NBA: wszystkie numery Rona Artesta

22

Już niedługo (31 maja) światło dzienne ujrzy film dokumentalny “Quiet Storm: The Ron Artest Story”. Pomyślałem, ze to dobry moment, by przypomnieć historię tego ciekawego zawodnika, gdyż bez wątpienia była to na firmamencie NBA gwiazda nietuzinkowa. Mistrz NBA z 2010 roku, elitarny obrońca (DPOY w sezonie 2003/2004 oraz cztery nominacje do All-Defensive Teams) All-Star i znany bon vivant, pod koniec kariery stał się swoją własną karykaturą.

Ci z Was, którzy pamiętają jednak jego grę dla Indiany, czy pamiętne playoffs 2009 roku, gdy Rockets z Artestem (wówczas już Metta World Peace) jako jedyni w lidze postawili się idącym po mistrza Lakers, wiedzą doskonale jak groźny (w sensie dosłownym i sportowym) potrafił być. Dlatego zapraszam, byśmy wspólnie przypomnieli sobie jego historię.

Niegdyś Metta World Peace, zwany też Bestią, Prawdziwym Wojownikiem, Ron-Ronem i Przyjacielem Pand, na świat przyszedł jako Ronald William Artest Jr. w nowojorskim Queens. Był najstarszym z trójki synów. Jego pierwszy kontakt ze zorganizowaną koszykówką nastąpił na szkolnych parkietach La Salle Academy, do której uczęszczał. W ekipie zgłoszonej do AAU grał razem z przyszłymi tuzami parkietów NBA, Eltonem Brandem i Lamarem Odomem.

Nace o se hace

Być może, Drogi Czytelniku, czytając skreślone przeze mnie dotychczas akapity tejże notki biograficznej, naszła Cię refleksja, że to wszystko jakieś takie… zwyczajne. Zupełnie nieprzystające do boiskowego wizerunku zabijaki. Spokojnie, to miało tak wyglądać. Takie było moje zamierzenie. W kwestii dylematu, określanego w ojczyźnie Cervantesa zgrabnym sformułowaniem “nace o se hace” (“rodzi się czy staje się?”) zawsze byłem zwolennikiem tej drugiej opcji. Uważałem, że człowiek staje się liderem/koszykarzem/uczonym/itd. pod wpływem swojej ciężkiej pracy i uwarunkowań społecznych w jakich funkcjonuje, odrzucałem za to koncepcję przeznaczenia.

Potrzebny jest bodziec zewnętrzny, który pchnie jednostkę do określonych działań, wpłynie na jej postrzeganie świata. I w przypadku Rona Artesta, zgłębiając meandry jego biografii, natrafiłem na wydarzenie tego właśnie kalibru.

#Too much Queens will kill you

Jako młody szczun, Ron Artest szukał koszykówki pod każdym kamieniem i na każdym fyrtlu. Angażował się nie tylko w rozgrywki AAU, ale również w wiele ulicznych turniejów i okazyjnych gierek w parkach. Podczas takich właśnie rozgrywek, urządzanych pod auspicjami YMCA, młody Ron (tak twierdzi) widział na własne oczy, jak jego kolega, 19-letni Lloyd Newton, ginie w skutek obrażeń odniesionych podczas boiskowej bójki. Był to turniej rozgrywany dokładnie 15 kwietnia 1991 roku, a do zdarzenia doszło w meczu finałowym.

Poszło o wynik, jedna z drużyn uważała, że próbuje się ich oszwabić. Rozgorzała sprzeczka, która przerodziła się w bójkę między dwiema ekipami i rzeszą około 40 obserwujących. Sprawca, najprawdopodobniej imieniem Brian C. Young, odłamał nogę od stolika sędziowskiego i wbił ją z impetem w plecy Newtona tak, że przeszła na wylot, rozrywając po drodze serce. Chłopak zmarł w drodze do szpitala, a zabójcy postawiono zarzut zabójstwa drugiego stopnia (nieplanowane, nie z premedytacją).

