centered image

Los się musi odmienić, kroniki Portland Trail Blazers

13

Zawodnicy Dumy Oregonu są w tym roku sensacją w Dużej Lidze. W chwili gdy piszę dla Was te słowa, ledwo dźwignąwszy się od świątecznego koryta, Portland, mające bilans równy OKC, przewodzi WCF i jest najlepiej spisującą się drużyną w tegorocznych rozgrywkach.

W komentarzach pod artykułami opisującymi poczynania Blazers często można wyczuć pewną gorycz fanów tejże organizacji, którzy bardzo często przebąkują coś o pechu, niewykorzystanych szansach i niespełnionych nadziejach. Postanowiłem więc uporządkować nieco historię tego teamu, skupiając się na donioślejszych wydarzeniach w dziejach drużyny. Czy rzeczywiście Portland to miasto pechowe dla koszykówki?

#Początek

Trail Blazers to najstarszy profesjonalny klub sportowy w liczącej ponad 580 tysięcy metropolii. Założona w 1970r. drużyna ma na koncie jedno mistrzostwo NBA. Można się spierać, czy to dużo czy mało, biorąc pod uwagę jej 44 rozegrane sezony i 29 awansów do fazy playoffs, jednak pamiętajcie, że Celtics, Lakers, Bulls i Spurs dzielą między sobą 64% mistrzostw w dotychczasowej historii NBA.

Blazers rozpoczęli przygodę z NBA pod wodzą trenera Rollanda Todda, jednak trudno powiedzieć, żeby ten szkoleniowiec udanie wprowadził ich na parkiety Dużej Ligi (41-97 ich bilans pod jego wodzą). Po odwołaniu Todda przez ławkę Blazers przewinęło się jeszcze kilku szkoleniowców (w tym legendarny coach Lenny Wilkens), jednak żaden z nich nie umiał wydusić z teamu dodatniego bilansu. Dopiero gdy posadę trenera objął Jack Ramsay sytuacja uległa diametralnej poprawie.

#From zero to hero

Pod wodzą Ramsaya Portland udało się zakończyć sezon zasadniczy z bilansem 49-33 i zająć drugie miejsce w Dywizji Pacyfiku, tuż za fenomenalnymi Lakers z Kareemem Abdul Jabbarem. Podporą Portland był wówczas fenomenalny Bill Walton. Niestety, center borykał się z problemami zdrowotnymi, odkąd trafił do NBA nigdy nie był w stanie rozegrać pełnego sezonu zasadniczego. Traf chciał, że akurat w rozgrywkach 1976-1977 zdrowie mu dopisywało (w sezonie zasadniczym opuścił jedynie 17 spotkań, a w playoffs był w stanie zagrać wszystkie mecze). Był najlepszym zbierającym i blokującym w NBA licząc średnie statystyki meczowe. Kibice widzieli w nim nadzieję na sukces i drżeli o stan jego chorej stopy.

W pierwszej rundzie playoffs (pamiętajcie, że to były pierwsze playoffy w historii tej drużyny!) Blazers trafili na Chicago Bulls (kiedyś liga była zorganizowana trochę inaczej), których odprawili 2-1. Następni do golenia byli Denver Nuggets, których w serii best-of-seven Blazersi zatrzymali na sześciu spotkaniach. W finale konferencji drużyna z Oregonu zaliczyła sweep na Lakersach i pewnie stanęła naprzeciwko prowadzonych przez coacha Gene Shue zawodników Philadelphia 76ers, którzy na drodze do finału pokonali Celtics i Rockets. Finały rozstrzygnięto również w sześciu meczach. Blazers, po przegraniu dwóch pierwszych gier, wygrali 4 mecze pod rząd i upragnione trofeum trafiło do Oregonu. Bill Walton został mianowany MVP Finałów.

