Joe The Destroyer Hammond: Narcos Harlem i ucieczka przed NBA

22

Powód, dla jakiego nigdy nie trafił do NBA był prozaiczny: narkotyki. Niemniej, jest jednym z tych, którzy mogą powiedzieć, że wyglądali lepiej w meczu przeciw Juliusowi Ervingowi, a takich wcale nie ma wielu.

Przeglądając zakurzone karty koszykarskiej historii Stanów Zjednoczonych, natrafić można na ksywkę “The Destroyer”. Kryje się za nią gracz, który swego czasu odmówił Lakers, bo po prostu żyło mu się lepiej będąc legendą Harlemu. Dziś, w wieku ponad 70 lat, legenda jest wszystkim co zostało po jego grze. Legenda i pytanie: co by było gdyby “Destroyer” chciał zaprezentować się na parkietach NBA?

O Hammondzie i jemu podobnych pisano w lokalnych gazetach.

Choć niewiele jest jakichkolwiek materiałów, które potwierdzałyby jego wielkość, to wspomnieć ksywkę “The Destroyer” na boiskach Nowego Jorku to jak przywołać nazwisko bohatera. Dominator, obcesowy w stosunkach z innymi, ponieważ był świadom swej wielkości. Hardy, bezlitosny dla rywali i szczęśliwy z bycia ulicznym grajkiem. Szczęśliwy na tyle, że potrafił powiedzieć “nie” kiedy NBA upomniała się o jego talent.

Zdjęcie z Times Square w latach siedemdziesiątych. Było to zupełnie inne miejsce niż teraz.

#Narcos: Harlem

Bohater dzielnicy był jednocześnie jednym z najprężniej działających w okolicy dealerów. Sukcesy w grze na asfaltowych boiskach szły w parze z sukcesami w ulicznym procederze. Nie był to odosobniony przypadek. Takie były realia lat 60 i 70-tych, epoki dyskryminacji rasowej i problemów czarnej społeczności. Bez względu na to jak dobry byłeś z pomarańczową piłką w rękach, dla znacznej części społeczeństwa dalej byłeś nikim, persona non grata na białych salonach. Gdzie jednak jedne drzwi się zamykają, tam ktoś uchyla okno. Brak możliwości zrobienia “legalnej kariery” na miarę ambicji, wielu rekompensowało sobie karierą uliczną. Nie inaczej było w przypadku Hammonda.

Przez szereg lat to jego nazwisko przyciągało ludzi do Rucker Park. Mówiono, że nigdy nie schodzi poniżej 40 punktów. Nie było na niego mocnych. Gracze uniwersyteccy, profesjonalni, inni streetballerzy… potrafił rzucać przeciw nim i po 50, 60, 70 punktów, łącznie z rekordową zdobyczą w “karierze”, czyli 82 oczkami. Potwierdzone info. Podobno.

Gwiazdy przyciągały do Rucker Park tłumy

Dzieciaki, które kłębiły się za linią boczną chciały być takie jak on. Imponowała nie tylko jego gra, ale również, a może przede wszystkim reputacja i niepokorny styl bycia oraz pieniądze, drogie zegarki i władza, którą zdawał się posiadać. Nie brakowało u jego boku również pięknych kobiet, które za wszelką cenę chciały zdobyć względy króla dzielnicy, posuwając się nierzadko do wyuzdanej wręcz nachalności.

#Mecz przeciwko Juliusowi

Ekipa Hammonda i Pee Wee Kirklanda nazywała się Milbank Pros. Chociaż standardowo gry w Rucker Park nosiły nazwy “pick up games”, to żadnego dobierania składów w nich nie było, a stające naprzeciw siebie ekipy były stałe i uwikłane w różne boiskowe animozje i porachunki. Mecze odbywały się na kształt turniejów, choć był to zdecydowanie przeciwny biegun sportowy wobec rozgrywek NBA czy ABA. Postaci Pee Wee przedstawiać już w tym miejscu nie będę, ponieważ swego czasu poświęciłem mu osobny tekst:

