Czego nie wiecie o kultowym filmie: He Got Game

26

Earl the Pearl? Taa… był niezły. Ludzie pamiętają go z Knicks, kiedy pomagał im wygrać ten drugi tytuł, ale ja mówię o czasach, kiedy grał dla Bullets […] Knicks go utemperowali, jakby założyli mu kajdany, wsadzili w kaftan czy co. Ale kiedy grał na ulicach Philadelphii, boiskach, ach! Wiesz jak go nazywali? Jezus. Tak mówili, Jezus. Bo był prawdą. Potem białe media wmieszały się w to wszystko, zaczęli mówić „Czarny Jezus”, już nie mógł być po prostu Jezusem, „Czarny Jezus”, ale wciąż… Był prawdą.

Znacie ten cytat? Założę się, że każdy na tej stronie widział „He Got Game” co najmniej dwa razy. A jeśli nawet ktoś widział tylko raz albo wcale, to nie brak i takich, którzy oglądali go na VHS do zajechania, więc średnia i tak będzie lepsza od dwóch seansów na czytelnika. Mam rację?

Są jednak rzeczy, których o filmie możecie nie wiedzieć. Na przykład tego, że naprawdę niewiele brakowało, żeby partnerem Denzela Washingtona został nie Ray Allen, ale… Tracy McGrady. Jak myślicie, pasowałby?

Być może T-Mac nie dałby się nabrać staremu hollywoodzkiemu lisowi na jego sztuczki i mecz między ojcem a synem zakończyłby się tak, jak rozpisano w scenariuszu:

uwaga spoiler (jeśli jakimś cudem nie widziałeś filmu)

W pamiętnym meczu 1 na 1, kiedy ważą się losy warunkowego zwolnienia Jake’a, scenarzyści zaplanowali, że młody gwiazdor gładko i do zera upora się z ojczulkiem. Nie wiedzieli jednak, że inne plany miał na to sam Denzel Washington. Aktor przez cały czas na planie, kiedy rozmawiał z Allenem o koszu, twierdził, że jego bolączką zawsze była gra lewą ręką. W rzeczywistości było zupełnie odwrotnie i właśnie po zejściu na lewą Denzel, czyli Jake, zdobył pierwsze punkty w meczu. Ray był nieco zdezorientowany, ale reżyser Spike Lee nie krzyknął „cięcie!”, więc grali dalej.

Musicie też pamiętać, jakim typem charakteru jest Ray Ray. Gość to maniak. Stawiał auto zawsze na tym samym miejscu, w samolocie siadał zawsze z tym samym kolegą, ściśle przestrzegał przedmeczowych rytuałów, takich jak drzemka, posiłek, czy nawet golenie głowy. To typ, który przez swoje natręctwa jest w pracy cały czas, spięty i gotowy 24/7. Wyobraźcie sobie zatem, co musiało dziać się w jego głowie, gdy stał przed całą ekipą filmową, pod okiem kamery i nagle ktoś jakby podarł scenariusz, według którego Ray się przygotowywał. Totalny mindf&ck.

He Got Game

Denzel dobrze o tym wiedział i doskonale wykorzystał wytrącenie Allena z równowagi. Rzuty zaczęły wpadać (nawet zza łuku!) a mecz przybrał o wiele bardziej zacięty charakter. Oglądając tę scenę następny raz, zwróćcie uwagę na małe smaczki, na przykład jak siłowa staje się gra w pewnym momencie. Ray był na serio wkurzony. Albo na ten moment jak Denzel, po zdobyciu któregoś kosza, robi dodatkową rundkę truchcikiem wzdłuż linii rzutu za trzy. Mina Raya bezcenna. Jeśli dobrze stoicie z angielskim, to niech sam Denzel Wam opowie:

Mogliście też nie zdawać sobie sprawy, że cytat przytoczony przeze mnie we wstępie, pochodzi ze sceny kręconej na Riegelmann Boardwalk, potocznie zwanym Coney Island Boardwalk. Okolica od zawsze była mocno koszykarska, ale to dzięki Spike’owi Lee stała się powszechnie znana na całym świecie. Sprawiła wręcz że Brooklyn, w wyobraźni fanów basketu, rywalizuje o palmę pierwszeństwa z położonym na Harlemie Rucker Park. Niemal na każdym ganku spotkać można tu kogoś, kto ma coś wspólnego z wielką historią sportu lub, za pośrednictwem bliższych lub dalszych krewnych, stykał się z nią po wielokroć. Jedną z takich osób był właśnie Spike Lee. A oto okoliczności, jakie doprowadziły do powstania jego opus magnum (przynajmniej w oczach kibiców basketu), czyli He Got Game.

#Spike Lee

Brooklyn jest dla Spike’a Lee tym, czym Manhattan dla Woody’ego Allena. To więcej niż tło, to charakter tych filmów, coś immanentnego dla twórczości reżysera. Każdy, kto oglądał He Got Game czy chociażby Crooklyn tego samego reżysera wie, o czym mówię.

