NBA Finals 2026: gospodarskie gwizdki, serce do walki, powtórka z historii

Dzień dobry, kto oglądał na żywo w nocy, palec do budki. Na emocje znów narzekać nie mogliśmy, co? Te pozytywne i te napawające złością. Można było odnieść wrażenie, że panowie arbitrzy, którym przewodniczył Tony Brothers, robili co w ich mocy by serię wyrównać, ale no cóż, nie udało się. Mnie przede wszystkim wydaje się, że jako długoletni kibic NBA już to gdzieś widziałem, że drugi raz tę samą grę przechodzę.
Tegoroczna seria finałowa przypomina NBA Finals 1995, w którym to hype przeogromny był na młody i wielce efektowny tandem Shaquille O’Neal oraz Anfernee Hardaway. Po tym jak panowie pokonali powracającego z emerytury Michaela Jordana, wydawało się, że nic ich nie zatrzyma, a sami zawodnicy po latach przyznali, że „dziadków” z Houston Rockets nie docenili.
Mnie się wydawało, że pokonamy ich z biegu – stwierdził po wszystkim Penny.
W pierwszym meczu u siebie, młodzi panowie magikowie prowadzili dwudziestoma punktami, ale pewne przesunięcia obrony po stronie Rakiet oraz gra inside-outside w wydaniu Hakeema Olajuwona i Kenny’ego Smitha, sprawiły że wynik wyrównywał się z każdą minutą. Long story short, na około dziesięć sekund do końca Orlando miało trzy punkty prowadzenia, a Nick Anderson faulowany był celowo, by czas zatrzymać. Spudłował oba wolne, ale szczęśliwie piłkę po sobie zebrał i… spudłował dwa kolejne wolne.
Rockets wzięli czas i tu nastąpiła degrengolada największa, bo miły dziadzio Brian Hill zamiast zaordynować faul, choćby i przy próbie rzutowej (w tamtych czasach nawet przy rzucie za trzy przyznawano tylko dwa wolne) pozwolił by będący w gazie Smith wyszedł do podania, zrobił pump-fake, poczekał, pozwolił obrońcy przelecieć obok, a następnie trafieniem doprowadził do dogrywki.
W doliczonym czasie młodym już całkowicie puściły zwieracze i oddali wygrany mecz 118:120. Ostatnią piłkę, po próbie wjazdu najbardziej doświadczonego Drexlera, dobił z powietrza Olajuwon. Tu macie małą przypominajkę z historii, bo zdaje się, że części z Was jeszcze na świecie nie było.
„Pokonamy ich z biegu” – dobre sobie. Hakeem Olajuwon (31 punktów 6 zbiórek 7 asyst 4 bloki 2 przechwyty) Clyde Drexler (23 punkty 11 zbiórek 7 asyst) Robert Horry (19 punktów 8 zbiórek 5 bloków 3 przechwyty) i Kenny Smith (23 punkty 9 asyst 7/11 zza łuku) mieli inne plany i zakończyli rywalizację 4-0. Młody król kosza Shaq kręcił łbem dokładnie tak samo jak Wembanyama po Game 1.
Knicks 105 Spurs 104 [2-0]
Ech, mówiłem że dla nich za wcześnie. Mówiłem, że mi się Mitch „rybie oczko” Johnson, coach San Antonio nie uśmiecha. Przecież to jest trener od indywidualnego wyszkolenia, od tego zaczynał i to jego specjalizacja. Żaden z niego mocarz jeśli chodzi o taktykę, a defensywnym koordynatorem jest tam Sean Sweeney, którego już przecież podebrali Orlando Magic, o których była mowa wyżej. Moje pretensje dotyczą przede wszystkim:
- bierze czas, rysuje zagrywkę, zagrywka polega na izolacji oddychającego rękawami Wemby’ego na siódmym metrze
- nie bierze czasu, gdy Spurs zbierają piłkę przy remisie i dziesięciu sekundach na budziku
- prowadzi to do koszmarnej w skutkach straty i faulu na Brunsonie
- bierze czas, znów widzimy Wemby’ego rzucającego z półdystansu
- dlaczego akcja nie była rozpisana na penetrację?
- dlaczego Wemby nie szedł na ofensywną zbiórkę? (Drexler drive -> dobitka Olajuwon)
- dlaczego tyle zwlekali z oddaniem rzutu, nie dali sobie czasu na ewentualną próbę dobitki?
