fbpx

Mój sen o NBA: jak w liceum stawałem naprzeciw Dwighta Howarda i JR Smitha!

18

Jestem dzieckiem wychowanym w szalonych latach dziewięćdziesiątych, gdy na parkietach NBA królował Michael Jordanach, a na polskie boisko nie można się było wbić, taki był tłok. Wiem, że nie wierzycie, ale tak było. Bartek pisze o tym w książce, sami sprawdźcie, polecam!

Tak więc urodziłem się w 1985 roku, a ponieważ byłem wysoki i jak każdy uwielbiałem latać za pomarańczową piłką, dość szybko trafiłem do lokalnego AZS UMCS Lublin. W tamtym czasie AZS był w ekstraklasie, więc miałem kogo podpatrywać. Pamiętam to ja dziś: na rozegraniu grał dynamiczny Robert Shepherd, a jego podania z góry kończył Jason Murdock. Z rodzimych zawodników był Piotr Karolak (tata Kuby – Anwil/Legia i Bartka z Sokoła Łańcut) Wojciech Szawarski (trener Politechniki Gdańsk) no i przede wszystkim znany reprezentant Polski Michał Ignerski, wielki talent.

Jako dziewięciolatek byłem na polskim All-Star Game w Lublinie. Do teraz mam przed oczami postać ś.p. Adama Wójcika oraz pakę, jaką walnął z linii rzutów wolnych albo jak rzucił piłkę o deskę i skończył wsadem z dwóch rąk. Wójcik i Jordan, ci dwaj byli moimi idolami. Chciałem być jak oni więc nie rozstawałem się z piłką. Trenowałem trzy razy dziennie (w klubie, na lekcjach WF i po lekcjach na SKS).

Admin się ze mnie śmieje, ale wyróżniałem się etyką pracy. Nie do końca może wiedziałem co robię, ale 4-6 godzin treningu dziennie to była dla mnie normalka, moje myśli krążyły wyłącznie wokół basketu, szkoła była na drugim planie.

W 2002 roku na Campie “Polish Shootout” w Warszawie, który notabene otworzył drzwi do USA nie tylko mi, ale wielu innym zawodnikom jak np. Adam Hrycaniuk, Łukasz Wiśniewski, Tomek Gielo czy Karol Gruszecki, zaprezentowałem się dość “solidnie”. Najważniejsze, że otrzymałem ofertę stypendium, z którego skorzystałem i tak trafiłem do Reserve Christian School w Luizjanie.

Zanim wyjechałem była jeszcze przygoda na Mistrzostw Polski U18 w Szczecinie, gdzie zajęliśmy siódme miejsce. Nie byłem najlepiej dysponowany, do dziś pozostaje niedosyt przegranych meczów, ale taki już jest sport. Raz się wygrywa a raz się przegrywa. Wygrał wówczas Junak Włocławek (legenda Włocławka, trener Karólewski i jego syn, rozgrywający Piotrek) druga była Stalowa Wola (Bartek Wołoszyn, Michał Gabiński) trzeci Śląsk Wrocław (Kamil Chanas, Adrian Mroczek-Truskowski, Maciej Szlachtowicz). W grupie niewiele przegraliśmy ze Śląskiem i z Junakiem, którzy zdobyli medale. Szkoda.

To było latem, bo we wrześniu byłem już w Luizjanie. Szkoła w rankingach amerykańskich ogólniaków stała na 25 miejscu (!) więc na wejściu zderzyłem się z najwyższym poziomem licealnej koszykówki na świecie. Naszym liderem był nastoletni Tweety Carter, wiele lat później MVP PLK sezonu 2019/2020 i lider… Startu Lublin. Tweety jest ode mnie dwa lata młodszy i już w wieku 14 lat, nie będąc nawet uczniem szkoły średniej zdobył w meczu 81 punktów i miał 11 celnych trójek w jednym meczu. Kosmos. Pamiętam, że szedł łeb w łeb z DJ Augustinem (playmaker Orlando Magic). Wielokrotnie graliśmy przeciwko niemu i obaj aplikowali po 50 punktów sobie nawzajem.