Ciekawostka: w drużynie 76ers występowali wtedy tak utytułowani zawodnicy jak Julius Erving, Doug Collins, Darryl Dawkins, Henry Bibby (ojciec Mike’a) oraz Joe Bryant (tak, ojciec Kobe)

#…and down again

Mistrzowski Pierścień już w pierwszym występie w playoffs i to kosztem znacznie bardziej utytułowanych teamów (Philadelphia miała już wówczas na koncie 2 tytuły, Lakersi 6, a odprawieni przez 76ers Celtowie aż 13)? Można mówić o wielkim szczęściu, nieprawdaż? Zależy jak na to spojrzeć. Trzon drużny Blazers stanowili młodzi zawodnicy 23-24 latkowie, najstarszy gracz rezerwowy miał ledwo trzydziestkę. Z taką metryką to mogłaby być dynastia, jednak kłopoty ze stopą Billa Waltona złamały szanse Blazers na powtórzenie sukcesu. Mimo iż center opuścił 24 mecze sezonu zasadniczego, Blazers wygrali Pacific Division z bilansem 58-24. W playoffs ulegli jednak w sześciu meczach drużynie Seattle Supersonics, Walton zagrał jedynie w dwóch pierwszych spotkaniach tej serii.

#fun fact

Seattle skapitulowało wówczas dopiero w finale przegrywając z Washington Bullets w game seven. Trenerem Ponaddźwiękowców był m.in. Lenny Wilkens, któremu tak nie szło w Rip City.

CZYTAJ DALEJ >>

1 2 3 4

Ostatnie Wpisy

13 comments

  1. Array ( )
    Zdjęcie profilowe Manuel 007
    Odpowiedz

    Świetny, naprawdę świetny artykuł. W sumie nie mieli aż takiego pecha jak się mówi tylko szczęścia zabrakło i złe wybory podejmowali. W tym roku mają szanse na finał, choć będzie bardzo ciężko.

    (5)
  2. Array ( )
    Zdjęcie profilowe mily
    Odpowiedz

    “The Trailblazers are called rip city because Jim Barnett hit a 3 pt shot that ripped the net.The announcer yelled “rip city!” 😉

    (4)
  3. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe Hoop22
    Odpowiedz

    Witam 🙂 Artykuł o BLAZERS więc nie byłbym sobą gdybym nie skomentował. Przyjemne streszczonko w pigułce dla młokosów dopiero poznających tę organizację w świetle ich aktualnej dyspozycji. Właściwie niczego nie brakuje, może troche mało o innych świetnych ballerach : Jeromie Kerseyu, Lionelu Hollinsie, Mauricie Lucasie, Kenny Andersonie, Brianie Grancie, Terry Porterze, Steve Smith, etc…. Szkoda troszkę, że utrzymany nieco zbyt świadomie i tendencyjnie w zgryźliwej tonacji straconej szansy, niespełnionych oczekiwań a brak wyartykułowania kultu team spiritu i wyjątkowej specyfiki tej organizacji itp. Zapewniam, że fanbase PDX ma się świetnie, prawdziwą porażką był jedynie okres “panowania” ekipy Zacha Randolpha, LaFrentza, Abdur-Rahima (prawdziwy początek jailblazers – bowiem np J.O’Neal nie miał z tym nic wspólnego) Niemniej nie chodzi o to aby korygować autora, poprostu śmiałem wtrącić 3 grosze. Ogolnie miło ,że ktos sie zainteresował ale na prawdziwy artykuł o Trail Blazers na forum Gwiazd Basketu przyjdzie jeszcze nieco poczekać. Pozdrawiam serdecznie
    Ps: Sorki za bledy i składnię ale pisze z tel

    (2)
  4. Array ( [0] => subscriber )
    Zdjęcie profilowe Paul
    Odpowiedz

    Kurde… Tak świetnie się to czytało, że bardzo zakuł mnie w oczy przedostatni paragraf (“#Bad Luck?”). Gdybyś troszkę bardziej to opisał (że dostali nowe gwiazdy, ale pech jak zawsze), to doznałbym koszykarskiej ekstazy. Świetna robota! Czekam na więcej!

    (2)

Gwiazdy Basketu