- dlaczego Wemby flopował w ostatniej akcji, teatralnie upadał?
To są takie szkolne błędy, że Gregg Popovich to już pewnie wyłysieje, jak mu wyświetlą film na spokojnie. Mówimy o niedoświadczeniu zawodników, dla mnie to przede wszystkim trener jest zielony jak ogórek.
Te same cholerne błędy, które popełniał w obronie przeciwko SGA, kazał ludziom ślepo podwajać gościa. Skończyło się fiestą Nowego Jorku zza łuku oraz opanowaniem ofensywnej deski. Knicks trafili piętnaście trójek na 40% skuteczności oraz zaliczyli sześć ofensywnych zbiórek w czwartej kwarcie.
Przede wszystkim, widoczny brak pewności, silnej prezencji trenera sprawia, że młodzi się zastanawiają przez co wkradają się dodatkowe nerwy. Nie wiadomo do końca kto ma do piłki wyjść i najważniejsze rzuty wziąć na siebie, Stephon Castle lata gdzieś po rogach, nawet na piłkę nie patrzy. Ufa, że jego 224-centymetrowy kolega przekozłuje piłkę sam na połowę rywala (?!) odwraca głowę jakby czuł ulgę, że nie musi tego brać na siebie. Dla kontrastu, w zespole Knicks wiadomo dokładnie, crunch time to podanie do Brunsona i polowanie na matchup, który kapitanowi pasuje.
Spurs młode chłopaki, pokazali kawał serca, przypuścili szarżę 13-0, ale wszystko psu na budę, bo stało się to:
San Antonio Spurs are too young and inexperienced, been saying it all along, that includes coach Mitch Johnson. That last turnover is on the coaching staff. They should have called a timeout.
All of it reminds me of Orlando vs Houston in 1995.
Go Knicks! pic.twitter.com/CxJkRGTlnq— Bartek Gajewski 🇵🇱 (@gwiazdyB) June 6, 2026
Nie będę się zagłębiał w taktykę, bo chociaż uwag można znaleźć sto, chodzi o najważniejsze: gotowość i odporność psychiczną.
Kryptonitem na kosmicznego przybysza zdaje się być Karl Anthony Towns, który od początku kwietnia gra najlepszy basket w swej karierze, a matchup ze słabszym fizycznie Wembanyamą wyraźnie mu leży: 21 punktów 8/12 z gry 3/5 zza łuku 13 zbiórek 4 asysty +11 wskaźnika plus/minus. Arbitrzy chcieli go wyfaulować, w krótkim czasie wyłapał dwa bardzo dyskusyjne przewinienia toteż kilka kluczowych minut opuścił.
Sędziowie:
-> Castle zapaśniczo kontroluje rywala, obie dłonie na niego kładzie, ten otrzymuje ofensywny faul
-> Anunoby oddaje trójkę, dostaje szlaban przez ręce, aut, piłka Spurs
-> szczęśliwie wypadła poza granice boiska, bo można było przynajmniej wziąć challenge
-> Brunson jest spychany z piłką praktycznie cały mecz, oddaje w sumie pięć rzutów wolnych
Knicks choć w obu meczach byli o włos od przegranej, grają jak przystało na doświadczony zespół, który w finałach nie znalazł się przez przypadek. Imponuje ruch piłki, naprzemienne penetracje i odegrania, zupełnie jak Spurs za czasów Duncana, Manu, Parkera czy Borisa Diawa, popatrzcie:
No i właśnie, Mikal Bridges. W pierwszym meczu niespecjalnie obecny ofensywnie, tym razem latał jak w serii z Cleveland: 20 punktów 8/13 z gry 4/6 zza łuku 6 zbiórek 6 asyst. Kto jeszcze żałuje listy wyborów draftu, które Knicks oddali by go pozyskać? Pewnie niewielu.
Bukmacherzy szanse na zdobycie mistrzowskiego tytułu przez Nowy Jork oceniają w tej chwili na 83.1%
Zdaje się, że wszyscy (a przynajmniej większość z nas) jak tu siedzimy, pomyliliśmy się względem tej serii. To znaczy wiadomym było, że Spurs jeszcze nie dorośli do walki o najwyższe laury i cieszę się, że weterani ucierają im nosa oraz fundują potrzebną, życiową lekcję, ale jako kibic do Madison Square Garden wolałbym „jechać” przy remisie 1-1, a Wy?