Naprawdę nie wiem dlaczego Tweety nie trafił do NBA. Szczęście też trzeba mieć.

Oczywiście Tweety nie był jedynym z moich kolegów z drużyny, którzy otarli się o NBA, było ich wielu, ale o tym za chwilę. Wyjeżdżając do Stanów w 2003 roku, dzień przed wylotem nie mogłem spać. Oglądałem filmiki młodziutkiego LeBrona ze szkoły średniej, który właśnie został wydraftowany przez Cleveland Cavaliers i nie mogłem uwierzyć, że już za chwilę będę grał przeciwko tego typu zawodnikom!

Minęły niespełna trzy miesiące gdy wraz z Reserve Christian trafiliśmy do Delaware, na najlepiej obsadzony turniej w USA pod nazwą Slam Dunk to the Beach:

Pierwszy raz w życiu widziałem takie drużyny i takich zawodników. Nie umniejszając kolegom z finałów Mistrzostw Polski, na parkiecie w Szczecinie nie biegał nikt pokroju Dwighta Howarda, czy JR Smitha…

Uwaga, w meczu przeciwko SACA i Howardowi rzuciłem 6 punktów. Dwukrotnie na switchu pick and rolla trafiłem za trzy. Przegraliśmy paroma punktami. Dwight Howard (pamiętam doskonale) miał 27 punktów 17 zbiórek i 7 bloków. Za każdy jego wsad organizatorzy rzucali koszulkę w trybuny. Gość był dużo bardziej sprawny zanim trafił do NBA, szybszy, potrafił też bardzo dobrze kozłować. Pamiętam parę akcji, w których jechał z piłką od kosza do kosza waląc nad nami mega paki. Szkoda, że nie było wtedy smartfonów, bo te akcje do dziś byłyby w necie jak w przypadku LeBrona.

W sezonie 2003/2004 miałem jeszcze okazję grać przeciwko LSU LS (Louisiana State University Laboratory School) dwukrotnie. Na wyjeździe wygraliśmy czterema punktami. Kończyłem mecz grając do końca w czwartej kwarcie i miałem decydującą o losach meczu zbiórkę (w ataku). U siebie przegraliśmy ponad 10 punktami. Co istotne w drużynie przeciwnej występowali Glen Davis i Garrett Temple. Tak jak “Tweety” było wiadomo od razu, że bez dwóch zdań trafią do NBA.

Mimo iż grałem solidne na tym poziomie, zaczynało do mnie docierać, że nie potrafię zdobywać punktów tak jak oni, no i nie wyróżniam się atletycznie choć walnąć pakę tyłem nie było dla mnie problemem. Na ostatnie dwa lata przeniosłem się do Atlanty (Community Christian School) bo zasady ligi w Luizjanie nie pozwalały grać zagranicznym graczom dłużej niż rok.

Tak więc w sezonie 2004/2005 także byliśmy w top 25 w USA. Dziesięciu z piętnastu z nas trafiło do pierwszej dywizji NCAA, co do dziś pozostaje ewenementem. Rywalizacja na treningach była ogromna i jak możecie przypuszczać, rzadko wychodziłem w pierwszej piątce. Najlepszym naszym zawodnikiem był Carolos Morais z Angoli, który parę lat później podczas turnieju olimpijskiego w Pekinie, zaaplikował Team USA aż 24 punkty.

Ale to nie był jedyny “kot” w naszej ekipie. O Junior Cadougan i Olu Ashaolu pisali w Slam Magazine. Junior trafił później do Marquette, tam gdzie Dwyane Wade. Olu reprezentował barwy Louisiana Tech, tam gdzie przed laty grał Karl Malone.

