosza, ale współpracy, sprycie i technice. Tempo jest trzykrotnie niższe niż w NBA, ale radość trzykrotnie większa, zwłaszcza jeśli czujesz się członkiem drużyny, wiesz jaką pełnisz rolę i ją akceptujesz. Gdy każdy na parkiecie wie mniej więcej co powinien robić, ta gra nie ma nic wspólnego z kłótniami i faulami, o których mówił Charles. Do tego jednak trzeba nieco głębszego zrozumienia, do tego (zapewne) potrzebny jest trener. Tak to widzę, a Wy? 

Kolejna edycja GWBA Camp odbędzie się 10-13 września w Płocku. Tym razem planuję wyjątkową edycję, edycję turniejową. „Plan taktyczny” jest następujący: 

– wszyscy, którzy przyjeżdżają na camp po raz pierwszy, w czwartek przed obiadem przechodzą tzw. showcase training
– niespełna godzina na sali, proste ćwiczenia, żadnego forsowania, trenerzy sprawdzają warunki, formę i możliwości
– podczas obiadu robimy draft, dzielimy się na trzy lub cztery zespoły 
– jedna z czterech ekip być może będzie lokalna, złożona z miejscowej grupy pasjonatów w wieku 40+ lat 
– w czwartek wieczorem odbywamy pierwszy trening już w podziale na drużyny
– w piątek odbywamy drugi trening (każda ekipa w założeniu prezentować będzie nieco inny styl gry)
– w sobotę gramy mecze półfinałowe
– w niedzielę mecz o trzecie miejsce oraz finał
– zespoły są minimum ośmioosobowe, szczególną uwagę zwrócimy by nie przeforsować chłopaków
– w międzyczasie integracja, wspólne atrakcje, wyjścia na miasto, rozmowy do białego rana, haha

Charles Barkley tej idei nigdy nie zrozumie, ale na szczęście niepotrzebne nam jego błogosławieństwo. Ze swojej strony nie obiecuję Wam zwycięstwa, ani pokaźnych statystyk, ale gwarantuję pokaźny materiał do przemyśleń, bodziec motywacyjny, poznanie nowych, fantastycznych ludzi i wymianę doświadczeń. Jeśli masz minimum trzydzieści lat i chcesz do nas dołączyć, pisz maila: [email protected]

Pozdrawiam serdecznie, Bartek Gajewski 

1 komentarz

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Strasznie ostatnio marudzisz. Jak Charles.

    Chyba ma chłop prawo nie grać w basketa? Najwidoczniej lubił rywalizację i bez niej mu się nie chce.
    W TV przywdziewa maske i ma personę zrzędliwego śmieszka? Kto w TV jest w 100% sobą?
    To mówienie, że zawdzięcza wszystko genetyce…bo dzisiaj koszykówka jest dynamiczna i wszyscy rzucają i są tacy super taktycznie. W swojej erze był jednym za najlepszych – najwidoczniej robił wystarczająco wiele, żeby nim byc. W ten sposób można każdego zawodnika zjechać – jeden za mało na siłę, drugi za mało rzucał, a trzeci za slabo dryblowal….wystarczylo żeby tylko ćwiczyli wszystko i nie bazowali na swoich naturalnych atutach 😀

    (19)
    • Array ( [0] => administrator )
      Odpowiedz

      Mnie się nie spodobało, co powiedział. Nie przepadam za tego rodzaju „widowiskowymi”, a zarazem mało inteligentnymi ludźmi, nawet jeśli są czasem zabawni. Historia Barkleya to w sumie uniwersalna lekcja. Dopóki coś łatwo ci przychodzi, dajesz czadu. Gdy pojawiają się pierwsze trudności, odpuszczasz. Ilu już było w historii (nie tylko NBA) takich słabych charakterów, niezdolnych do adaptacji, rozkapryszonych? Czy to są idole i czy po zakończeniu kariery powinno się ich koniecznie stawiać przed kamerą? Niech każdy rozstrzyga po swojemu kto jest „loser” a kto nie.

      (-11)
      • Array ( )
        Odpowiedz

        ps. żaden człowiek nigdy nie powinien być idolem/bożkiem (a w praktyce tym często są „znane twarze”), inspiracją owszem, lekcją (tą na + i -) owszem, idolem – nie

        (4)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Nie, stary, nie rozumiesz o co mu chodzi. W/g mnie (i kilku innych byłych zawodników, których znam ) w pewnym wieku/momencie życia (grając z „elektrykami, hydraulikami”) przychodzi refleksja „po ch… mi to wszystko? Po co mi te łokcie, rywalizacja, zaciekłość, krzyki, pretensje? Chciałem się poruszać, pobiegać porzucać, a ci amatorzy grają, jakby to był game7”. Miałem ten moment grając już po 40 w amatorskiej drużynie. Od tamtej pory (10 lat) raz byłem z dzieckiem na boisku, niedługo pójdę z nim drugi raz, może coś zaiskrzy i będę chodził częściej (dla młodego).

    Dla mojego ciała lepszy jest badminton; będąc oburęcznym angażuję całe ciało ale bez znaczących przeciążeń. Mniej kontuzji = milsze życie. Fajne jest pływanie ale w jeziorze, czy morzu.

    Z koszem mam tak, jak z bieganiem; zrobię sobie w końcu tą koszulkę „nie biegam, bo nie lubię” albo „już się nabiegałem”. Moją pierwszą poważną dyscypliną były biegi długodystansowe. Raptem na poziomie wojewódzkim ale i tak się nabiegałem, wystarczy mi.

    (4)
    • Array ( [0] => administrator )
      Odpowiedz

      To oczywiste co piszesz, również znam ludzi dla których koszykowka jest lub była praca. Czasem masz zbyt zniszczone ciało, czasem boisz się kontuzji, bo nie jesteś w formie , czasem rezygnujesz , bo czujesz że będzie za ostro. Nie nazywasz jednak ludzi grających hobbystycznie looserami i to publicznie, nie chełpisz tym że bez kasy nie grasz, a od czasu do czasu z miłości i tęsknoty do dyscypliny oddajesz parę rzutów gdy gdzieś klepią piłkę. Jeśli opierałeś się wyłącznie na progresie , kasie i rywalizacji, to były twoje moce napędowe a nie sama dyscyplina. Nic mi do tego, ale jaki wówczas z ciebie ambasador basketu?

      (3)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Staszne marudzenie o Sir Charles’ie. Już nie wiem co gorsze: ustękiwania o Barkleyu czy kolejny już chyba 1267 artykuł o lakersach i Lebronie.

    (0)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    A nie zgodzę się…

    Sir Charles to przedewszystkim talent do wykorzystania swojej fizyczności w niesamowity sposób na czym zarobił 44 miliony.

    Wraz z urazami gra przestała sprawiać frajdę. To przestał grać. A zaczął chodzić do roboty. Teraz mu płacą jacyś idioci za błazenadę w TV. To co ma nie korzystać. Szacun że nikogo przy tym nie udaje pawiana.

    To że Ty jesteś pasjonatem nie znaczy że nie ma innej drogi do zajmowania się koszykowka.

    (1)

Komentuj

Gwiazdy Basketu