Wracając do spotkań na Ruckerze, to była inna koszykówka, ale jednak koszykówka na najwyższym poziomie, bez cienia wątpliwości. Za sprawą turnieju rozgrywanego w 1970 Rucker Park obrósł legendą, która jest żywa po dziś dzień. Najlepsi uliczni gracze stanęli przeciw zawodowcom. Starcie dwóch kultur i dwóch światów na jednym koszykarskim boisku. W finale spotkały się ekipy Milbank Pros i Westsiders. W drużynie Westsiders pierwsze skrzypce grał nie kto inny jak Julius Erving, wówczas jeszcze dwudziestoletni młodzian u progu zawodowej kariery (w ABA debiutował rok później). Choć nie zdobył jeszcze zawodowej sławy, to na tutejszych boiskach był to już znany ancymon:

Byliśmy tu pierwszy raz i wszyscy wciąż powtarzali “Poczekajcie, aż przyjdzie Julius, musicie zobaczyć Juliusa, Julius was poustawia!” Pamiętam, że odparłem wtedy “Kim do cholery jest Julius?! Pieprzyć go, jestem centrem z NBA, co mi tam jakiś Julius? […] W pewnym momencie już myślałem, że go mam, ale wyskoczył i zapakował piłkę z taką siłą, że ta, spadając, uderzyła mnie w głowę z taką mocą, że wypadł mi ochraniacz na zęby. Tłum oszalał, a ja? Co miałem robić? Dosłownie podniosłem szczękę z podłogi, wytarłem w spodenki i włożyłem do ust [Tom Hoover, wówczas gracz Knicks]

Tamtego dnia, kiedy miał zostać rozegrany finał rozgrywek między Milbank a Westsiders, coś się jednak wydarzyło. Wszyscy byli już gotowi, ale Hammond się nie pojawiał. Prosi robili wszystko, żeby jakoś opóźnić spotkanie, ale w końcu doszło do tego, że niecierpliwić się zaczęła sama publika, którą obwieszone były nie tylko pobliskie ławki, ale i drzewa, murki, ogrodzenia, okna, dachy i samochody.

Dacie wiarę ilu ludzi przychodziło oglądać te zmagania?

Nie było rady, trzeba było grać. Erving, trochę zawiedziony niemożnością udowodnienia swej wyższości nad wychwalanym w Harlemie rywalem, nie zamierzał stosować wobec Milbank żadnej taryfy ulgowej. Szybko wysforował swoich na dwucyfrowe prowadzenie i wydawało się, że jest już po meczu. Nie minęło dużo czasu, aż znaczna część rozwrzeszczanej gawiedzi przeszła na stronę Westsiders i zaczęła wymyślać Kirklandowi i spółce. Pee Wee rozumiał sytuację. Wszak sam kiedyś, przy innej okazji, powiedział:

Jeśli pokazałeś się na Ruckerze i grałeś jak łajza, to zostawałeś łajzą na zawsze.

Zegar oznajmił połowę meczu. Przegrywający Milbank nerwowo spoglądali po sobie, siadając na swojej ławce. I wtem, jak na gangsterskich filmach, czarny Cadillac Fleetwood Limousine zatrzymał się równiutko przy krawężniku pobliskiej przecznicy. Z tylnej kanapy wyskoczył mierzący 193 centymetrów 21-latek, Król Harlemu, Joe “The Destroyer” Hammond. Wiara rzuciła się w jego kierunku, a od trampek opadających na okoliczne trawniki i nowojorski sidewalk podniósł się tumult niczym przy szarży kawalerii. Wszyscy chcieli wiedzieć, czemu spóźnił się na tak ważny mecz, ale on z nikim nie gadał. Podszedł do ławki, postawił obok niej torbę i zaczął przebierać się do meczu. Zbił piątkę z chłopakami i był gotów do gry. Nikt nie robił mu wymówek. Chłopaki z Milbank rozumieli, że lepiej nie pytać. Im mniej wiesz, tym krócej cię będą przesłuchiwać.

Cadillac Fleetwood Limousine, prawie 6 chromowanych metrów gangsterskiego szyku.

Od momentu pojawienia się Hammonda mecz przybrał zupełnie inny obrót. Dość powiedzieć, że z jednostronnej klepaniny, będącej popisem umiejętności Ervinga, zrobił się 2-dogrywkowy thriller. Po końcowym gwizdku górą była ekipa Westsiders, a Erving, dzięki 39 punktom obwołany został graczem meczu. Niemniej, prawdziwą rewelacją szeptanych relacji stał się Hammond, który w ciągu dwóch kwart uskładał na swoim koncie… 50 oczek i uhonorowany został MVP Turnieju.