Waszej uwadze polecam zwłaszcza tę paczkę autorstwa Ashaolu, poleciał nad typem jak nie przymierzając, Vince Carter:

Jeszcze większym kotem był dla mnie Solomon Tat, który poszedł do Virginii (ACC) choć większej kariery nie zrobił. Pamiętam, że w meczu przeciwko Mount Zion Academy (w którym występował Brandon Rush) trener wypuścił mnie “na jedynce” w pierwszej piątce. Miałem zero punktów ale aż 11 asyst. Grało mi się świetnie. Wygraliśmy.

Na turnieju w Tennesee NACA pierwszy raz widziałem Geralda Greena. Siedziałem za koszem na trybunach na wysokości obręczy, a on rzucał piłkę, odbijała się, przekładał ją pod nogą i walił pakę. Byłem w szoku. Nawet w NBA nikt tego nie robił, a była szansa że z nimi zagramy. Tak też się stało. Zmietliśmy ich czterdziestoma punktami dając sobie rzucić zaledwie 50 punktów. Grałem dużo w tamtym meczu. Trener Linzy Davis (prowadził na wielu turniejach Duranta, Ty Lawsona, Rudy Gaya, braci Lopez) powiedział nam, że mamy ich zniszczyć fizycznie, że mamy długą ławkę, że mamy ich faulować. W trzeciej kwarcie wystawił mnie w pierwszej piątce selekcjonując najbardziej chamskich i agresywnych graczy.

Łapaliśmy ich więc w pół i ściągaliśmy na ziemię gdy szli na pakę. Jeden gość z ich drużyny rozbił głowę, zabrała go karetka. Gerald Green nie dokończył meczu. Zapewne bali się o jakąś kontuzję zwłaszcza, że dostawali łomot. Byliśmy za mocni dla paru talentów w ich drużynie. Nas było dziesięciu na pierwszą dywizję NCAA, a tam był Gerald Green i dwóch , może trzech innych kotów na Division 1.

Mój plan zakładał przyjąć ofertę Birmingham Southern NCAA w pierwszej dywizji. Było to idealne miejsce dla mnie, bo miałem grać wiele już jako freshman. Niestety los chciał inaczej. Szkoła miała jakieś finansowe problemy i zanim tam trafiłem przeszli do trzeciej dywizji NCAA i nie dysponowali już ofertą sportowych stypendiów.

Trafiłem więc do Youngstown State, ale nie byłem na tyle dobry by się przebić i dostawać wiele minut. W meczu z UCLA (Russell Westbrook) grałem dwanaście minut i zdobyłem 3 punkty. Mój sen o byciu zawodnikiem NBA się skończył.. nie przebiłem się choć byłem cholernie pracowity. Powrót do Polski, do Startu Lublin (wtedy zupełnie inaczej organizacyjnie zbudowanego) do bankrutującego Basketu Kwidzyn czy do Górnika Wałbrzych (także bez funduszy) było jak upadek z bardzo wysokiego konia.

W Stanach koszykówka to dobro narodowe, ludzie to kochają, chodzą na mecze, nawet szkół średnich. Gra się po sto meczów wraz z ligą letnią w sezonie. W Polsce liga młodzieżowa to żart, a w szczególności liczba rozgrywanych meczów. Aby klub mógł rozwijać talenty musi mieć ogromne fundusze, jeździć po turniejach i najlepiej mieć dysponować zapleczem drugoligowym. Nie ma niestety wiele takich klubów w Polsce, a dzieciaków jest mnóstwo.

Sportowo dzieci w Polsce rozwijają się wolniej. Dlaczego? Weźmy mały klub, który gra w U14 może ze 20 meczów w sezonie (przy dobrych wiatrach). W Stanach też się tyle gra, ale w lidze szkolnej. Od 15-30 meczów. Później jest liga letnia więc turnieje gra się w każdy weekend.