Nie udało mi się jednoznacznie potwierdzić, czy Artest był na tym meczu, czy jedynie znał poszkodowanego. Spotkać można też różne opisy samego zajścia. Jedni mówią że noga od stołu została wbita na skutek pchnięcia, inni, że był to rzut, niczym włócznią. Pojawiają się też rozbieżności odnośnie tego czy Newton zmarł na miejscu, czy dopiero w karetce. Nie ulega natomiast żadnej wątpliwości, że tamtego dnia boiska Niagara Falls spłynęły krwią i historia jest prawdziwa.

#NCAA

Sam Artest wielokrotnie podkreślał, że to właśnie twarde realia basketu w Queens dały podwaliny jego boiskowej tożsamości. Ten charakter szlifował natomiast na Uniwerku St. John’s w latach 1997-1999. Mówiąc o uniwersyteckich dokonaniach przyszłych koszykarzy NBA, często pomija się ich ścieżkę naukową, natomiast pewnie nie wiecie, albo się nie spodziewacie, że Ron Artest studiował… matematykę. Ekipę Red Storm poprowadził natomiast w 1999 do bilansu 14-4 w konferencji i 28-9 na zakończenie rozgrywek, docierając z nimi do fazy Elite 8 Turnieju ICA Division 1, w którym wyeliminowali ich dopiero zawodnicy Ohio State. Mając dobrą prasę na arenie krajowej, Ron zdecydował się przystąpić do draftu w 1999. W kolejnych miesiącach grał też w wielu letnich turniejach w NYC. To wtedy do listy swych pseudonimów dopisał The New World Order i Tru Warier.

#With the 16th pick…

Draft 1999 roku odbywał się w Waszyngtonie. Razem z Artestem do NBA trafili jego znajomi z czasów szkolnych: Lamar Odom i Elton Brand. Pierwszy z nich, z numerem czwartym, wybrany został przez Clippers natomiast Elton Brand i Ron Artest trafili z pickami pierwszymi i szesnastym do Chicago Bulls epoki przebudowy próbujących odnaleźć nową tożsamość po drugim 3-Peat Jordana. Artest rozegrał 175 spotkań, większość jako starter, a jego statystyki oscylowały na poziomie 12/4.

W połowie sezonu 2001/2002 Artest został posłany do Pacers, razem z Ronem Mercerem, Bradem Millerem i Kevinem Ollie. W drugą stronę przylecieli Jalen “Złodziej Telewizorów” Rose, Travis Best, Norman Richardson i pick. Można powiedzieć że w Indianie Artest stał się tym Ronem, którego znamy. W rozgrywkach 2003/2004, kiedy wybrano go również do udziału w All Star Game, notował średnie 18.3/5.7/3.7 i zdobył prestiżową nagrodę DPOY.

Kolejne rozgrywki naznaczyła słynna Malice at the Palace, czyli bójka między zawodnikami Detroit i Indiany, o której pisaliśmy już po wielokroć. Tym razem ograniczę się jedynie do najważniejszych liczb. Suma kar sięgnęła 11 milionów doalrów, a dziewięciu najbardziej krewkich uczestników zajścia zawieszono na łączną liczbę 146 meczów. Ronowi przypadła lwia część tych sankcji, bo jemu komisarz wlepił aż 86 spotkań przymusowej pauzy.

#California

W styczniu 2006 roku, na mocy porozumienia między klubami z Sacramento i Indiany, miała miejsce wymiana Peja Stojaković za Rona Artesta. Sacramento potrzebowało dobrego defensora i liczyło na to, że Ron wpasuje się w ten wakat. W czasie sezonu większych zastrzeżeń do niego nie było (staty na poziomie 17/5/4), ale w playoffs znów trochę narozrabiał. Został zawieszony za uderzenie łokciem Manu Ginóbili (wcześniej Manu zdzielił Artesta, ale przypadkowo). Kings odpadli w sześciu spotkaniach.