Lee dorastał w Cobble Hill (Brooklyn, a jak) w latach 60-tych, będąc najstarszym pośród piątki rodzeństwa. To były dla nowojorskiego sportu piękne czasy, w Big Apple było wówczas aż osiem profesjonalnych ekip sportowych! Idolami młodego Lee byli wówczas Dean Meminger i Walt Frazier.

/walt-frazier-the-trendsetter/

Pierwszy uosabiał wielkich Knicks, był gwiazdą mistrzowskiej ekipy, drugi zaś, doskonale oddawał nowojorskiego ducha ulicy. Rezerwowy rozgrywający NYK był jakby brakującym ogniwem między zawodową NBA, a jej ulicznymi korzeniami. Spike, mimo chłopięcych marzeń, zdawał sobie jednak sprawę, że sportowa kariera może nie być dla niego życiowym scenariuszem. Nie czuł się artystą, ale wiedział, że sportowcem też nie będzie. Miał jednak talent obserwatorski. Świetnie postrzegał i rozumiał otaczający go świat i rządzące nim mechanizmy. To coś szalenie ważnego dla reżysera i widać to w jego twórczości. Wszak Do the Right Thing, Crooklyn, Clockers, Jungle Fever… to panorama Brooklynu uwieczniona na taśmie filmowej. Zanim jednak powstał film He Got Game, brakowało na tym obrazie koszykówki.

#lepszy niż 95% rówieśników

Denzel Hayes urodził się nie na Brooklynie, ale w Mount Vernon (Bronx), gdzie w młodości miał opinię dobrze zapowiadającego się koszykarza. Był dobrym obrońcą, miał ostry kozioł i grał fizycznie, doskonale wpisując się w nowojorski topos zawodnika ulicznego. W połowie lat 70’tych trafił na studia do lokalnego Fordham University, gdzie zgłębiał tajniki dziennikarstwa i aktorstwa. Załapał się również do drugiej ekipy Fordham, a jego ówczesny trener, nijaki P.J Carlesimo, czyli niedoszła ofiara Latrella Sprewella, lata później stwierdził, że Denzel był lepszy niż 95% rówieśników na boisku.

Po studiach Denzel zaczął robić karierę w kinie i TV, a w latach 80’tych zeszły się ścieżki jego i Spike’a Lee. Pierwszym wspólnym filmem był Mo’ Better Blues, a w 1992 Washington zagrał ważną rolę Malcolma X w filmie Lee. Nie trzeba było zatem szukać daleko, gdy kilka lat później kompletowano obsadę do He Got Game.

#W poszukiwaniu Jezusa

Historię Stephona Marbury i jego związek z He Got Game, Spike Lee opisał w swoich wspomnieniach zatytułowanych „Best Seat in the House”. Dobry tytuł, jak na pamiętnik kogoś, kto całe życie trzyma giry na parkiecie MSG, hehe…

Stephon był szóstym synem Dona Marbury, który swe niespełnione koszykarskie ambicje próbował przelewać na kolejne dzieci. Szło średnio, póki nie pojawił się mały Steph. Od początku był kreowany na gwiazdę, najpierw w liceum Lincolna, którego mury oglądamy w He Got Game, a potem na Georgia Tech i w NBA.

Nic zatem dziwnego, że gdy Spike Lee zaczął pracować nad scenariuszem, wydawało mu się, że Marbury i Shuttlesworth są stworzeni dla siebie. Niemniej, jak podają niektóre źródła, negocjacje okazały się niewypałem. Agent Marbury’ego, będący również agentem Garnetta, postawił warunek, że obaj jego podopieczni stawią się na przesłuchania do filmu, jeśli zagwarantuje się rolę jednemu z nich. Produkcja popukała się w czoło, bo nikt im nie będzie mówił kogo mają zatrudniać, zwłaszcza że chodziło o dwóch młodziaków bez żadnego doświadczenia, i było po wszystkim dla KG i Stephona. No cóż, ego i kasa w przyszłości zabiły ten duet…

/ego-i-kasa-czyli-jak-rozpadaly-sie-wielkie-duety-nba/

Jest też druga wersja tej historii. Marbury jest do dziś przekonany, że He Got Game oparty jest na jego własnym życiorysie, chociaż Spike Lee temu stanowczo zaprzecza. Twierdził więc Stephon, że nie widział sensu w pójściu na casting, żeby pokazać jak odtwarza samego siebie.

Tak czy siak, gdy nie wyszło z rodowitym mieszkańcem Coney Island, rozpoczęły się poszukiwania odtwórcy głównej roli. Spike Lee zwrócił się do Kobe Bryanta, ale ten odmówił mu słowami:

Dzięki, ale… nie, dzięki. To lato jest dla mnie zbyt ważne, mam zbyt wiele na głowie.

Spike wrócił po latach do współpracy z Kobe, poświęcając mu dokument Kobe doin’ work (jest na yt), będącym zapisem meczu przez pryzmat gry jednego zawodnika, czyli dokładnie tym, co Jeziorowcy serwowali swoim fanom przez ostatnie 2-3 sezony Bryanta w klubie, hehe.