Od 15. do 18. roku życia zawodnik z Kalifornii rozgrywa łącznie około 400 meczów. W Polsce może osiemdziesiąt. Musimy zrozumieć, że sam trening to nie wszystko. Owszem, jest potrzebny, ale to granie i rywalizacja robi różnicę. No i oczywiście poziom, na jakim się gra i odpowiedzialność, jaką się na boisku bierze.

Ja w Stanach rozwinąłem się bardzo. Bardzo poprawiłem rzut i będąc w odpowiedniej formie fizycznej naprawdę czułem się świetnie na rzucie. Poprawiłem się atletycznie i fizycznie. Ograłem się. Lecz sen o NBA nie był mi dany. Po prostu nie byłem na tyle atletyczny i niczym szczególnym się nie wyróżniałem. NBA to liga atletów, “zadaniowców” no i gwiazd. Nie byłem żadnym z nich.

Wracając do Polski, moje granie nie miało sensu. Spędziłem w USA siedem lat, zrobiłem wszystko, co mogłem by spełnić swoje marzenia i nie mam sobie nic do zarzucenia patrząc dziś w lustro. Uświadomiłem sobie, że koszykówka i tak się kiedyś skończy, że nie będę grał wiecznie.

Z niechęcią, ale zawiesiłem buty na kołek. Wiedziałem, że stając się trenerem czy działaczem sportowym osiągnę o wiele więcej niż jako zawodnik. I tak też się dzieje. Jestem trenerem klinik NBA i dołączyłem do rodziny NBA kuchennymi drzwiami. Dlaczego? Bo stworzyłem camp koszykówki i system szkoleniowy na naszych obozach sportowych, który odpowiada wysokim normom NBA. Ludzie w NBA nas doceniają. Mam szczerą nadzieję, że niedługo docenią nasze działania także w Polsce i w Europie, ponieważ stale się rozwijamy.

Niniejszym, zapraszam Was na letni HoopLife Camp. To już ostatni gwizdek by się zapisać:

21-31 Lipca

  • Grupa 1 – roczniki 2000-2003 – 3 wolne miejsca z 28
  • Grupa 2 – roczniki 2004-2006 – 2 wolne miejsca z 27
  • Grupa 3 – roczniki 2007-2009 – 3 wolne miejsca z 20

1-11 Sierpnia

  • Grupa 1 – roczniki 2000-2003 – 13 wolnych miejsc z 28
  • Grupa 2 – roczniki 2004-2006 – 12 wolnych miejsc z 27
  • Grupa 3 – roczniki 2007-2009 – 10 wolnych miejsc z 20

O warunkach, atrakcjach i zaletach HoopLife Camps przeczytacie poniżej:

Zapraszam serdecznie do zapisów w imieniu swoim i amerykańskich kolegów, Aleks Mrozik

ZAPISZ SIĘ NA HOOPLIFE CAMP:

Nowa strona wygląda tak: /hooplifecamps.com/

Formularz na lipcowy camp dostępny jest tutaj: /hooplifecamps.com/07-2020/

Formularz na camp w sierpniu w tym miejscu: /hooplifecamps.com/08-2020/

Z kolei aplikacja do USA wygląda tak: /hooplifecamps.com/stypendia-w-usa/

Ostatnie Wpisy

18 comments

  1. Array ( )
    Odpowiedz

    Super historia, nigdy nie znałem tego od tej strony:) Powodzenia z obozami! Mam tylko jedną uwagę (nie zastrzeżenie) – wg wielu amerykańskich lekarzy sportowych w USA młodzież gra zbyt dużo, nie ma czasu na regenerację, czego efektem jest plaga kontuzji młodych graczy, czasem tak spektakularnych jak złamanie nogi przez Juliusa Randle’a w debiutanckim meczu NBA albo zerwane ścięgna Achillesa u… ośmiolatków

    (24)
    • Array ( )

      Masz oczywiście rację ale wydaje mi się że oni tam mają pełna świadomość tego. To zwyczajnie jeden z etapów selekcji. Tylko najsilniejsze organizmy dadzą radę.