Słyszeliście pewno, najtańszy bilet na Game 3. w MSG (gdzieś pod kopułą hali) to wydatek rzędu 45 tysięcy złotych. Świat oszalał, ale jeśli się nie mylę, najbardziej dochodowa organizacji koszykówki na świecie, ostatnim razem po mistrzostwo sięgała ponad pół wieku temu, bo w 1973 roku.
Dobrego weekendu GWBA Familia, Patronami dzisiejszego odcinka są Łukasz Darlak, Wojtek Skrzypek oraz CWCienista, moje uszanowanie! B









Jak Bridges, Shamet i OG dalej będą tak siekać za trzy to skończy się sweepem. Co do meczu to już w serii z thunder Johnson się nie popisywał i nie inaczej było tym razem. Trener musi być trenerem, a nie kolegą największej gwiazdy. Może porównanie na wyrost, bo wielu uznanych trenerów oddaje kluczowe akcje w ręce największych gwiazd, ale Phil Jackson potrafił potraktować Pippena jako zmyłkę (ciekawe czy odważyłby się tak zrobić z MJem), a Johnson najważniejszą akcję oddaje w ręce zajechanego Wembanyama, któremu w tej serii izolacje kompletnie nie wychodzą mając Foxa, któremu w końcówce wyjątkowo siedziało i który podobno po to był do drużyny ściągnięty. Od początku wydawało mi się, że Johnson head coachem został tylko ze względu na dobre relacje z Wembym i raczej do zmiany zdania mnie na razie nie przekonuje. Pewnie gdyby Spurs wiedzieli, że tak szybko będą walczyć o mistrzostwo to jeszcze by sprawę przemyśleli, a tak to najbardziej stremowany wśród Spurs jest chyba hc i mamy to co mamy.
Jak już pytasz, ja byłem pewny, że NY ogoli Spurs. Myślę, że wielu tutaj myślało podobnie. A ty?
Miło nas zaskoczyli Knicks, dużo osób wieszało na nich psy i mowiło, że dobry bilans kręcą tylko przeciwko słabym drużynom. A tu idą jak po swoje, na Spurs jeszcze przyjdzie czas.
Panie adminie, myślisz ze Brunson powinien więcej podawać/uruchamiać ofensywę innych? Sam dużo pudłuje, a Towns, Bridges, OG czy Shamed mają jakieś all time % TS?
Te dwa „faule” Townsa to czysty kriminał.
Wychodzi na to, że Jeremiasz szybciej zostanie mistrzem niźli Wiktor. I nawet się nie zmęczy.
Pod koniec brunson chcial castlea wpedzic w klopoty z faulami ale gwizdki dziwnie milczaly
Coz w msg trudno zeby gwizdali pod gosci, wiec knicks coraz blizej
Jak mawiał Adam Małysz: wygrałem w karierze wiele zawodów, dlatego że jeszcze więcej przegrałem.
Wiktor parę minut wcześniej wygłosił na ławce tyradę mobilizującą cały zespół, wytykał błędy, gestykulował, grał szefa. Po czym w absolutnie kluczowym momencie na kontrze wali podanie kumplowi w plecy.
Jak śpiewał bard: taki wstyd zdarza się tylko raz.
Oprócz trenera gamonia chyba kombinacja stresu i zmęczenia. Stresu, bo druga przegrana u siebie to wstyd i nóż na gardle, zmęczenia, bo natyrali się w ostatnich seriach 4:3 i 4:2, a NYK zamknął obie po 4:0. Energetycznie Knicks wyglądają dużo lepiej.
Efektem skumulowanym tego były głupie błędy, ale też na przestrzeni meczu wiele nietrafionych trójek, w tym zwłaszcza rzutów w odpowiedzi na celną trójkę NYK.
To nie były „gospodarskie gwizdki”. Była to żenująca próba wyciągania SAS z błota, drukując mecz na oczach milionów kibiców. Jak wierzyć , że liga jest uczciwa, gdy dzieją się takie rzeczy. Na szczęście los i zimne głowy NYK, dowieźli to zwycięstwo. Źle się to oglądało.. takie układanki jak w wrestlingu. Bandyterka.