Równolegle z karierą sportową, rozwijał karierę muzyczną. Pod koniec października 2006 do sklepów trafił jego solowy album “My World”, utrzymany w stylistyce RAP. Album wydany został własnym sumptem, nakładem Tru Warier Records, a pośród zaproszonych gości pojawili się tacy artyści jak P. Diddy, Juvenile , Mike Jones , Big Kap, Nature y Capone.

Houston, we have a problem

Kolejnym etapem na drodze tego zawodnika była przeprowadzka do Teksasu, która nastąpiła w lipcu 2008 roku.

Zrobię wszystko, czego będzie oczekiwał trener Adelman. Mogę wychodzić z ławki, jako szósty, siódmy, ósmy… bez znaczenia. Zrobię ze stuprocentowym oddaniem to, czego będzie się ode mnie oczekiwać [Artest]

Ile jednak już wtedy znaczyła w lidze jego reputacja niegrzecznego chłopca, mógł się przekonać w meczu z Mavericks. Próbując rodzielić Yao Minga i przepychających się z nim zawodników Dallas, otrzymał przewinienie techniczne, o którym nawet komentujący mecz spece z TNT powiedzieli, że to chyba “za zasługi”. W dużej mierze dzięki dobrej grze Artesta, Rockets wyszli poza pierwszą rundę playoffs po raz pierwszy od 12 lat, pokonując wyżej notowanych Portland Trail Blazers, jeszcze z nieodżałowanym Brandonem Royem w składzie.

Rozpędzone Houston wyrwało też pierwszy mecz Lakers w finałach konferencji jednak w meczu numer dwa znów doszło do przepychanek. Potraktowany łokciem przez Kobe Artest gonił za nim cały mecz, aż w końcu sędzia Joe Crawford wywalił go z boiska. W meczu trzecim Artest znów wyleciał, tym razem po faulu na Gasolu. Po meczu przyznano, że to nie był faul na wylot, ale co z tego, wynik idzie w świat. Seria była bardzo zacięta i trwała pełne siedem gier.

Lakers, którzy wywalczyli potem mistrzostwo, byli pod wrażeniem gry Artesta, na tyle dużym, że w wakacje ściągnęli go do siebie. Artest świetnie odnalazł się w nowej ekipie u boku starych rywali. Do historii przeszły jego występy i game winner w piątym spotkaniu finałów konferencji z Suns, a także 20 punktów i ostatni kosz Lakers z gry w siódmym meczu Finałów.

Obie wspomniane sytuacje pokazują dobitnie, jaką psychikę miał na boisku nasz bohater. W meczu nr 5 finałów z Suns, zwycięskie trafienie w końcówce zaliczył po zbiórce ofensywnej, przy dotychczasowej skuteczności 1/8 z gry, z kolei przeciw Bostonowi zdecydował się odpalić trójkę, mimo iż wcześniej przestrzelił 5/6 prób zza linii. Po tym meczu Phil Jackson nazwał Artesta MVP Game 7.

#MWP

Szesnastego września 2011, Ron Artest oficjalnie zmienił nazwisko na Metta World Peace. Na konferencji, zwołanej po rozprawie w sądzie, stwierdził że powodem była chęć zainspirowania i zjednoczenia młodych ludzi z całego świata. Wielu odczytało też gest Rona, pardon, Metty, jako próbę zerwania z przeszłością i boiskową reputacją.

Reputacja reputacją, ale w kwietniu 2012 roku tak zaprawił Hardena w playoffs, że znowu wyleciał z boiska i dostał 7 meczów zawieszenia. I jeszcze był zdziwiony, że mu faul odgwizdali… Po meczu, gdy okazało się że Broda ma wstrząs mózgu, Artest przeprosił, mówiąc że to było niechcący.