      System co roku u nich przyjmuje kilkadziesiąt tysięcy dzieciaków a ma wypluć kilkunastu wybitnych do NBA i kilkudziesięciu dobrych do Europy. Reszta może sobie pykać amatorsko i leczyć kontuzje 🙂

      (19)
    • Array ( )

      Ten problem jest widoczny też u młodych graczy NBA i mocno dyskutowany. To że trenują od dzieciaka koszykówkę bez innych sportów ogranicza ich fizycznie.

      (5)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Super się czytało. Pomyśleć ile trzeba pracy i szczęścia, aby dostać się do NBA. Tym bardziej doceniajmy Polaków, którym się udało i tych którzy próbowali. Życzę nam wszystkim doczekać się w najbliższej przyszłości kolejnego reprezentanta naszego kraju w najlepszej lidze świata.

    (11)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    Świetna historia .Gratulacje ze udało się po powrocie z USA dalej kontynuować przygodę z koszykówka Napewno nie było to łatwe po 7 latach gry w stanach odnaleźć się w polskich realiach .Pozdrawiam i życzę aby ta przygoda jak najdłużej trwała

    (9)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    Super artykuł, a i historia też niczego sobie. Powodzenia z obozami, jakoś ten sport w Polsce trzeba pchnąć do przodu.

    (8)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Super artykuł i bardzo ciekawa kariera. Bardzo ciekawe nazwiska wymieniane zarówno z własnego jak i cudzego podwórka. Warto uczyć się od ludzi z takim doswiadczeniem, pozdrawiam i życzę powodzenia.

    (6)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Świetny artykuł, fajna historia, najważniejsze że spróbowałeś swoich sił i dałeś z siebie wszystko. Mam nadzieję, że wasze Camp’y będą się dalej rozwijać, bo chciałbym tam kiedyś wysłać swojego syna 🤞😀

    (3)
  7. Array ( )
    Odpowiedz

    Super się czytało, dzięki! Dobrze wiedzieć, że niektórym się chce, że są ambitni, że stać ich na poświęcenie, brawo!

    (4)
  8. Array ( )
    Odpowiedz

    Cześć,
    Bardzo interesujący artykuł zwłaszcza, że mógłby dotyczyć mnie samego (rocznik ’85). Chętnie poczytałbym o Twoim czasie spędzonym w USA, ale od strony nie-koszykarskiej. Na GWBA mieliśmy już okazję poznać historię kilku rodaków za oceanem pod względem sportowym. A mnie ciekawi jak wygląda życie takiej osoby jak Ty czyli chcącej spełnić marzenia ale z drugiej strony muszącej też normalnie żyć. Kiedy zdałeś sobie pierwszy raz sprawę, że jednak nie zagrasz w NBA? Kiedy ostatecznie się w tym utwierdziłeś? Co wtedy zrobiłeś? Czy kontynuowałeś naukę i starałeś się wycisnąć z tego jak najwięcej np. poprzez poznawanie nowych ludzi, którzy mogli by Ci pomóc zbliżyć się do NBA tylnymi drzwiami czy jednak większość znajomości to był tylko przypadek albo ktoś Cię polubił i tak już zostało? Czego poza sportowego nauczyła Cię przygoda w USA? Myślę, że taka historia byłaby interesująca do przedstawienia przynajmniej w 2-3 artykułach.

    (9)
  9. Array ( )
    Odpowiedz

    Świetnie się czytało, dawaj więcej! Myślę, że po komentarzach widać, że warto. Gratuluję tego, co osiągnąłeś (zawdzięczasz to ciężkiej pracy), to naprawdę bardzo dużo. Szkoda, że nie poszło to dalej…

    (2)

Gwiazdy Basketu