Publika i zgromadzeni dziennikarze byli zgodni, że było to jedno z najlepszych spotkań, jakie oglądano na tych boiskach. Westsiders robili co mogli, wysyłając najpierw Charliego Scotta, a potem samego Juliusa Ervinga do krycia Hammonda, ale tamtego dnia nikt nie mógł go powstrzymać.

Charlie Scott, twardy nowojorski chłopak, pięciokrotny All-Star, mistrz NBA, Hall-of-Famer.
Nie mógł znaleźć sposobu na Hammonda.

Choć cały mecz zakończył się przegraną Milbank Pros, Hammond swoją grą zdołał udowodnić, że godzien jest gry z najlepszymi. Takimi występami jak ten zbudowana została legenda Rucker Park, a nowojorska koszykówka przestała być li tylko rozrywką, a stała się stylem życia mieszkających tu ludzi.

#Hammond odmawia Jeziorowcom

Po tym turnieju wieść się rozniosła na całe Stany. Fama wyprzedziła koszykarski życiorys Hammonda, a Rucker stał się miejscem kultu. Niemniej, dla Joe zmieniło się niewiele. Jedyne życie jakie znał dalej kręciło się wokół narkotykowego procederu (w który wprowadzony został przez swego wujka jeszcze w czasach podstawówki), a prawa białych i ich świat nie były miejscem dla niego.

Niemniej, z racji koszykarskich talentów skupiło się wówczas wokół niego grono osób, które namawiały go do innego życia. Aby jakoś ściślej związać się z koszykówką przystał do CBA, do drużyny Allentown Jets, niemniej nie był to dobry czas dla tej organizacji, która zmagała się z problemami finansowymi, niewypłacalnością i brakiem chętnych do gry zawodników.

Było to na początku lat 70’tych, kiedy o kolejne mistrzostwo desperacko walczyli Los Angeles Lakers. Będący wówczas u sterów ekipy coach Bill Sharman gorąco wierzył, że ściągnięcie Hammonda będzie idealnym uzupełnieniem tej układanki. Więcej o tamtej sytuacji pisałem tu:

Lakers wybrali Hammonda w tzw. hardship draft, naborze organizowanym dla graczy, którzy nie ukończyli cyklu uniwersyteckiego. Zaoferowali mu warunki, na jakie niewielu z ich ówczesnego składu mogło liczyć: 50 tysięcy dolarów, dom w LA, samochód i trzyletni kontrakt. Warunki wręcz wymarzone, żeby sprowadzić się do NBA. Hammond machnął na to wszystko ręką. Wolał Harlem.

Im się wydaje, że dają gwiazdkę z nieba takiemu czarnuchowi z getta jak ja, ale ja mam w dupie ich plaże i hajs. Opycham towar i gram na tutejszych boiskach odkąd skończyłem 10 lat. Pięćdziesiąt koła na koncie miałem w wieku 15 lat, a kiedy oni przyszli ze swoją ofertą trzymałem już 200 000 zabunkrowane w swojej chacie. Zarabiałem krocie na koce, cracku i gandzi. Po cholerę mi było ich 50 tysięcy? W sumie to powiedziałem im, że nie mogą mi płacić tyle, ile swoim graczom, bo jestem od nich dużo lepszy. Oni jednak nie zgodzili się na więcej. Nie mogli zrozumieć, jakim prawem taki ktoś jak ja stawia im warunki, a ja też nie kwapiłem się, żeby im tę sytuację wyjaśniać. [Joe Hammond o ofercie Lakers]

#Ostatni taniec

Po tej sytuacji z Lakers mówiono, że Hammond był skończony w NBA. Nikt nie przebił oferty Jeziorowców, bo nikt nie chciał w swoich szeregach gracza z takim nastawieniem i tak uwikłanego w gangsterski proceder jak Hammond. The Destroyer mógł dalej cieszyć się życiem jakie znał i uwielbiał, ale droga do NBA była już dla niego zamknięta.