Później rozważano jeszcze kandydaturę wspomnianego T-Maca, który jednak odpadł ze względu na brak swagu i pewności siebie, tak w rozmowach, jak i przed kamerą. Denzel wspominał w jednym z wywiadów z Billem Simmonsem:

To było jeszcze zanim zaczął zarabiać sportową kasę z prawdziwego zdarzenia, więc miał na sobie ten garniturek, taki trochę świecący, pewnie wielokrotnie go prasował, niemniej tak, był brany pod uwagę do roli.

Rozważano jeszcze kandydaturę Felipe Lopeza i Allena Iversona, ale finalny wybór padł, jak wiecie na osobę Raya Allena, który spodobał się ekipie filmowej, ze względu na swój sposób bycia. Ray był synem wojskowego, wychowywanym w bazie, o czym pisałem tu:

/ray-allen-podsumowanie-kariery/

Przez dyscyplinę w jakiej dorastał, sprawiał wrażenie starszego niż był w rzeczywistości. To dobrze współgrało z pomysłem na postać młodego Shuttleswortha, utalentowanego chłopaka, który musiał szybko dojrzeć, by po utracie matki i zamknięciu ojca zaopiekować się swoją młodszą siostrą i zadbać o swoją karierę. Ray wydawał się idealny do tej roli. Ruszyły zdjęcia. Reszta jest już historią…

Wielu ojców myśli, że mogłoby grać zawodowo. W NBA, NFL, MLB… Nawet promil z nich nie byłby wystarczająco dobry, ale w och głowach, gdyby nie bark, gdyby nie kolano, gdyby nie małżeństwo, albo dziecko w drodze… wtedy zarabialiby cały ten szmal, który teraz biorą te gamonie, których oglądają w TV. Więc co mogą zrobić? Jeśli mają syna, przelewają te marzenia na niego. […]

I o tym też jest ten film. To co, może seansik He Got Game?

[BLC]

Autentyczny jersey marki Mitchell & Ness Raya Allena z mistrzowskiego dla Boston Celtics sezonu 2008 znajdziecie w sklepie ATAF

/ataf.pl/authentic-jersey-ray-allen/

 

Ostatnie Wpisy

26 comments

  1. Array ( )
    zmarnowany talent 9 Styczeń, 2019 at 16:33
    Odpowiedz

    Grałbym dziś u boku Duranta w Golden State , ale nie chciało mi się za młodu trenować . No i ta żona .

    (45)
    • Array ( )

      Ja w liceum rzucałem po 20ppg na mecz, gdyby nie imprezy to byłbym białym Buddy Hieldem. xDDD

      (17)
  2. Array ( )
    Odpowiedz

    Heaven is a playground, Coach Carter, Hurricane Season – bardzo lubie He Got Game, ale osobiscie bylo kilka lepszych moim zdaniem, ale soundtracku Public Enemy nic nie podrobi 😉 pozdro

    (2)
  3. Array ( )
    Odpowiedz

    He Got Game i Blue Chips rządzą. Zabawne – z pamięci nie dałbym rady przytoczyć żadnej rozmowy poza tą, którą częstuje nas autor. Odrazu słychać, że stary wie co w trawie piszczy. Odnośnie kandydatów – ani Marbury, ani McGrady nie unieśliby tematu. Z pierwszego wyszedłby pyskaty gangsta, a z drugiego drętwiak. Kobe prawdopodobnie tak, ale to byłby już zupełnie inny Jezus, niż życzyłby tego sobie Spike. Rayowi chyba było przeznaczone. Amen.

    (9)
  4. Array ( )
    Odpowiedz

    nie oglądałem, dlatego pytam: czy ten film to podobne „dzieło” jak Trener Carter? Bo jedyne zachwyty z jakimi się spotkałem pod jego adresem pochodziły z portali strichte koszykarskich

    (-6)
    • Array ( )

      @Gompka – wow, nie sądziłem, że spotkam tu fana mojego ulubionego serialu ( i filmu przy okazji, „Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną”)!
      Ale jako, że jesteśmy na GWBA, to powiem, że „Gra o honor” (polski tytuł) to jeden z filmów, które podsyciły moje zainteresowanie koszykówką do tego stopnia, że w końcu 16 lat temu zacząłem ją trenować, a nie tylko sobie grać na podwórku, a to z kolei odmieniło moje życie (choć zawodowo robię coś zupełnie innego)

      (3)
  5. Array ( )
    Odpowiedz

    Obok „White Man cant Jump” mój ulubiony film.
    Ja mam taką propozycję do admina. Może zrobicie serie artykułów o filmach o koszykówce albo filmach w których grali koszykarze.

    (1)
  6. Array ( )
    Odpowiedz

    Dobrze że Ray Allen wystąpił w tym filmie. Wpasował się idealnie i nie wyobrażam sobie innego gracza na jego miejscu. RAY RAY 🙂

    (5)
    • Array ( )
      Zdjęcie profilowe BLC

      Ja prywatnie HGG, ale oba te filmy sa w moim topie, razem z white men can’t jump, glory road, heaven is a playground, blue chips i swietnym, ale czesto pomijanym przy tego typu wyliczankach, The Rebound: History of Earl ‚The Goat’ Manigault

      (1)

Gwiazdy Basketu