W kolejnym sezonie Lakers zaczęli słabo, od bilansu 1-4, co oznaczało koniec przygody dla trenera Browna i zatrudnienie coacha Mike’a D’Antoni. Niestety, 11 stycznia 2013 Peace doznał kontuzji prawej nogi, przez którą musiał pauzować około dwóch miesięcy. Zbiegło się to w czasie z kontuzją barku. W marcu, przeciw GSW, doznał kontuzji kolana. Oceniano, że przymusowy rozbrat z boiskiem potrwa około sześciu tygodni, ale ten wrócił już po niecałych dwóch. Był to trudny okres dla Jeziorowców, którzy walczyli o playoffs do ostatnich meczów.

D’Antoni dysponował ledwie siedmioosobową rotacją, tyrając Kobe niemal przez całe mecze (Kobe na przestrzeni siedmiu gier spędzał na parkiecie średnio 45 minut). Ostatecznie Lakers cel zrealizowali i zakwalifikowali się do playoffs, ale był to bardzo gorzki awans, okupiony kontuzją Bryanta. Ich sezon przedłużył się również nieznacznie, bo ledwie o cztery spotkania serii z San Antonio. World Peace przyznał później, że jego powrót był przedwczesny, ale chciał ściągnąć trochę ciężaru z barków kolegów. Grał z wyraźnym dyskomfortem, świeżo po odsączeniu płynu z kolana.

CZYTAJ DALEJ >> 

1 2

Ostatnie Wpisy

22 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Mam taki luźny pomysł na krotki artykuł
    Ostatnio czytałem gdzieś że 3 Polaków przystępuje w tym roku do draftu i myślę że każdy z chęcią dowiedziałby się kto to jest. Wiem że playoffy itd ale można zapisać w notatniku do kolejki heh. Pozdrawiam 😉

    (65)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Come on panowie. Dajecie zdjęcie SArtesta z Playoffs 2009 i piszecie ze juz wtedy byl Metta. Nope, spory bład. Artest zmienił nazwisko po sezonie 2010.

    (5)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Wybaczcie, ale nie ma słów mogących oddać, jakim skończonym kretynem/debilem/idiotą trzeba być żeby zachować się w ten sposób. Za ten łokieć powinni wyjebać go na pysk z ligi.

    (-2)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Artukul o gosciu co gral twardo i komentarze ze bandyta itd. Inny artykul i wzmianka o jakims floperze a pod artykulem komentarze ze w latach 80/90 kazdy wjazd pod kosz to prawdopodobienstwo dostania z lokcia badz kolana i zachwalanie jaka to byla super koszykowka w komentarzach . Tak tylko sobie pisze bo akurat pamietam koszykowke z lat90 i sobie wspominam

    (17)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Pamiętam jeszcze taka akcje jak hayward był młody i podbili do siebie po faulu i hayward zaraz się zawinal bez gadki to było też dobre wspominając tego wariata 🙂

    (5)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Ja rozumiem, że jest nagonka, że kiedyś to się grało twardo i była obrona, ale ludzie, rozumiem jeszcze wymierzać jakieś łokcie w ferworze walki o pilke, a nie jak ten skończony imbecyl, wziąć pełny zamach i bez żadnego powodu, uderzyć kogoś z łokcia w łeb, przecież z siła, masą i wzrostem jakie mają zawodowi gracze NBA mógł go nawet zabić.A tu była martwa piłka, gra się nawet nie toczyła, Harden nawet go nie sprowokował.7 Meczy za coś takiego? Przecież na ulicy za to zwykł człowiek dostałby wyrok, jak można być fanem kogoś takiego? I jeszcze tłumaczenie, że to było niechcący? Ktoś mu liną szturchał ręke żeby wziąć pełny zamach i walnąć niczego nie spodziewającej się osobie w łeb?
    Żeby nie było jakieś brudne sztuczki typu łokcie w biodra przy grze podkoszwej są ok, to część gry, ale to jest dla mnie zwykły brak mózgu.

    (0)

Gwiazdy Basketu