Ostatnia szansa pojawiła się nieoczekiwanie, w 1973 roku ze strony Nets, w których grał wówczas Julius Erving, ale nawet perspektywa wspólnej gry z największym ulicznym rywalem nie skusiła Hammonda. W międzyczasie przejął już w gangu schedę po swoim wuju i zdołał rozkręcić spiralę autodestrukcji sprzedając i biorąc coraz więcej dragów. Coraz więcej zarabiał, toteż i wydawał coraz więcej, aż w końcu wydatki zaczęły wyprzedzać wpływy. Kasa powoli się kończyła, więc słabły koneksje i pozycja. Nadchodził powolny koniec człowieka, który połknął haczyk, który sam zarzucał.

Na Rucker Park pojawiał się coraz rzadziej, najpierw całkowicie zniknął z boisk, a później już tylko z rzadka siadywał na pobliskich ławeczkach. Została po nim tylko legenda.

***

W obecnych czasach, w 2020 roku, wciąż można spotkać Hammonda na ulicach Nowego Jorku. Podobno żałuje, że nie przyjął ręki wyciągniętej do niego przez NBA. No cóż, nie on jeden…

[BLC]

Ostatnie Wpisy

22 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Nie rozumiem dlaczego tak mało jest wpisów odnośnie LeBrona King Jamesa. Mamy zaszczyt być świadkami dominacji bezdyskusyjnie najlepszego koszykarza w dziejach, a jest przez was lekceważony. To jest nie do pomyślenia.

    (-2)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Gompka, bezdeskusyjnie ? Masz 8 lat czy problemy mentalne bo ciężko stwierdzić ? Szanuje Lebrona ale takie stwierdzenie jest po prostu głupie. W takiej dyskusji nie ma faktów są tylko opinie.

    (3)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    “Wiara rzuciła się w jego kierunku” – Widać, słychać i czuć Poznań. Pozdrawiam autora. Dobrze się czyta. Fajny tekst. Dzięki.

    (6)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Absolutnie świetny art BLC. Zdaję sobie sprawę, że męcząca jest liczba wyświetleń/komentarzy pod artykułem, który piszesz zakładam dzień/dwa w pocie czoła szukając do niego materiałów, wywiadów, zdjęć. Co nie zmienia faktu, że jest gro takich osób jak ja, których tego typu “opowiadania” są niesamowicie ciekawe, dające możliwość powrotu do tych starych czasów i wizualizacji sobie jak to wszystko wyglądało.

    Joe ciekawy człowiek, w najmniejszym tego słowa znaczeniu. Cholera byłem pewny, że na końcu dodasz notkę, o tym jak został zastrzelony/ zaćpany, gdzieś w najgłębszych czeluściach Harlemu, a tu proszę. 30 minutowy wywiad z Panem w podeszłym wieku, który na swoim koncie ma kopanie tyłków na boiskach do basketu i rozprowadzania towaru po NY. Wow

    Dziękuje !

    (8)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Grałem z nim kiedyś po piwku na orłu , byłem lekko wstawiony ale udało mi się wygrać 1 na 1. po wszystkim wciągnęliśmy kreskę i poszliśmy na dziewczynki

    (6)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    TO jeszcze nic, w październiku 1968 roku Hammond rzucił 98pkt podczas święta Halloween, wliczając w to blok-windmill na złotym medaliście Igrzysk Olimpijskich w koszykówkę oraz liczne wsady 540 stopni w zaciętej końcówce meczu
    A wszystko to opowiedział mi starzec napotkany pod hipermarketem, on też tam był i rzucił 72pkt xD

    (2)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    “Niemniej, jest jednym z tych, którzy mogą powiedzieć, że wyglądali lepiej w meczu przeciw Juliusowi Ervingowi” – ale wyglądali lepiej od czego? Błąd w zdaniu. “Niemniej, jest jednym z tych, którzy mogą powiedzieć, że zagrali lepiej od Juliusa Ervinga w bezpośrednim starciu”, cokolwiek.

    “Dziś, w wieku ponad 70 lat, legenda jest wszystkim co zostało po jego grze” – znowu ten sam błąd, źle określony podmiot, zdanie nie ma sensu. “Dziś ma 70 lat, a legenda jest wszystkim, co pozostało po jego grze”.

    Popracuj nad tym, autorze! Zdrowia

    (0)

Gwiazdy Basketu